Książki, które budują mosty, czyli precz ze „szmaticzku na paticzku”

Małgorzata Burnecka • 2025-09-30

O tym, jak przez literaturę głębiej poznajemy się z naszymi południowymi sąsiadami, jak powoli odchodzimy od stereotypów i wchodzimy na bardziej świadomy poziom relacji, rozmawiamy z Julią Różewicz, tłumaczką i wieloletnim wydawcą literatury czeskiej w Polsce.

Gdybyś mogła dwoma słowami określić Czechów, co Ci przychodzi do głowy?

Od piętnastu lat staram się odchodzić od stereotypów w tym, co wydaję. Ale pierwsze słowo to piwo, a drugie humor. Albo sama przesiąkłam stereotypem, z którym walczę, albo ten stereotyp jest prawdziwy (śmiech).

Stereotypy są po to, żebyśmy mieli ogólną orientację w tym, co nieznane.

Z Czechami kojarzy mi się też specyficzna, niekoniecznie negatywna, wsobność. Są zadowoleni z tego, co mają u siebie. I chyba trochę mniej niż my ciekawi świata. Często skupiają się na własnym podwórku, regionie, mieście, czasami nawet dzielnicy. Są dość zamknięci w swojej czeskości, która im odpowiada. Chyba mniej małpują, mniej patrzą na inne narody. Weźmy choćby restauracje – wciąż króluje tam czeska kuchnia. Myślę, że Czesi są zwyczajnie zadowoleni z tego, że są Czechami.

Brzmi ciekawie, nie o każdym narodzie można to powiedzieć.

Tak, potrzebowałam chwili na zastanowienie, ale to jest moja ostateczna odpowiedź. Te dwa pierwsze skojarzenia to będzie właśnie piwo i ich zadowolenie z tego, kim są.

Od lat prowadzisz Wydawnictwo Afera, tłumaczysz i wydajesz książki bardzo różnych gatunków. Czy według ciebie literatura faktycznie prowadzi do wzajemnego zrozumienia, buduje mosty?

Jak najbardziej. Literatura jest jednym z podstawowych narzędzi do poznawania i rozumienia innych kultur. Oczywiście, fajnie gdzieś pojechać, posiedzieć tam, coś przeżyć, ale to inny poziom i inny sposób eksploracji. Obraz, który daje książka, jest przefiltrowany przez emocje i wyobraźnię autora. Mimo to, przynajmniej teoretycznie, jest to jednak obraz szerszy niż nasze doznania z wycieczki do jakiegoś jednego miejsca. Ciekawe, że książki podsumowujące naturę Czechów, opisujące ich jako naród, bardzo często piszą nie Czesi, tylko Polacy. A Czesi je potem chętnie przekładają.

Mamy szersze spojrzenie z zewnątrz?

Może. Mariusz Szczygieł napisał wiele takich książek, są w Czechach bestsellerami. Aleksander Kaczorowski jest natomiast biografem wielkich Czechów. Czyli Polak opisał życie Havla, Hrabala, Oty Pavla, a Czesi przetłumaczyli te książki i w przekładzie czytają o swoich mistrzach. O czeskiej historii pisze między innymi Mariusz Surosz, jego książki też są tłumaczone na czeski. Może sami Czesi nie dokonują tak wielu podsumowań na swój temat, więc przyjmują obserwacje Polaków. W każdym razie są ich ciekawi, bo książki tych polskich autorów są w Czechach popularne. Wymieniłam tu trzech pisarzy, ale to nie są jedyne nazwiska. Chyba lubimy podsumowywać Czechów, a oni się o to najwyraźniej nie obrażają...

Czyli lubią czytać o sobie?

Lubią, każdy lubi, a my lubimy o nich pisać. Czesi to jest w ogóle taki kraj, który my, Polacy, znamy. Przynajmniej tak nam się wydaje.

W drugą stronę to już tak nie działa?

