Pączki i poncz w gronie najbliższych, wizyta w restauracji, śpiewy wokół fontanny Neptuna na Nowym Targu czy gromkie życzenia Prosit Neujahr! pod ratuszem – pomysłów na obchodzenie sylwestra było wiele. Niektóre z nich nie były mile widziane przez szanujące porządek i spokój mieszczaństwo. Nie raz, nie dwa zabawę musieli przerywać policjanci.

Według starych kronik pierwszy dzień roku był we Wrocławiu zarazem najbardziej eleganckim. Jeszcze pod koniec XVIII w. utrzymywała się w nadodrzańskim mieście tradycja tzw. przejażdżek noworocznych, podczas których co zamożniejsi mieszczanie przyodziewali najbardziej luksusowe stroje, a swoje powozy przyozdabiali tygrysimi skórami czy innymi wykwintnymi okryciami i tak w wolnym tempie przemierzali ulice Wrocławia, odwiedzając najznamienitsze domostwa, pozdrawiając gospodarzy. Był to jedyny dzień w roku, gdy bez skrupułów można było się pokazać innym, nie będąc posądzonym o przechwałki. Zwyczaj ten można było spotkać jeszcze w pierwszych latach XIX stulecia. Tak wyglądała rozrywka wyższych sfer – w końcu wówczas tylko nielicznych stać było na własny pojazd. Po za tym, bogaci mieszczanie, choć brzmi to może nieco brutalnie, nie mieli ochoty spędzać tego wyjątkowego dnia wspólnie z biedotą.

Z kolei wrocławski lud kierował swoje kroki ku Odrze. W latach 90. XVIII w. po raz pierwszy na jej zamarzniętej tafli w okolicy wyspy Piaskowej ustawiano karuzelę. Z początku było to dość proste urządzenie – obracający się słup z przytwierdzonymi doń wspornikami, na końcu których podwieszone były drewniane konie oraz sanie sunące po lodzie. Za dziesięć obrotów płaciło się jeden srebrny grosz. Z czasem karuzele na lodzie zyskiwały coraz bardziej skomplikowaną formę. Pewien karczmarz ze Starych Szczytnik wraz z drugim z Rakowca zlecili wykonanie karuzeli mechanicznej z ośmioma ramionami ozdobionymi saniami oraz tapicerowanymi konikami. Średnica karuzeli spoczywającej na zamarzniętej wodzie sięgała 25 metrów. Mechanizm wprawiała w ruch siódemka mocnych koni, która dodatkowo uruchamiała katarynkę, wygrywającą, jak to określano, turecką muzykę. Dzieci za odpowiednio niższą opłatą mogły korzystać z mniejszych urządzeń, poruszanych przez ludzi. 

Zresztą przejażdżki po zamarzniętej Odrze cieszyły się sporą popularnością jeszcze przez następne dziesięciolecia, chociaż nie były one ściśle związane z obchodzeniem Nowego roku. W 1840 r. właściciel pierwszych omnibusów konnych we Wrocławiu – Conrad Kißling – urządzał w ostatnich dniach grudnia oraz pierwszych stycznia specjalne kursy saniami po Odrze do Dąbia, a nawet do Trestna. 

„Poezja sylwestrowej nocy tkwiła w ponczu i pączkach”

A jak wyglądał sylwester? Wbrew pozorom dawne świętowanie miało wiele wspólnych elementów z dzisiejszym. Wrocławianie albo organizowali przyjęcia dla rodziny i znajomych, albo wybierali się do restauracji – wielu z nich Nowy Rok witało jednak na ulicach i placach, przede wszystkim na Rynku i Nowym Targu. Grzegorz Sobel – autor książki Przy wrocławskim stole, przy której czytaniu cieknie ślinka – zaznacza, że podstawą wrocławskiego sylwestra były pączki (najlepiej tradycyjne miejscowe, wypełnione musem śliwkowym z nutą cynamonu), faworki, a także poncz oraz kruszon. Poncz własnej roboty serwowano w eleganckich wazach, a następnie chochelkami przelewano do wysokich szklanek.

