Z przeciętego nadgarstka oprócz krwi popłynął prąd. „Palce jeszcze przez krótką chwilę drgały, aż światło całkiem zgasło.”

Ilustracja Anita Bańdziak

Izabela opowiadała o śmierci brata. Trzymała kamerę i filmowała słup energetyczny. Zdawało się, że kamera jest jej potrzebna, aby przywołać w pamięci kolejne obrazy. „O, tam! To ten. A mówiłam, żebyśmy odeszli trochę dalej.” Chłopak nie posłuchał, żyłka latawca owinęła się wokoło przegubu dłoni, latawiec zahaczył o linę wysokiego napięcia.

To była jaskółka. „A może jastrząb?” Tego akurat nie pamiętała. „W każdym razie prezent. Z okazji ostatniego dnia lata.” Mimo że do końca lata brakowało jeszcze dwudziestu jeden dni, dla dzieci lato kończyło się zawsze w sierpniu. Latawiec zrobił im ojciec. Pociął stare prześcieradło, z aluminiowych kijków namiotu zrobił stelaż, przywiązał żyłkę od wędki. Dał farby i pędzle, i pozwolił dzieciom pomalować.

„Za komuny prędzej samemu można było wykonać latawiec, niż gdziekolwiek kupić. Bo kiedy przedmiotów jest mniej, można stworzyć więcej rzeczy.” Może wyobraźnia lepiej się ma, gdy wokoło nic nie ma? „A może jednak jaskółka?” Zdawało się, że w kamerze ukryty był kalejdoskop, a kobieta przeskakiwała między slajdami wspomnień. Miała wtedy dziewięć lat, a Bohdan – dwanaście. „Wchodził w wiek, kiedy widzi się mniej, niż chce się zobaczyć.” Izabela rozumiała to jednak dopiero dziś – trzydzieści pięć lat później. Wtedy, wszystko, co wiedziała, to żeby odeszli dalej. „Mówiłam poza tym, żeby nie owijał żyłki wokół nadgarstka.” Ale chłopak nie usłuchał. Chciał tak sterować, żeby, przewleczoną chwilę wcześniej kartkę papieru, wiatr wysłał w kierunku latawca. „Napisałam na niej jeden wyraz.” Głos kobiety się załamał. Przełknęła ślinę, wzięła oddech. „ZOMO”.

Był 31 sierpnia 1982. „A o godzinie czternastej już się zaczynało.” Na ulicach opancerzone wozy, wybuchy petard, gaz łzawiący. Milicja wjeżdżała w tłum, ludzie łapali za butelki z benzyną. „Jakaś suka stanęła w ogniu. A gdy tamci nie mogli wyjść ze środka, bo w ich stronę leciały kamienie, to zaczęli strzelać.” W tłumie był też jej ojciec. „Zresztą, on tam był poprzedniej nocy. Na drzewach instalował zagłuszarki, żeby w eterze powstał szum i milicji trudno się było komunikować. Zagłuszarki schował w mydelniczkach.”

Solidarność Walcząca manifestację zapowiadała już wcześniej, a ojciec miał powiedzieć, żeby Bohdan zaopiekował się tego dnia młodszą siostrą. Matki nie mieli. Zmarła zanim Iza zaczęła chodzić do szkoły. Zmarła niespodziewanie. Kroiła na tacy chleb i w pewnym momencie upadła. Strużka krwi, która wyciekła jej z ust, była cienka. „Jak nitka babiego lata.” Zostali w trójkę. A ojciec cały czas obawiał się, że zostaną we dwójkę, bo gdyby go złapali, dzieci trafiłyby tam, gdzie dom jest tylko z nazwy. „Ojciec martwił się, ale nie miał wyboru.” Należał do Solidarności, a sierpniowa manifestacja nie była jego pierwszą.

„Jakbym wtedy coś czuła, chociaż trudno wierzyć, że dziewięcioletnie dziecko może mieć intuicję.” Izabela myślała o słowie, które brat wysyłał do latawca. Wyraz wzięła od ojca, który za każdym razem, gdy mówił o ZOMO, dopowiadał, że skurwysyny. „Nie chciałam, żeby ojciec nienawidził. Ale wiedziałam też, że musi. Dlatego nienawidzić chciałam z nim.” Bo nawet jeśli dziecko nie do końca nienawiść rozumie, to nienawidzi prawdziwie, z pasją i namiętnie, z szeroko otwartymi oczami i na głębokich oddechach. „Skurwysyny.”

Słupy energetyczne znajdowały się w okolicy Parku Popowickiego. „Piętnaście minut od naszego mieszkania, przez Legnicką.” Przychodzili tam nie raz. Bawili się z innymi dziećmi całymi dniami, byleby tylko zdążyć przed godziną policyjną. Pewnego popołudnia Bohdan zatrzymał się przed słupem i chwilę patrzył. Nic nie powiedział. Zadarł do góry głowę, zmrużył od słońca oczy i patrzył. „Ciekawe, czy może coś wtedy przeczuwał?”

Około południa powiedział do siostry, że wychodzą. Iza pragnęła sama nieść latawiec. „Bohdan trzymał dłonie na moich ramionach i mnie prowadził. Prześcieradło przesłaniało widok. Patrzyłam tylko pod stopy, żeby o coś się nie potknąć.” Brat nie chciał, żeby widziała to, co działo się dookoła. Chciał, żeby ostatni dzień lata zapamiętała jako jeden z piękniejszych. „Wprawdzie pogoda była bezwietrzna, ale gdy dotarliśmy, zaczęło wiać.” Z kartką na żyłce i żyłką owiniętą wokoło dłoni Bohdan biegał tam i z powrotem. Latawiec w pewnej chwil mocno wzbił się do góry, a stelaż z aluminium zaczepił o linę wysokiego napięcia.

Tydzień później, we wrześniu 1982 roku, Iza i jej ojciec byli na dwóch pogrzebach. Pierwszy to pogrzeb Kazimierza Michalczyka, który wracając tamtego dnia z pracy został postrzelony przez ZOMO, a czterdzieści osiem godzin później zmarł z powodu odniesionych ran. Drugi – Bohdana.

„Chciałabym włączyć przewijanie do tyłu, żeby zobaczyć, jak nie płynie prąd, ale tylko krew, jak nie ma tamtej kartki ze słowem, jak idziemy Legnicką i nie ma manifestacji, nie ma Solidarności, jak nie ma sierpniowych porozumień z 1980 roku i nie ma Wałęsy ani Wojtyłły, i jak nie ma mnie.”

W jednym z kadrów archiwalnego filmu widzę dziewięcioletnią Izę z ojcem. On bierze ją na ręce i wydaje się, że chce uratować córkę przed skurwysynami, ale wiem, że zaraz pobiegną w stronę Parku Popowickiego.

„Mój film mógłby być takim, w którym bohaterowie się nie rodzą. W którym postacie to tylko kratka w kalendarzu. 31 sierpnia – imieniny Izabeli i Bohdana. Film, w którym aktorzy się nie pojawiają, a widać tylko latawiec – kawałek łopoczącego prześcieradła na wietrze.”

Etiuda, wiersz bez słów.