Nie bardzo. Czesi nie piszą o Polakach książek w stylu „Gottlandu” Szczygła. Ale za to tłumaczą sporo polskiego reportażu. Jest nawet wydawnictwo, wprawdzie słowackie, ale zleca również przekłady na czeski, nazywa się Absynt i ukazują się w nim nasi najwybitniejsi reporterzy: Wojciech Tochman, Ilona Wiśniewska, Andrzej Stasiuk, z młodszych Ilona Wiśniewska, Zbigniew Rokita, Magdalena Grzebałkowska. Właścicielami tego wydawnictwa są Polak i Słowak, wydają głównie literaturę non-fiction. Są odważni, bo sięgają nie tylko po bestsellery. A Czesi to kupują.

Nasze konteksty kulturowe są w wielu punktach wspólne. Czy to pomaga w czytaniu literatury?

Tak, mamy podobną historię, wiele wspólnych doświadczeń i nieźle się rozumiemy. Traumy powojenne, później komunistyczne i okresu transformacji, to wszystko są sprawy, które i my, i Czesi od razu rozumiemy, natomiast już niekoniecznie będą one jasne dla Francuza czy Portugalczyka. Jako tłumaczka literatury czeskiej mam bardzo wygodną sytuację, bo jeśli chodzi o Czechy, Polacy w większości znają kontekst historyczny, ale kojarzą też regiony, produkty, dania, filmy, kreskówki. Nie trzeba tłumaczyć chociażby tego, kim są Żwirek i Muchomorek, a takiemu Anglikowi to już co innego.

Odnajdujemy się w tym.

Dokładnie tak. Nie trzeba robić przypisów.

Jakie książki czytają Polacy? W Twoim wydawnictwie znajdziemy pełen przekrój tematów: od kryminałów, przez książki humorystyczne, aż po literaturę dla dzieci czy bardzo poważne lektury dla dorosłych.

Staram się różnicować ofertę: wydaję wyłącznie literaturę czeską, ale nie chcę się gatunkowo ograniczać. A co najbardziej lubią Polacy? Od wydania pierwszej książki w Aferze minęło prawie piętnaście lat. Na początku czeska literatura kojarzyła się u nas głównie ze słodko-gorzkim humorem, anegdotą, gawędą przy piwie. Petr Šabach, autor, od którego zaczęłam, z tytułem „Gówno się pali”, wypełniał ten stereotyp w stu procentach. Później jednak wydawałam książki bardziej refleksyjne, nastrojowe, smutne, czasami wręcz mroczne – i Polacy nie byli rozczarowani. Już nie jest tak, że „czeskie to na pewno śmieszne”. Ale nie skłamię, mówiąc, że wciąż gdzieś tam pragniemy tego humoru. Czeski humor jest zresztą specyficzny i nie każdy go lubi, ale Polacy są z nim oswojeni: czeskie, a właściwie czechosłowackie komedie, były masowo oglądane w naszej telewizji. Rodzina Homolków, seriale „Kobieta za ladą”, „Szpital na peryferiach” — wielu obecnych czytelników Afery je pamięta, podobnie seriale animowane dla dzieci.

Jak kultowi Pat i Mat.

Właśnie: „Sąsiedzi”, „Krecik”, „Makowa Panienka”, „Arabela”, „Nikogo nie ma w domu”. Te produkcje pozytywnie nam się kojarzą, dlatego podobnego ukojenia i uśmiechu szukamy w czeskiej literaturze. Co nie znaczy, że odrzucamy tę poważną czy smutną. Humoryści jak Petr Šabach, czy znany przede wszystkim jako aktor Zdeněk Svěrák, sprzedają się świetnie, ale bardzo dużą popularnością cieszy się też Kateřina Tučková, pisząca opasłe powieści na faktach, w których odkrywa mroczne karty historii czeskiej.

Wydana u nas w tym roku dwutomowo „Bílá Voda” stała się hitem; to powieść o prześladowaniach czechosłowackich zakonnic i o święceniach kobiet w Kościele katolickim, a wszystko dzieje się na polsko-czeskim pograniczu. Bílá Voda jest zaraz koło Złotego Stoku, blisko nas, stąd duże zainteresowanie książką w naszym regionie.