Wśród różnych rodzajów tego napitku wymienić można poncz angielski na bazie cukru, cytryny, rumu i koniaku z dodatkiem gałki muszkatołowej lub poncz o wdzięcznej nazwie „Wyznanie miłości”. Musiał być to zaiste eliksir, po którym nabierało się odwagę do zwierzeń, bo do jego przyrządzenia używano, oprócz dobrej czarnej herbaty, cukru, cytryny, pomarańczy, wanilii, także całej mieszanki różnych gatunków trunków: maraschino, półsłodkiego czerwonego wina, medocu, madery oraz araku. Zabawę sylwestrową rozpoczynał podawany wieczorem obiad. Wśród potraw spotkać można było m.in. karpia w czerwonym winie, sałatki ze śledzia, pieczeń sarnią z duszonymi jabłkami oraz aromatyczną zupę z dzikiej róży. Jako deser wrocławianie podawali kluski makowe lub śląski przysmak o prostych składnikach: kawałki pszennej bułki posypane cukrem i polane śmietaną oraz gotowaną masą makową.

Dzikie wrzaski pod Jurkiem z Widłami

Tak jak obecnie Rynek gromadzi w sylwestrowy wieczór tysiące wrocławian, tak i dawniej tłumy wylegały na ulice i place, by tam wspólnie witać Nowy Rok. Trzeba dodać, że w okresie świątecznym centrum Wrocławia było pięknie udekorowane choinkami, jak np. pl. Solny, a wiele fasad i witryn sklepowych w ciągu głównych ulic – Świdnickiej, Oławskiej, św. Mikołaja – również ozdabiano świątecznymi motywami – gwiazdami czy bombkami.

Miejscem jednoznacznie kojarzonym z sylwestrem, obok Rynku i ul. Świdnickiej, był Nowy Targ – niegdyś otoczony malowniczymi kamieniczkami, które nie przetrwały niestety tragicznego w skutkach oblężenia Festung Breslau w 1945 roku. Z placu zniknęła także najsłynniejsza wrocławska fontanna. Barokowy, piaskowcowy wodotrysk prezentował się nad wyraz okazale – dwie kamienne syreny oraz dwóch trytonów podtrzymywało cztery muszle, ponad którymi na postumencie stał na delfinach mitologiczny bóg mórz Neptun. Niektórych może dziwić postać Posejdona we Wrocławiu, kilkaset kilometrów od morza, a jednak był to bardzo wdzięczny temat dla wielu dolnośląskich fontann w XVIII wieku. Kojarzył się on z wodą, a dodatkowo przypominał także o zamorskich kontaktach handlowych mieszczaństwa wrocławskiego. Gdy Neptun stanął na Nowym Targu w 1732 r. budził powszechną grozę. Był utożsamiany z diabłem, a za sprawą sporej powierzchni nieprzyodzianego ciała oskarżano go o nieobyczajność. Z tego powodu morskie bóstwo padało częstym celem wybryków chuligańskich. Pomimo że fontanna była otoczona ogrodzeniem, władze miejskie musiały zatrudnić stróża nocnego do jej pilnowania. Wrocławianom nie przypadł do gustu ponadto atrybut Posejdona, trójząb, który ówczesnym przypominał widły do przerzucania gnoju. Stąd prawdopodobnie pochodziło popularne przezwisko pomnika: Jurek z widłami. Podczas renowacji w 1. połowie XIX w. rzeczony przedmiot został wymieniony, na złocony i wzorowany na antycznym. Wówczas zresztą mitologiczna postać boga mórz straciła dawne negatywny konotacje, a nawet zyskała wśród wrocławian sympatię, stając się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta.

W tym okresie jednym z bardziej charakterystycznych, a zarazem niezbyt eleganckich zwyczajów żegnania starego roku, były marsze sylwestrowe. Organizowano je właśnie na Nowym Targu, a słynna fontanna Neptuna zajmowała w nich centralny punkt. Marsze te polegały w zasadzie na dwóch czynnościach: spożywaniu (zbyt dużej ilości) alkoholu oraz hałasowaniu. Ostatnim takim sylwestrem był ten w 1850 r. Schlesische Zeitung tak oto relacjonowała wieczór:

W noc sylwestrową zwykle Nowy Targ tętni życiem, zwłaszcza o północy, gdy Jurek z Widłami pozdrawiany jest wielotysięcznym okrzykiem „Szczęśliwego Nowego Roku!”. Także w tym roku utrzymał się ten zwyczaj: pomimo złej pogody wiele setek ludzi przybyło na Nowy Targ, aby na całe gardło przywitać Nowy Rok. Ale tym razem ta ludowa zabawa nie obeszła się bez incydentu. Jak nam powiedziano, pewien młody mężczyzna, który miał zamiar przemówić do ludu, wspiął się na kolumnę Neptuna. Gdy obecni policjanci uniemożliwili mu przemowę, masa ludu powstała przeciwko im. Chociaż policjanci dobyli szpad, nie udało im się stłumić buntu, wręcz przeciwnie doznali wielu szkód ze strony rozbudzonego tłumu, a jeden z nich musiał nawet uciekać do siedziby rejencji, aby ujść przed furią goniącej go hordy. Dopiero około godziny 1 w nocy, gdy przybyło kilku wojskowych ściągniętych z wartowni bramy Piaskowej, pospólstwo natychmiast rozproszyło się. [tłum. T. Sielicki]

Dekretem policyjnym z 1851 r. marsze sylwestrowe zostały zakazane. Obwieszczenie urzędników policji wrocławskiej, które w przytaczanej już książce cytuje Grzegorz Sobel, zawiera dodatkowe informacje o zajściach opisywanej nocy:

Zgodnie ze starym zwyczajem wokół Neptuna na Nowym Targu gromadziły się w noc sylwestrową liczne rzesze ludności, by witać radośnie i z hałasem nadejście Nowego Roku. Już w ubiegłych latach dochodziło przy tej okazji do wielu ekscesów, a obecni na placu policjanci byli obrzucali śnieżkami i lodem. Prezydium policji nie chciało występować przeciw tym organizowanym co roku zabawom mieszkańców, mając nadzieję, że ekscesy nie będą się powtarzać albo ich przebieg nie będzie zakłócał spokoju i porządku publicznego. Jednak oczekiwania się nie spełniły. Podczas ostatniej nocy sylwestrowej zebrały się na Nowym Targu tysiące ludzi, którzy nie tylko hałasowali w przeraźliwy sposób, ale też strzelali z pistoletów i puszczali głośne race. Wiele osób wspinało się na Neptuna i nowe ogrodzenia wokół drzew. Wyzywano przy tym obelżywie obecnych na placu policjantów i rzucano w nich śnieżkami i kamieniami. Jeden z nich został zraniony, innego przewrócono na ziemię, wytarzano w śniegu i pobito, zabrano mu hełm, a płaszcz podarto na strzępy. Policjant ten został też trzy razy uderzony w głowę. Policjanci musieli wezwać na pomoc uzbrojonych stróżów, aby usunąć rozrabiaków. W związku z tymi smutnymi doświadczeniami prezydium policji zakazuje wszystkich tego rodzaju zgromadzeń na Nowym Targu w przyszłości i przypomina ponownie, iż strzelanie z broni palnej bez zezwolenia władz jest zabronione pod groźbą kary pieniężnej od 5 do 20 talarów. [tłum. G. Sobel]

Chociaż dekret zlikwidował sylwestrowe marsze, to jednak tradycja niewyobrażalnego hałasowania, a także zamiłowanie do wdrapywania się na postumenty pomników, wrocławianom zostały we krwi jeszcze przez wiele dziesięcioleci. W sylwestrowy wieczór wrocławskie monumenty niejednokrotnie posiadały specjalną ochronę policji.

Pocztówka pochodzi z portalu polska-org.pl

(Prawie) nowe stulecie

Wyjątkowym sylwestrem był ten w 1899 r. – w mniemaniu wielu mieszkańców stanowił on pożegnanie starego wieku. Nie chcąc wchodzić w polemikę, czy ówcześni mieli rację czy nie, warto przedstawić tamtą wyjątkową noc. A była ona… nie dość, że deszczowa, to jeszcze kompletnie rozczarowała wrocławian mało imponującą oprawą, a raczej jej brakiem. 

Do godziny 22.00 główne ulice i place Starego Miasta nie były zbyt tłumnie odwiedzane. Już o godzinie 23.00 zostało wyłączone oświetlenie uliczne na ul. Świdnickiej oraz na Rynku, przez co pogrążyły się one w półmroku. Mieszkańcy liczyli na jakieś atrakcje w postaci odświętnej iluminacji lub tradycyjnej fanfary z ratuszowej wieży – ale nic takiego nie miało miejsca. Jak wspomina Breslauer Zeitung, jedynie dom handlowy Henel-Fuchs przygotował niespodziankę, w postaci podświetlonych okien, udekorowanych napisem Prosit Neujahr. Nie zawiedli mieszkańcy kamieniczek wokół Nowego Targu, którzy zgodnie z tradycją na sylwestrowy wieczór na wystawionych w oknach choinkach zaświecili świeczki, przydając malowniczemu placowi odświętnej atmosfery.

