Czterdziestoosobowy zespół zbudowany w mniej niż cztery lata, klienci z Dubaju, Indonezji, Australii i Botswany, stawianie na międzykulturowe wyzwania, ciągły rozwój i ciekawe projekty – oto profil Look4App. “Ja lubię to, co robię” – mówi Bartosz Robaszewski, prezes zarządu młodej, ale bardzo szybko rosnącej wrocławskiej firmy informatycznej, w wywiadzie dla Wroclife.

Look4App, Bartosz Robaszewski branża IT Wrocław start up

Bartosz Robaszewski, prezes Look4App, fot. MOOQ

Małgorzata Burnecka: Witam Cię Bartku!
Bartosz Robaszewski: Cześć.

Na wstępie powiedz mi w paru słowach, czym zajmuje się Twoja firma i jaką ma pozycję na rynku?
Look4App to tak zwany software house, czyli firma, która zajmuje się wytwarzaniem oprogramowania. Istniejemy na rynku już 3 i pół roku i w tym czasie, od momentu założenia firmy, urośliśmy prawie czterokrotnie – pod względem przychodów i naszego zespołu. Zajmujemy się wytwarzaniem oprogramowania: gdy klient ma jakąś potrzebę lub jakiś problem, my za pomocą informatyki staramy się go rozwiązać – tak najprościej można to przedstawić. Obecnie nie mamy żadnego klienta z Polski, wszyscy nasi klienci są z zagranicy, i, co ciekawe, bardzo rzadko są to kraje europejskie. Nasi klienci są głównie z Dubaju, Indonezji, Singapuru, Australii, ale też Niemiec, Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych.

Co skłoniło Cię do założenia firmy i jaka jest jej historia?
Historia Look4App jest dosyć nietypowa. Po studiach prowadziłem firmę, która była spółką giełdową (dzisiaj już nie istnieje). Inwestorzy zdecydowali o sprzedaży firmy, zostawiając mnie (byłem wtedy udziałowcem) bez pracy. Zostałem sam z zespołem i to zdeterminowało mnie do tego, by nie iść do korporacji, tylko dalej zostać na swoim. Zacząłem szukać inwestora i go znalazłem – założył za mnie firmę, ponieważ nie było mnie wtedy stać na opłacenie kapitału zakładowego. I tak powstał Look4App. Tego inwestora spłaciłem półtora roku później i zostałem właścicielem firmy. Skłoniło mnie do tego przede wszystkim to, że zawsze chciałem założyć swój biznes. Pracowałem krótki czas w korporacji, ale już wiedziałem, że to nie jest dla mnie, i nie chciałbym tam wracać. A ponieważ dobrze układała mi się praca z ludźmi, wiedziałem, że jest to właśnie to, co chcę dalej robić.

Jaki był pierwszy sukces Look4App?
Pierwszym sukcesem było pozyskanie pierwszego dużego klienta. Była to firma windykacyjna Ultimo i wydawało się niesamowite, że tak duża firma zdecydowała się na nas, na zupełny start-up, żebyśmy to my stworzyli dla niej system, który dzisiaj dalej istnieje, jest rozwijany i sam jest sukcesem. To głównie duże firmy i korporacje decydują się na nas w momencie, w którym same są zbyt wielkie, żeby wydzielić ze swojej struktury konkretny dział, który miałby zająć się jakimś tematem pobocznym. Także wtedy, gdy ludzie są zbyt zajęci i biorą do współpracy nas jako tych, którzy są w stanie zrobić coś relatywnie małego dla nich, a na tyle dużego dla nas, żeby było to korzystne dla obu stron. Bardzo często taki projekt klienci rozwijają dalej w ramach własnej struktury, a my go tylko wytwarzamy. Tak… to był zdecydowanie pierwszy większy sukces. Drugim sukcesem było pozyskanie pierwszego zagranicznego klienta. W zasadzie on sam nas znalazł – była to firma z Australii. Dzięki temu uwierzyliśmy, że jesteśmy w stanie działać na rynku zagranicznym – skoro myśmy nie szukali, a nas znaleziono. To był moment, w którym zaczęliśmy szukać i z powodzeniem docierać do klientów z zagranicy. Sytuacja jest o tyle bardziej atrakcyjna, że nasi pracownicy, programiści, wolą pracować z klientami zagranicznymi niż z polskimi. Być może dlatego, że tamte projekty są po prostu ciekawsze.