Bílá Voda to taki trochę koniec świata – można się tam dostać tylko samochodem i praktycznie nic tam nie ma. To znaczy jest: malutkie muzeum izolacji wspomnianych sióstr zakonnych, cmentarz – raz otwarty, raz nie – na którym zostały pochowane zakonnice, kilkaset grobów. Ale nie jest to miejsce wybitnie atrakcyjne turystycznie. A właśnie tam odbyło się spotkanie autorskie Tučkovej połączone z wycieczką śladami sióstr z książki. I na to spotkanie przyjechał tłum.

Naprawdę?

Tak, koło dwustu osób. To jest w naszej branży tłum, bo na spotkania z pisarzami, odbywające się w miastach, czasami nie zagląda nawet pies z kulawą nogą. A do tej górskiej wioseczki ochoczo zjechali się czytelnicy – opowieść tak ich zafascynowała, że chcieli się spotkać z autorką tam, w miejscu, gdzie to wszystko się wydarzyło. Taka bywa siła literatury.

Na spotkanie przyszli Polacy czy Czesi?

Było trochę Czechów, ale głównie Polacy. Niektórzy przyjechali z daleka, z Sieradza, Poznania. „Bílá Voda” jest oparta na faktach, ale to fikcja literacka – mimo to, jak widać, skłania do refleksji połączonej z działaniem, ludzie chcieli przejechać kawał drogi, żeby popatrzeć na świat przedstawiony w książce, na okolicę, spotkać się z autorką.

A historia nie jest lekka czy zabawna, wręcz przeciwnie. Może szukamy takich wspólnych spraw. „Bílá Voda” jest trochę wspólną sprawą – to pogranicze polsko-czeskie, dosłownie zrobisz krok i jesteś w Polsce. A sama historia ma związek między innymi z Janem Pawłem II. Kościół katolicki to bardziej nasz temat niż Czechów, prawda? Odzew w Polsce jest spory, są nawet liczne recenzje w prasie katolickiej – i wcale nie negatywne, chociaż tematem są kontrowersyjne dla Kościoła święcenia kobiet na księży. Bardzo się cieszę z tak entuzjastycznego odbioru, bo trochę się bałam tej książki. No, ale rozgadałam się, a dążę do tego, że Polacy są otwarci na Czechów i w wersji humorystycznej, i bardzo poważnej.

Nawet tragicznej.

Tak. Jesteśmy po prostu otwarci na tę literaturę i pozytywnie do niej nastawieni. Także na tę dla dzieci, ale myślę, że tu szlaki przetarły kultowe czeskie wieczorynki. Czesi zresztą też uwielbiali „Reksia” czy „Bolka i Lolka”. Moi autorzy, zapytani o to, co kochają w Polsce, bardzo często na pierwszym miejscu wymieniali te bajki. Taka wzajemna miłość do animacji. Ale nie tylko o bajki chodzi. Na przykład „Seksmisja” to dla wielu moich znajomych Czechów kultowy film, który nierzadko cytują z głowy.

Nawet nie wiedziałam.

Czesi doceniają nasze kino. Ale też książki. Dla jednej z moich autorek, Ivy Procházkovej, ulubioną książką była „Akademia Pana Kleksa”. Inny autor, Marek Šindelka, przyznaje fascynację Gombrowiczem. Czyli ta miłość czasem jednak działa w obie strony.

Co jeszcze dobrze ci się sprzedaje?

Ku mojej radości — czeski kryminał. Seria Czeskie Krymi to moje oczko w głowie i jest naprawdę „moja”, bo przy tej serii nie kieruję się nagrodami, uznaniem czy sławą pisarza w Czechach, jak to robię przy prozie, ale wyłącznie własnym nosem wydawniczym. Kryminałów w Czechach powstaje dużo, lecz oczywiście nie wszystkie są dobre, więc taka selekcja bywa żmudna i wymaga setek godzin czytania. Ale jestem zadowolona, bo jak dotąd z całej tej „mieszanki studenckiej”, gdzie, załóżmy, nerkowce to są te nudne, a laskowe to są te głupie, wyłuskałam same prażone migdałki — a czytelnicy to potwierdzają. Seria się rozwija, ma już kilkanaście tomów.