Od 23.00 wrocławianie zaczęli masowo wychodzić z domów i kierowali swoje kroki do restauracji i kawiarń. Przed północą dwa centralne miejsca – Rynek i Nowy Targ – były szczelnie wypełnione masą ludzi. Policjanci pilnowali porządku, stojąc niekiedy w kordonach, ale prasa nie zanotowała większych incydentów. O północy, gdy tylko zabrzmiało pierwsze uderzenie ratuszowego dzwonu, a zaraz po nim rozdźwięczały się dzwony kościoła św. Marii Magdaleny, ze wszystkich stron Rynku, okolicznych uliczek oraz oczywiście Nowego Targu, w niebo zaczął się wznosić potężny okrzyk Prosit Neujahr! (Szczęśliwego Nowego Roku), który wybrzmiewał jeszcze przez dobre pół godziny. Co ciekawe, relacjonujący sylwestra dziennikarz poczytnej gazety Breslauer Zeitung dziwił się, że tak rzadko słychać było życzenia Prosit Neujahrhundert! (Szczęśliwego nowego stulecia) – być może świadomość we Wrocławiu, kiedy następuje przełom wieków, jednak była całkiem słuszna. Przyjrzyjmy się teraz, jak inna gazeta – Schlesische Zeitung – opisywała ten wyjątkowy wieczór:

Tym razem noc sylwestrowa we Wrocławiu była o wiele bardziej ożywiona w porównaniu z poprzednimi latami. O wielu prywatnych przyjęciach oznajmiały liczne rzędy rozświetlonych okien, a muzyka, odgłos stukających się kieliszków i radosny zgiełk słychać było nawet na dole, na ulicy. Wyjątkowość tego wieczoru sylwestrowego przysporzyła szczególnej korzyści części dziecięcego świata. Niektóre z nich, które w sylwestra zawsze już o 8 albo 9 wieczór składają swoje życzenia noworoczne i maszerują do łóżek, tym razem mogły wytrwać „do nowego stulecia” i zapewne otrzymały w dodatku zwiększoną porcję ponczu. Z kolei wraz ze zbliżaniem się północy, pomimo zabłoconych trotuarów oraz dość lekkiego deszczu, ze wszystkich rejonów miasta ulicami płynął gęsty tłum ludzi do Rynku. Rychło zapełnił się on wielotysięcznym tłumem, który być może oczekiwał fanfar z wieży, być może jednak znajdował przyjemność akurat w tym, że wysłucha po prostu bicia naszego dzwonu ratuszowego oznajmiającego nadejście nowego stulecia. W międzyczasie deszcz zelżał i spowite lekką mgłą gwiazdy rzucały promienie na zmieszane w ciemnościach tłumy. Wtedy zabrzmiało pierwsze uderzenie ratuszowego zegara i okrzyk Prosit Neujahr! wyrwał się na raz z tysiąca gardeł i rozszedł się ulicami w dal, tak że przez kilka sekund można było sądzić, że słychać życzenia noworoczne całego miasta. W tym czasie także i inne zegary wieżowe zaczęły ogłaszać nowy wiek, a gdy to się skończyło, słychać było uroczyste bicie dzwonów kościelnych. Ich dostojne akordy mieszały się z okrzykami i wiwatami ludzi.