Siedziba Look4App jest we Wrocławiu. Czy uważasz, że Wrocław to dobre miejsce do tworzenia biznesu?
I tak, i nie. Wrocław… kocham to miasto. Ze wszystkich polskich miast, tu pracuje mi się najlepiej, a pracowałem w różnych. Jest doskonale skomunikowany z Warszawą, ale też z Berlinem czy z Pragą. Jest jakby w centrum Europy Środkowowschodniej i świetnie się rozwija, sprowadza się tu mnóstwo firm, mnóstwo ludzi z całej Polski. Natomiast są też problemy wynikające z tego, że ponieważ jest tu tak dużo firm, jest też ciężko pozyskać ludzi, dobrych ludzi do pracy, ponieważ konkurencja na rynku IT, konkurencja na rynku pracownika jest olbrzymia. To powoduje, że trzeba od początku budować taką kulturę firmy, która będzie atrakcyjna, sprawi, że ludzie będą chcieli pracować tu, a nie sięgać gdzieś dalej. Dzięki temu we Wrocławiu jest na pewno łatwiej niż w innych rejonach Polski, ale też trudniej o samego pracownika.

Właśnie, programiści są obecnie jedną z najlepiej zarabiających grup społecznych, a z drugiej strony, ciężko jest też znaleźć dobrego pracownika. Co robisz, żeby takie osoby zdobyć i zatrzymać?
W pierwszej kolejności sięgamy po osoby z polecenia – większość naszych pracowników, a jest nas ponad 40 osób, została polecona przez innych. Jest to wyraz najwyższej formy zaufania ludzi do firmy, jeśli ktoś, komu pracuje się tu dobrze, jeszcze polecił kogoś, swojego znajomego, żeby również tutaj przyszedł i dołączył do zespołu. Nie korzystamy w ogóle ze standardowych metod rekrutacji, czyli np. ogłoszeń. Staramy się docierać własnymi kanałami, możliwie jak najbardziej precyzyjnymi, do ludzi, którzy nas interesują, i zapraszać ich na rozmowę rekrutacyjną. Oferujemy w zasadzie wszystkie benefity, które oferują też korporacje, a jesteśmy firmą mniejszą, która nie ma tylu procedur i procesów. To powoduje, że jest miejsce na rynku i na korporacje, i na takie małe firmy, jak nasza. Ponieważ realizujemy głównie zagraniczne projekty, i często są to start-upy, to technologie, które oferujemy nowym pracownikom, technologie, w których oni mogą pracować, są zwykle ciekawsze niż np. technologia, w której utrzymuje się stale systemy. Tego programiści często już nie chcą robić, albo przynajmniej nie ci, których my zatrudniamy. Nasz zespół to ludzie, którzy chcą rozwijać się w nowych technologiach, chcą robić możliwie najciekawsze projekty i najlepiej od zera, co nie zawsze jest możliwe, ale do tego dążymy.

Wspominałeś o technologiach – branża IT to taki specyficzny sektor, w którym to, co jeszcze wczoraj było istotne, jutro może być nieważne. Jak Ci się udaje pracować w tak dynamicznie zmieniającym się środowisku?
Tutaj każdy, nie tylko ja, ale każdy w firmie uczy się non stop. Nowe technologie wypierają stare. Stare szybko się dezaktualizują, wychodzą cały czas uaktualnienia, które powodują, że ktoś, kto posiadał wiedzę dwa lata temu i pracował w danej technologii, gdy dzisiaj do niej wróci, wygląda ona już zupełnie inaczej. W naszej firmie staramy się nadążać za technologiami, ale są firmy, które zdecydowały się pozostać przy jednej, dłużej stabilnej. To też jest dobre, ale to po prostu inny model. Ponieważ my uczymy się ciągle, oferujemy też pracownikom szkolenia, oferujemy hackathony, różnego rodzaju wyjazdy na międzynarodowe konferencje, co powoduje, że tę wiedzę nabywają bezpośrednio u źródła. Ludzie uczą się również od siebie nawzajem. W naszym zespole programistów nigdy nie są sami seniorzy, jest zawsze tak, że są osoby młodsze doświadczeniem, którym osoby starsze pomagają. Dzięki temu w firmie następuje płynne przekazywanie wiedzy.