Czytasz częściej po polsku czy po czesku?

Zdecydowanie więcej czytam po czesku — to moja praca, muszę śledzić rynek, poznawać nowości, czytać propozycje od agentów literackich i wydawnictw. Wieczorami, dla przyjemności, nieraz czytam po polsku, najczęściej kryminały.

Jesteś też, a może przede wszystkim tłumaczką. Języki czeski i polski wydają się bardzo podobne. Które różnice najbardziej wprowadzają nas w błąd?

Język czeski bywa podstępny: wiele słów brzmi podobnie, a znaczy coś innego – czasami dokładnie przeciwnego. Między czeskim i polskim jest tych „fałszywych przyjaciół” wyjątkowo dużo. W Aferze ukazała się książka na ten temat, „Nowy Kapoan – strzel i traf do czesko-polskich językowych gaf”, autorstwa prof. Tarajło-Lipowskiej, która skupia się właśnie na takich pułapkach.

Wszyscy znamy przykład z „szukaniem”, więc go pomińmy. Innych jest masa: květen to maj, frajer to kozak, facet z jajami. Niedawno doszło z tego powodu do nieporozumienia, bo Czech pochwalił nas, że Polacy to neskuteční frajeři, ktoś tam się obraził, a to znaczyło, że jesteśmy niesamowici kozacy, odważni i tak dalej. Čerstvý to świeży, jahoda to truskawka, bezcenný to bezwartościowy, sklep to piwnica, páchnout to śmierdzieć, cuchnąć, lepiej więc nie mówić komuś, że pachnie. Można te przykłady wymieniać bez końca. Mój mąż raz nabrał się na kabelky. Chciał kupić kabel, a tam torebki damskie.

Faktycznie można wpaść w pułapkę.

Tak, i to są te prawdzie pułapki. Irytuje mnie za to wysyp fałszywych zestawień i memów: „dřevny kocour”(rzekomo wiewiórka), „šmatičku na patičku” (niby parasol), „Batman”, który po czesku przedstawia się „ja jsem Netoperek” itd. – tych słów tak naprawdę wcale nie ma w czeskim. Ale takie bzdury, bardzo często powtarzane, utrwalają się w świadomości Polaków jako prawdziwe. To niby ma być śmieszne, a jest tylko głupie.

A Czechów śmieszy polski?

Oprócz sławetnego „szukania”, słyszałam, jak Czesi nabijali się z „samo-chodu” i „samo-lotu” („samo nie jedzie ani nie leci!”) czy ze skarpetki i „port-monetki”. Po czesku bywa logiczniej: portmonetka = peněženka (od peníze, pieniądze), skarpetka to ponožka (czyli to, co na noze), parasol od deszczu = deštník. Słowo „portmonetka” pochodzi z francuskiego, a „skarpetka” i „parasol” z włoskiego, ale faktycznie, parasol w sumie chroni od słońca, nie od deszczu. I po czesku taki rodzaj parasola nazywa się logiczniej – slunečník (slunce to oczywiście słońce). Czesi twierdzą też, że mówiąc „szeleścimy”.

A czy na przestrzeni lat widzisz jakieś zmiany w naszych relacjach?

Studiowałam w Czechach w latach 2005-2006, czyli już kawał czasu temu i widzę, że sporo się od tamtej pory zmieniło. Wtedy mogłam z całą pewnością stwierdzić, że Czesi rzadko jeżdżą do Polski, za to my często jeździmy do Pragi i w czeskie góry. Teraz Polacy zaczęli odkrywać nowe regiony. Nie jest to w kółko Praga. Natomiast Czesi po prostu znaleźli drogę do Polski, której wcześniej chyba jakoś nie chcieli znaleźć. I nie chodzi mi o zakupy w przygranicznych biedronkach tłumnie odwiedzanych przez sąsiada. Tam powodem są ceny. Chodzi mi o turystykę. Wcześniej Czesi na wakacje jeździli do Bułgarii, ale przede wszystkim do Chorwacji, to był zawsze dla nich wybór numer jeden. A teraz wzięli kurs na Bałtyk, na polskie wybrzeże. Podam przykład: co roku w Sopocie odbywa się festiwal Literacki Sopot połączony z targami książki. Teraz byłam tam jedenasty raz. Po moim stoisku od razu widać, że mam literaturę czeską. Jest flaga czeska, wszystkie nazwiska na okładkach są czeskie, książek pilnują pluszowi Pat i Mat. I jeśli zobaczy to jakiś Czech, od razu do mnie pędzi. Wcześniej, na cztery dni festiwalu zdarzała się może jedna, dwie czeskie rodziny. W tym roku takich czeskich rodzin było przy stoisku na oko z dziesięć dziennie.