Następnie tłum na Rynku zaczął się rozpraszać we wszystkich kierunkach. Tak jak już przed północą, najbardziej ruchliwą była ul. Świdnicka, na której wydawało się, że zgiełkowi i hałasom nie było końca. Ludzie schodzili się z prywatnych przyjęć, lokali rozrywkowych, restauracji i kawiarń, aby wziąć udział w pełnych odgłosów zabawach na ulicy albo aby przynajmniej przypatrzeć się im; dorożki jeździły tak licznie, jak w dzień i cały ten zgiełk tworzył całkiem oryginalny i ciekawy widok. Trzeba było się przy tym liczyć z pewnym tłokiem, ściskiem i przepychaniem, ale nie było to tak nieprzyjemne jak nieokrzesane zachowanie niezliczonych mas nastoletnich uczniaków, a nawet chłopców w wieku szkolnym, którzy zgrajami ciągnęli się gęsiego ulicami z dzikim krzykiem, wyciem i gwizdem. Tradycja ostatnich lat – zbieranie się pod pomnikiem cesarza Wilhelma [przy ul. Świdnickiej] – w tym roku została przerwana. Przyczyną mógł być fakt, że wokół pomnika zostały ustawione brygady policyjne, jednak wyłącznie do ochrony samego monumentu, gdyż przed rokiem kilku nad wyraz odważnych śmiałków próbowało wspiąć się na marmurowe figury i teraz – w związku z wydarzeniami w Berlinie – uznano za wskazane podjęcie pewnych środków ostrożności. Z kolei na Nowym Targu znowu o północy liczne rzesze ludzi zebrały się do wspólnego śpiewu, aby nowe stulecie przywitać zwykłymi okrzykami, ale także obrzydliwym wrzaskiem i gwizdem.

Lokale, w których naturalnie zazwyczaj odbywały się głupawe imprezy, były do tego stopnia przepełnione, że dla przykładu jedna z większych kawiarń była całkiem zamknięta, a nowych gości wpuszczano partiami jedynie od czasu do czasu. Około godziny 0.45 znów pojawił się lekki deszcz i zgiełk oraz tłum nieco zelżały, ale niestrudzeni goście roili się jeszcze aż do wczesnych godzin porannych, kiedy to wciąż nazbyt głośne Prosit Neujahr! rozbrzmiewało raz po raz na dalekich przedmieściach aż po samą sypialnię. Uporczywi goście sylwestrowi, którzy kontynuowali witanie Nowego Roku aż do czwartej godziny rano, zostali w drodze do domu gruntownie odświeżeni przez dość obfitą ulewę [tłum. T. Sielicki].

Nazajutrz w pierwszy dzień stulecia – jak zdecydowały władze państwowe i kościelne – rozpoczęto oficjalne uroczystości przywitania nowego wieku. O godzinie 7.00 rano miasto czekała pobudka – wojskowa parada pod przewodnictwem orkiestr wojskowych 11. pułku grenadierów oraz 51. pułku piechoty ruszyła z odwachu przy ul. Świdnickiej (obecnie kawiarnia „Borówka”) i przemaszerowała przez pl. Wolności, ul. Zamkową, pl. Solny, Rynek, ul. Świdnicką, Promenadę Staromiejską, ul. Krupniczą, pl. Bohaterów Getta z powrotem do odwachu. Następnie miały miejsce dwa nabożeństwa: o 9.30 w kościele św. Krzyża dla katolików, a o godz. 11.00 w kościele św. Barbary dla ewangelików. O godzinie 13.00 przed Pałacem Królewskim na pl. Wolności oddano 101 salw armatnich. A jednak ulice Wrocławia były tego przedpołudnia nad wyraz opustoszałe. Nad miastem wisiała ciężka atmosfera kaca, spowodowana następstwami sylwestrowego ponczu – takie przemyślenia zawarł jeden z redaktorów Breslauer Zeitung.

Wojenna zaduma

Wybuch I wojny światowej diametralnie odmienił nastroje społeczne we Wrocławiu. Sylwester 1914 r. był nad wyraz skromnym wydarzeniem. Cichy sylwester, sylwester wojenny – pisała o nim wrocławska prasa. W tym czasie myśli ówczesnych wrocławian związane były z armią cesarską prowadzącą ciężkie walki na dwóch frontach, bliskimi przebywającymi w okopach, a także strachem przed bezpośrednim zagrożeniem miasta ze strony armii rosyjskiej. Z tego powodu częściej wybierano świętowanie w gronie rodzinnym, chociaż także w różnego rodzaju lokalach ludzi nie brakowało. Korespondenci zauważyli jednak, że wspólne świętowanie nie było tak huczne, jak w poprzednich latach. Ruch na ulicach i placach był także zauważalnie mniejszy. Poza ul. Świdnicką trudno było spotkać tłumy.

