Przepis na udany biznes może być z jednej strony skomplikowany, z drugiej zaś to dość proste połączenie idei, organizacji, sprzedaży, marketingu i komunikacji. Upraszczając, jeśli któryś z tych komponentów zbytnio przeważy, biznes może mieć kłopoty. 

Chodzi zatem o zwyczajną życiową równowagę, która potrzebna jest nie tylko w biznesie, ale też w polityce krajowej i samorządowej. Problem w tym, że żyjemy w czasach, w których PR stał się komponentem przeważającym i polem zaciekłej rywalizacji. Ze szkodą dla demokracji i wyborców.

O przesadnej roli PR w polityce napisano wiele. Działania „pod publikę”  zarzucano poprzedniemu rządowi, zarzuca się również i obecnemu. Mniej zwraca się uwagę na to w polityce samorządowej, tymczasem to właśnie lokalnie pompuje się naprawdę pokaźne PR-owe „balony”. Osławione public relations zostało wymyślone, by w sprawny sposób komunikować rzeczywistość – z pewnością nie po to, by rzeczywistość skrajnie zakłamywać. To być może największa bolączka polskiej polityki.

Idee, które sprzedają nam politycy, są coraz bardziej puste. Doskonałym na to przykładem jest jeden z krzyków politycznej mody ostatnich lat: elektromobilność i „zielone miasta”. To dziś hasło klucz, które ma nas wznieść na wyżyny rozwoju, pozwolić na udział w IV rewolucji przemysłowej i pokazać jako kraj grający w pierwszej ekologicznej lidze. Państwo ma rozwijać przemysł produkujący samochody i autobusy elektryczne, a samorządy mają te pojazdy na wszelkie sposoby promować.

Idea oczywiście godna pochwały, ale póki co zarówno na poziomie centralnym, jak i samorządowym przeważa wspomniany na wstępie komponent PR-owy. Fabryki polskich samochodów elektrycznych raczej na horyzoncie nie widać, program autobusów miejskich na prąd jakoś nie może się rozkręcić, a samorządowe projekty wsparcia ekologicznego transportu są nieszczególnie konkretne. Zbyt surowa ocena? Być może, ale przyjrzyjmy się faktom. Zwolnienia podatkowe dotyczą tylko najdroższych samochodów w pełni elektrycznych. Tańsza technologia hybrydowa, na którą na razie może pozwolić sobie więcej obywateli, na takie wsparcie już się „nie załapuje”.

A jak wygląda to we Wrocławiu? Miasto tak bardzo chciało pokazać się jako „zielone” i ekologiczne, że aż zdecydowało się na malowanie „zielonych kopert” – bez żadnych podstaw prawnych, co zresztą orzekł sąd. Jak w praktyce wygląda priorytet dla aut elektrycznych, przekonała się również jedna z radnych miejskich, która otrzymała mandat za brak biletu do parkowania, mimo że za auta na prąd takiej opłaty nie trzeba uiszczać. Jak widać, kampania informacyjna na ten temat nie była jeszcze skierowana do miejskich urzędników.