Targi książki w Sopocie odwiedzało w tym roku dziesięć czeskich rodzin dziennie? To faktycznie przełom.

Nie przyjechali specjalnie na targi, po prostu spędzali urlop w Sopocie i podbiegli na stoisko na widok swojej flagi, ale tak, było ich nad naszym morzem dużo. I to pod koniec sierpnia, wcale nie w środku sezonu, a pogoda w tym roku była naprawdę beznadziejna.

Czyli Czesi zaczynają się wreszcie przekonywać do wycieczek na zimną północ. Byłabym niesprawiedliwa, mówiąc, że chodzi o wszystkich Czechów, bo np. jedna z moich autorek, Petra Hůlová z własnej woli nauczyła się polskiego i wozi do Wrocławia swoich anglojęzycznych, uczących się w Pradze, studentów. Zabrała ich na wystawy, do Pawilonu Czterech Kopuł i do Centrum Historii Zajezdnia, na sztuki teatralne. To przykład Czeszki-polonofilki. Ale z drugiej strony – niektórzy czescy pisarze, których wydaję, byli w Polsce po raz pierwszy dopiero na moje zaproszenie, przyjechali na własne spotkania autorskie. Na przykład Petr Šabach, kiedy pierwszy raz przyjechał do Polski, miał sześćdziesiąt lat. Nigdy wcześniej tu nie był. I nie on jeden. Ale po pierwszej wizycie najczęściej wszyscy chętnie wracali.

To jest fascynujące, bo u nas chociażby wycieczki szkolne, czy to w podstawówce, czy w liceum, są najczęściej do Pragi.

Tam tak nie było. Ale moi autorzy się rozkręcają – autor kryminałów, Michal Sýkora niedawno był w Poznaniu, wcześniej w Opolu, Gdańsku, Wrocławiu —wszystko to piękne miasta, więc opuszczał je zachwycony architekturą i zagospodarowaniem przestrzeni publicznej. Inny pisarz, Jiří Březina, po festiwalu kryminału w Gdańsku zauroczył się naszym wybrzeżem i wakacje spędził z rodziną w Łebie.

Czytałam taką teorię: pandemia sprawiła, że Czesi, nie mogąc podróżować daleko, odkryli, że w najbliższym sąsiedztwie jest w czym wybierać. Poza tym teraz mamy lepsze drogi, powstały częste i wygodne połączenia, są autobusy, jest też coraz więcej pociągów. Kiedy studiowałam, był z tym kłopot, teraz jest łatwiej. W Czechach trwa promocja Polski jako kraju atrakcyjnego turystycznie, robią to między innymi czeskie linie kolejowe, sama widziałam baner „POLSKO JE IN” (POLSKA JEST IN). I to działa: nasi południowi sąsiedzi przyjeżdżają, odkrywają. Temperatura Bałtyku potrafi zaskoczyć, ale Czesi są twardzi. Coraz większe upały na południu Europy też nie wszystkim odpowiadają, a nad morze chce się jechać — więc Polska jest rozsądnym wyborem. Przeczytałam gdzieś, że w tym roku polskie wybrzeże odwiedziło już 800 tysięcy Czechów i że to rekord.

My także zaczynamy odkrywać Czechy na nowo?