Schlesische Zeitung wspominała nawet, że ani Szermierzowi, ani Jurkowi z widłami nie groziło żadne niebezpieczeństwo. W związku z tym wyjątkowo nie przewidziano dla tych słynnych wrocławskich pomników ochrony policyjnej. Zresztą nie zanotowano wówczas większych incydentów. O północy witanie Nowego Roku rozpoczynano od odśpiewania hymnu i innych patriotycznych pieśni. Dopiero potem sięgnięto po konfetti oraz sylwestrowe papierowe czapeczki, które często również nie pozwalały zapomnieć o toczącej się wojnie, gdyż przypominały nakrycia głowy żołnierzy. Tradycyjne okrzyki Prosit Neujahr!, które zawsze dominowały o północy na wrocławskich ulicach, tym razem nie były tak głośne i zostały zagłuszone przez odświętne bicie dzwonów, których surowy głos w doniosłych tonach oznajmił Nowy Rok – jak opisywała Schlesische Zeitung.

Sylwester w cieniu tragedii 

Po wojnie i po powojennym kryzysie wróciły dobre nastroje – Nowy Rok znów witano z rozmachem. W 1929 r. część wrocławian spędzała ten wyjątkowy wieczór w domu w kręgu rodzinnym i wśród przyjaciół, zajadając naleśniki oraz popijając poncz. Jak co roku część mieszkańców wybrała wizytę w restauracji, barze lub lokalu tanecznym. Hucznemu świętowaniu sylwestra pomogły zapewne polepszająca się sytuacja gospodarcza Republiki Weimarskiej oraz ogólny klimat szalonych lat dwudziestych. Tradycyjnie od godziny 23.00 wrocławianie wychodzili na ulice. Przede wszystkim na Rynku gromadziła się masa ludzi. Tam doszło do incydentu, gdy kilkusetosobowy tłum podrostków usiłował nawoływaniem oraz śnieżkami sprowokować stacjonujących przy pomniku króla Fryderyka Wilhelma III policjantów. Bezskutecznie – funkcjonariusze stali niewzruszeni. Celem młodzieży stały się zatem okna rynkowych domów towarowych oraz tramwajów. O północy na budynkach po obu stronach Rynku zaświecono napisy układające się w świąteczne życzenia. Oczywiście, tradycyjny okrzyk Prosit Neujahr! zagłuszył – jak za dawnych lat – bicie kościelnych dzwonów i fanfary wygrywane z ratuszowej wieży. 

Tej nocy doszło jednak do tragedii – chociaż wydarzyło się to z dala od centrum metropolii. W słynnym Lunaparku przy ul. Rakowieckiej dwóch młodych robotników po wypiciu kilku sznapsów za dużo, odmówiło zapłaty i rozpoczęło awanturę. Próbę uspokojenia sytuacji wraz z jednym policjantem z okolicznego stałego posterunku podjął się sam zarządca – Johannes Lempner. Poskutkowało to jedynie eskalacją konfliktu, do którego dołączyli inni młodzieńcy używający w walce szklanych kufli oraz tradycyjnych burszowskich drewnianych lasek. W międzyczasie do zajścia dołączyło trzech kolejnych stróżów prawa, lecz także oni zostali otoczeni i znaleźli się pod ostrzałem latających krzeseł i kufli. W całym zamieszaniu obaj sprawcy w dyskretny sposób opuścili lokal, jednak szybko zostali dogonieni przez czujnego policjanta w randze starszego wachmistrza. Obaj rzucili się na niego i powalili na ziemię. W czasie szamotaniny funkcjonariusz sięgnął po broń i oddał strzał do jednego z napastników.

Według relacji prasowej była to obrona konieczna spowodowana próbą odebrania broni oraz licznymi ciosami zadanymi przez napastników. Trafiony w pierś robotnik przebiegł jeszcze 20 metrów po czym padł bezwładnie na ziemię. Po kilkunastu minutach karetka zabrała go do szpitala oo. bonifratrów, gdzie nad ranem zmarł z powodu rozległych ran. Do uspokojenia nastrojów w Lunaparku i na ul. Rakowieckiej przybył zaś specjalny odział policji porządkowej. Z opisu z gazety wynika, że wydarzenia nocy sylwestrowej na Rakowcu miały podłoże chuligańskie i nie były związane z polityką. Pamiętać jednak trzeba, że w tym czasie także we Wrocławiu dochodziło do krwawych bójek na tle politycznym, w których naprzeciw siebie stawali głównie rosnący w siłę naziści oraz komuniści i socjaliści. 