Mówiłeś, że Look4App ma bardzo wielu klientów z zagranicy, prawie wszystkich. Czy kierowanie takim globalnym biznesem jest trudne i czy Polska jest dobrym miejscem do prowadzenia takiej działalności?
Staramy się prowadzić nasz biznes lokalnie, tutaj we Wrocławiu – nie mamy żadnych biur sprzedaży poza Wrocławiem, a tym bardziej poza Polską. Sięgnięcie po klientów zagranicznych było decyzją strategiczną, która spowodowała, że nie odczuliśmy tak bardzo zastoju, który był w zeszłym roku na rynku IT, podczas gdy dotknął on bardzo mocno wiele polskich firm. Jesteśmy odporni na zawirowania polityczne i walutowe, ponieważ pracujemy z różnymi zakątkami świata, pracujemy w różnych walutach. To powoduje, że firma jest stabilniejsza i bezpieczniejsza. Z drugiej strony, takich klientów dość trudno się pozyskuje i utrzymuje, choćby przez fakt, że różnice kulturowe są olbrzymie, szczególnie między nami, a krajami arabskimi. Jest przepaść między naszą kulturą a kulturą muzułmańską, trzeba się wiele nauczyć i zacząć z tym oswajać. Ludzie pracują też w różnych strefach czasowych. W sytuacji, w której pracowaliśmy z Australią, zaczynaliśmy pracę o naszej 22-23.00 i kończyliśmy wcześnie rano, ale to już był wybór naszych ludzi. Mogli tego nie robić, mieli wolny wybór, ale robili tylko dlatego, żeby chociaż częściowo nasze godziny pracy pokrywały się z godzinami pracy naszych klientów. Z kolei Indonezja jest 8 godzin w drugą stronę, co powoduje, że zazwyczaj się mijamy. U nich 16.00 jest naszą godziną 8.00, zatem już na samym początku wydaje się, że jesteśmy skazani na porażkę, ale z drugiej strony – ludzie wtedy sami decydują o tym, żeby zostać te 2 godziny dłużej i zrobić telekonferencję z klientem. Kluczowe są tutaj kwestie sprzętu: żeby mieć dobry sprzęt do telekonferencji, żeby mieć dobre łącze internetowe – stabilne, szybkie, które spowoduje, że klient nie odczuje faktu, że nasz zespół pracuje zdalnie w zupełnie innej części świata.

A co było najtrudniejsze z Twojej perspektywy, jeśli chodzi o zderzenie kultur?
Najtrudniejszy był wyjazd zagraniczny, podczas którego nie wiedziałem, że w danych krajach piątek jest dniem niepracującym, a sobota jest dniem pracującym. Nie wiedziałem też, że ludzie w danej części świata wolą nie spotykać się bezpośrednio, tylko najpierw ustalać wszystko mailowo. Chodzi też o kulturę, np. w Indonezji ważne jest to, żeby poznać kulturę całej firmy, zanim zaproponuje się rozwiązanie. Nie wchodzić tam z butami, ale spokojnie i cierpliwie czekać, aż sami klienci przejdą na tematy biznesowe – to nie są konkretne spotkania, tylko długie i zawiłe rozmowy. To są rzeczy, których nie mówi się w podręcznikach, jak robić biznes zagranicą. Może są jakieś informacje, ale czy one są dokładne…? Każdy biznes w każdym kraju i w każdym sektorze wygląda inaczej. W branży IT ważne jest akurat to, żeby mieć dobrych ludzi w cenie, która pasuje klientowi, i zaproponować dobre rozwiązanie, które przede wszystkim rozwiąże skutecznie jego problem. Dzisiaj na rynku zagranicznym bardzo rzadko konkurujemy z firmami z Polski. Konkurujemy raczej z firmami z Indii, Wietnamu, Bułgarii, Rumunii, nawet z Ukrainy, ponieważ oni również docierają do tych rynków. Zderzamy się z nimi i w jaki sposób my mamy udowodnić, że nasz programista jest lepszy? Kod każdy ma ten sam, język angielski każdy zna na tym samym poziomie. Chodzi o zaufanie, o przekonanie innej firmy właśnie do nas i to nam się udaje, klienci bardzo często nas odwiedzają. Przykładem był ostatnio klient z Botswany, który przyleciał specjalnie do nas po wielu godzinach lotu, poznał nas jako firmę i po zobaczeniu biura – zlecił spory projekt.