Zdecydowanie tak. Może nie na nowo, tylko szerzej. Poza Pragą zauważamy Morawy – regiony winiarskie, ale nie tylko; Šumavę, Vysočinę. Polecam też odkrywanie ciekawych kierunków z książkową serią Czeskie Krymi. Na przykład cykl Michala Sýkory rozgrywa się w Ołomuńcu – mieście nie tak znanym jak Praga czy Brno, ale naprawdę urokliwym. Albo tajemnicza i dzika Šumava z książek Petry Klabouchovej i Jiřego Březiny; Beskid śląsko-morawski z powieści Františka Šmehlíka „Usłyszeć śpiew jeleni”. Cieszy mnie, że książki mają tę wartość dodaną — zachęcają do podróży śladami bohaterów. Bo Polacy naprawdę się w te podróże wybierają, a potem chwalą zdjęciami w postach. Do Pragi i tak jeździ się najczęściej, choć nie ma gdzie szpiki wcisnąć. Ale do Ołomuńca również już kilka osób się wybrało, właśnie ze względu na serię książek Sýkory, i słusznie, bo to piękne miasto.

A jak jest w drugą stronę? Czesi jeżdżą śladami polskich bohaterów?

Po czesku ukazało się sześć książek Marka Krajewskiego, więc Wrocław ma szanse!

Jakich polskich autorów Czesi polubili?

Pokochali naszą fantastykę. Oczywiście Sapkowski, ale nie tylko – ukazał się tam Jakub Ćwiek, Grzędowicz, Lem – ten gatunek polskiej literatury w Czechach ma się doskonale. Tak samo jak reportaż, już o tym mówiłam. I literatura dla dzieci, wydawane są całe serie, jak świetne książki Mizielińskich czy Emilii Dziubak, w Czechach to rzecz jasna Emilia Dziubaková. Z prozą jest trochę gorzej, chyba tylko Tokarczuk jest faktycznie szeroko czytana i tłumaczona, i trzeba przyznać, że było to jeszcze przed Noblem. Jeśli chodzi o bestsellerystów, to w latach 2003 -2004 były próby zaszczepienia w Czechach autorów, wówczas topowych u nas, jak Grochola czy Pilch, ale to nie chwyciło. Pewnie dlatego, że Czesi mają u siebie podobnych pisarzy. Szukają czegoś innego, charakterystycznego. A swojego Sapkowskiego ani Lema nie mają.

U nas fantastyka jest bardzo mocna.

W Czechach Sapkowski jest uwielbiany. Natomiast z polskim kryminałem ogólnie — nie ma tam szału. Doskonała moim zdaniem trylogia Zygmunta Miłoszewskiego ukazała się w całości, ale nie podbiła czeskiego rynku. Podoba się natomiast Paulina Świst - ukazało się już kilkanaście książek i mają bardzo dobre opinie. Remigiusz Mróz się nie przyjął: tylko jedna książka, kiepskie recenzje.

Nie ma reguły?

Co się podoba na jednym rynku, na innym nie musi.

Jakie jeszcze widzisz zmiany w naszych relacjach? Czy skraca się dystans?

Myślę, że teraz jesteśmy na dobrej drodze do autentycznej przyjaźni, nie płytkiej i opartej na stereotypie. Czesi zawsze byli w czołówce najbardziej lubianych przez nas narodów, ale ta sympatia była taka trochę „z góry”. Lubimy cię, nasz mały, niegroźny braciszku. Masz dobre piwko i taki słodki język. Teraz mamy chyba większą świadomość kultury tego kraju, jego polityki, doceniamy możliwości współpracy, ta sympatia jest mniej powierzchowna. Czy tak jest też w drugą stronę? Myślę, że tak. Na pograniczu bywa różnie, bliskie sąsiedztwo zawsze wywołuje jakieś tam konflikty, ale przecież w pandemii, kiedy zamknięto kładkę nad Olzą, ludzie wieszali banery: "Tęsknię za tobą Czechu / Stýská se mi po tobe, Čechu” - "I ja za tobą Polaku".

To było niesamowite.

Widocznie nie potrafimy bez siebie żyć. I te relacje są teraz głębsze. Kiedyś wystarczyło, że ktoś raz pojechał na narty, wypił piwo i już mówił, że zna Czechy. A z drugiej strony ktoś wyrabiał sobie zdanie o Polsce na podstawie Sienkiewicza.