Ze zbiorów Janusza Arsłanowa

Jeśli Sylwester, to tylko z Neptunem

Na koniec wróćmy do postaci jednoznacznie kojarzonej we Wrocławiu z Sylwestrem – słynnego Neptuna, który dekorował barokową fontannę na środku Nowego Targu, a który był świadkiem wielu noworocznych toastów. Otóż wśród wrocławian utarł się pogląd, że w noc sylwestrową morskie bóstwo ożywało i miało jedyną w roku okazję zejść z postumentu. Gustav Roland w latach 40. XIX w. rokrocznie przygotowywał kilkustronicową opowiastkę, której narratorem był sam Jurek z Widłami. Dobrym słowem bądź szantażem skłaniał przypadkowych przechodniów do zajęcia na ten wieczór jego miejsca, a sam udawał się na spacer bądź przejażdżkę dorożką ulicami Wrocławia, komentując zmiany, jakie dokonały się w mieście przez mijający rok. Oto początek pierwszej z tych opowieści z roku 1840:

Oto stoję tu samotny i opuszczony, nędzy bóg wód, pośrodku Nowego Targu i chciałbym umrzeć ze zniechęcenia i z nudów. Towarzystwo moje za dnia nie należy do najszlachetniejszych. Woźnice oraz handlarze drewnem wypełniają mi uszy przekleństwami, handlarki z koszami na plecach i kucharki kłócą się przy mnie o pierwszeństwo, a swawolni chłopcy, którzy się na mnie gapią, szydzą ze mnie. A ja stoję tu unieruchomiony. Ja, poruszający ziemię Posejdon, nie mogę moim trójzębem, który ślepy lud ma za widły do gnoju, rozgromić przeciwnika! [tłum. T. Sielicki]

Ten krótki opis pozwala poczuć atmosferę Nowego Targu z połowy XIX w. – tak inną od dzisiejszej. Zniszczenie barokowej fontanny Neptuna w 1945 r. przyniosło Wrocławiowi niebagatelną stratę. Ostatnio pojawił się jednak cień szansy na jej odbudowę. Grupa wrocławian kochających swoje miasto i jego bogatą historię zaproponowała, aby na Nowym Targu został przywrócony ten słynny wodotrysk w swojej historycznej formie. Chociaż zabudowa dookoła placu zmieniła się, to jednak sam Neptun mógłby być nie lada atrakcją dla turystów maszerujących z Ostrowa Tumskiego do Rynku. Petycję w tej sprawie podpisało już prawie półtora tysiąca osób. 

W dzisiejszych czasach, gdy tak wiele mówi się o rezygnacji z fajerwerków podczas Sylwestra, nawiązanie do dawnych wrocławskich tradycji także ma sens. Skoro musi być głośno, to może lepiej, aby Nowy Rok witały dzwony oraz wykrzykiwane przez tysiące gardeł życzenia: Szczęśliwego Nowego Roku! – także i my niniejszym pragniemy je Państwu złożyć.

Mariusz Kotkowski, Tomasz Sielicki

Wybrana literatura:

H. Markgraf, Die Straßen Breslaus nach ihrer Geschichte und ihren Namen, Breslau 1896,

G. Roland, Des Gabeljürgen Rundgang durch Breslau in der Neujahrsnacht, Breslau 1840, 

G. Roland, Vollständige Topographie von Breslau, Breslau 1840,

G. Sobel, Przy wrocławskim stole, Wrocław 2006,

Breslauer General-Anzeiger,

Breslauer Neueste Nachrichten,

Breslauer Zeitung,

Schlesische Zeitung.

O autorach

Mariusz Kotkowski – wrocławianin, historyk zajmujący się przeszłością miasta rodzinnego, kolekcjoner pocztówek, autor licznych wystaw oraz książki „Niezwykła codzienność: ulice i place Wrocławia na dawnej pocztówce”.

Tomasz Sielicki – od kilkunastu lat bada historię Wrocławia, współpracując m.in. z Muzeum Miejskim Wrocławia, Ośrodkiem Pamięć i Przyszłość czy Pracownią Audiosfery przy Wydziale Kulturoznawstwa UWr. Przedmiotem jego zainteresowania jest urbanistyka, układ komunikacyjny miasta oraz transport publiczny. Autor kilkudziesięciu publikacji, w tym książek: „Wrocławskie tramwaje konne” oraz „Przez Sępolno, Zalesie i Krzyki… Historia tramwajów we Wrocławiu”.