Dlaczego akurat Sienkiewicza?

Bo był w czeskim kanonie lektur. My nie czytaliśmy obowiązkowo żadnego Czecha.

Znamy wojaka Szwejka…

Właśnie, ale nie ma go w kanonie lektur. Pytanie, ile osób Szwejka czytało, ile oglądało, ale to już inna sprawa. To samo dotyczy Hrabala, którego podobno Polacy kochają, ale kiedy spytać dokładniej, okazuje się, że oglądali „Pociągi pod specjalnym nadzorem” czy „Postrzyżyny”. Te filmy są wspaniałe, więc to nic złego. Ale z czytaniem jako takim jest u nas ogólnie gorzej.

Właśnie, jak to jest z tym czytelnictwem?

Czesi słyną z wysokiego czytelnictwa i coroczne statystyki je potwierdzają. Z najświeższych badań wyszło, że 83% Czechów czyta co najmniej jedną książkę rocznie, a u nas to 41% , czyli jesteśmy dokładnie dwa razy „gorsi”. Ale my ogólnie lubimy się samobiczować, porównywać do innych krajów na własną niekorzyść, powtarzać, jacy jesteśmy beznadziejni. Tymczasem Czesi, kiedy się im wspomni, że mają tak wysokie czytelnictwo w porównaniu do nas, odpowiedzą, że przecież oni przeważnie czytają byle co. Ale my to co innego: Tokarczuk, Stasiuk, Gombrowicz, Szymborska. My to dopiero czytamy! I to samą literaturę ambitną. Chyba i my, i Czesi mamy kompleksy w tej kwestii.

Ogólnie, oba nasze narody nie bardzo potrafią publicznie mówić o sobie dobrze. Natomiast Czesi, w duchu, są według mnie bardziej zadowoleni z tego, kim są niż my. I mają zdrowsze podejście. Ostatnio jestem częściej we Włoszech niż w Czechach i zaskoczyło mnie, jak duże podobieństwa zauważyłam między tymi dwoma narodami.

Widzisz podobieństwa między Włochami i Czechami? To ciekawe.

Czesi, podobnie jak Włosi, cenią swój komfort i wolny czas. Nie chcą się przemęczać, wolą mniej zarobić, ale po prostu żyć. Inna sprawa, że Czesi ten wolny czas spędzają często na niezdrowych rozrywkach – wciąż mają najwyższy w Europie odsetek spożycia piwa na osobę. Z drugiej strony ważny jest dla nich sport. Mam wrażenie, że tam jest bardziej powszechny, stanowi zupełnie naturalną częścią życia. Narty, biegówki – to zimą norma, nie hobby dla zapaleńców. Tak samo jak instrument muzyczny. Kiedy tam mieszkałam, zdziwiło mnie, że tyle osób potrafi na czymś grać. Nie mówię tutaj zaraz o wirtuozerii, tylko o tym, że ludzie częściej niż u nas potrafili zagrać na gitarze, wiedzieli, jak dmuchnąć w instrument dęty, jak chwycić akordeon, zagrać proste rzeczy. Do tego dochodzi książka jako powszechniejsza forma spędzania wolnego czasu - rzeczywiście tym się różnimy. A dlaczego podobieństwo do Włochów? Na przykład dlatego, że Czesi, podobnie jak Włosi, potrafią z szacunkiem zasiąść do posiłku: „Pieczeń znojemská jest ważniejsza niż wibrujący na stole telefon, chowam go, oddzwonię później”. Polacy mają z tym problem.

Mamy, to prawda.

A robienie świętości z jedzenia i picia to kolejna wspólna cecha Czechów i Włochów. Włosi są z tego znani, wiadomo, kara śmierci za ananasa na pizzy, połamane w garnku spaghetti czy cappuccino po południu, ale w Czechach też nie można na przykład „rozbić piwa”, to znaczy dolać resztki niedopitego piwa do takiego samego, nowo zamówionego, to obraza. Stukasz się z kimś kuflem, wznosisz toast, musisz patrzeć tej osobie w oczy, inaczej spadnie na ciebie wiele nieszczęść. I to też mi się kojarzy z Włochami, bo my jesteśmy mniej restrykcyjni, jeśli chodzi o jedzenie, picie i takie reguły.

Oba narody bardziej niż my cenią własny komfort, prawo do relaksu: w Czechach spotkałam się z zamkniętymi sklepami i lokalami, ktoś zamknął „bo jest sobota i on dzisiaj odpoczywa”, nie straszna mu utrata potencjalnego zysku. Włosi też (o wiele częściej!) potrafią zamknąć sklep czy knajpkę z powyższego powodu. Ważniejsza od zysku jest ich wygoda i prawo do odpoczynku. Nie dają się zwariować.

Powinniśmy się trochę od nich uczyć. Czasem się zatrzymać, w spokoju zjeść, dłużej pogadać z sąsiadem, pogłaskać czyjegoś psa, wystawić buzię do słońca, a nie tylko latać z wywieszonym językiem od zadania do zadania. Z tych małych rzeczy składa się życie. Czesi to wiedzą, Włosi też, a my pędzimy i pędzimy. Wtedy te detale nam umykają. A szkoda.

Podsumowując, stawiasz tezę, że wzajemne poznawanie się Polaków i Czechów jest teraz na innym poziomie?

Tak, myślę, że wchodzimy w bardziej świadomą relację, mniej opartą na powielaniu schematów. Stoimy też wspólnie w obliczu zagrożenia. Zaczęliśmy się sobą realniej interesować i widzę tę różnicę na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Ale jeśli ma to być poważna relacja, musimy w Polsce wyrugować wszystkie durne „szmaticzku na paticzku” i „drevne kocury” – kiedy to się zmieni, przejdziemy na kolejny etap. Mamy szansę na prawdziwą, świadomą przyjaźń, ale precz ze „szmaticzku na paticzku”! To może być tytuł tego wywiadu.

Dowiedz się więcej o relacjach polsko-czeskich i polsko-czechosłowackich

Więcej o relacjach polsko-czechsowackich można dowiedzieć w Centrum Historii Zajezdnia ma wystawie głównej „Wrocław 1945–2016”. W module poświęconym organizacjom niezależnym z lat 80. znajdziemy część poświęconą Solidarności Polsko-Czechosłowackiej. CH Zajezdnia organizowała też liczne wystawy czasowe m.in. poświęcone Aksamitnej Rewolucji i Václavowi Havlovi. W Centrum można było też obejrzeć film „Kłodzko – Glatz – Kladsko. Pojednanie w Czeskim koutku”.

Centrum Historii Zajezdnia – więcej na: zajezdnia.org.

MATERIAŁ POWSTAŁ W RAMACH WSPÓŁPRACY Z CENTRUM HISTORII ZAJEZDNIA Z OKAZJI ROKU POJEDNIANIA 2025

Najpopularniejsze teraz

найбільш популярний

Оформити закордонний паспорт, ID-картку, посвідчення водія і страховку у Вроцлаві можна у ДП «Документ» за новою адресою

З 30 січня 2023 мобільний комплекс "Паспортний Сервіс" у місті Вроцлав працюватиме на прийом та видачу документів за новою адресою - Wrocław Stadium (Tarczyński Arena).
читати більше

Цікаві місця поблизу Вроцлава, які необхідно відвідати

Географічне розташування Вроцлава відкриває багато переваг, зокрема і можливість відвідати історичні місця, пам’ятки культури, архітектури та природні дива.
читати більше

Особливості оформлення закордонного паспорту для українців, які знаходяться в Польщі

У зв’язку з воєнними діями на території України багато громадян виїхали на територію Польщі по закордонних паспортах. Але є ті, які перетнули кордон з українським паспортом, свідоцтвом про народження або іншими документами. І для них є актуальним питання оформлення закордонного паспорту, як для дорослих, так і для дітей.
читати більше

Нова Пошта - у місті Вроцлав

Мешканцям міста Вроцлав нарешті стали доступними послуги Нової Пошти.
читати більше