Mówiłeś o sukcesach, powiedz teraz, jakie były Twoje największe porażki w trakcie prowadzenia firmy.
Tego było jeszcze więcej niż sukcesów i mógłbym o tym mówić bardzo, bardzo długo. Od początku robiliśmy pewne błędy i do tej pory je robimy, tylko mniej. Porażką było to, że nie miałem skąd się uczyć, w związku z czym robiliśmy błędy w cashflowach. Fakt, że klienci notorycznie są po terminach, nie był uwzględniony w żadnych moich obliczeniach. Nie byłem też przyzwyczajony do tego, że konkurencja pracownika jest tak wielka i ludzie są w zasadzie skłonni zmienić pracę bardzo szybko, jeżeli kultura firmy nie spowoduje, że chcieliby w niej zostać.
Porażką było na przykład to, że gdy zaczynaliśmy, to w zasadzie po trzecim miesiącu skoczyły nam się własne pieniądze. To trwało kolejne dwa, trzy miesiące. Nasi ludzie byli oczywiście poinformowani o fakcie, że nie będzie pensji w tym miesiącu, w kolejnym i może też w kolejnym, ale też o tym, że jest kontrakt z klientem, który spowoduje, że to odrobimy, tylko zostańcie z nami, nie uciekajcie. Proszę sobie wyobrazić dzisiaj na rynku sytuację, w której ludzie z tego powodu nie odejdą, sytuację, w której każda firma informatyczna weźmie ich z pocałowaniem ręki, oferując większe pieniądze. Oni, w tym przypadku, wszyscy u nas zostali. Wszyscy dostali też zaległe wynagrodzenie i część z nich pracuje ze mną do dzisiaj po tych trzech latach.
Robiliśmy błędy w umowach, gdyż źle zabezpieczaliśmy swoje interesy. Na początku robiliśmy też błędy w relacjach z klientami, gdyż dopiero uczyliśmy się tego, że klient nie zawsze wie, czego chce. Bardzo często oczekuje propozycji, rozwiązania problemu, a jego własna wizja bywa całkowicie błędna. Ciągle się uczyliśmy i ciągle uczymy, ponieważ wychodzimy na nowe rynki, próbujemy cały czas nowych rzeczy, cały czas podlegamy też procesowi zmiany i nauki pod względem rozwoju w firmie i rozwoju całej firmy.

Czy zajmujesz się czymś jeszcze? Słyszałam, że jesteś również wykładowcą…
Tak, to prawda. Jakiś czas temu poproszono mnie, żebym wykładał na studiach podyplomowych „Akademia Start-upu” na Uniwersytecie Ekonomicznym. Mam przyjemność być tam wykładowcą trzech przedmiotów i nie ukrywam, że sprawia mi dużą radość, móc podzielić się swoimi doświadczeniami jako przedsiębiorca z młodymi osobami. Prawdopodobnie moi studenci kiedyś założą swoje firmy i mam nadzieję, że błędy, o których często im opowiadam, spowodują, że oni już tych samych nie popełnią.

Czyli firma, uczelnia… To brzmi jak więcej niż jeden etat. Czy znajdujesz czas dla siebie, dla rodziny, może dla swojego hobby?
No właśnie… Ponieważ niedawno urodziło mi się dziecko i mam wspaniałą żonę, moje życie podległo pewnej zmianie. Coraz chętniej i szybciej wracam do domu wiedząc, że część pracy zostawiam sobie na wieczór, albo na rano następnego dnia tylko po to, żeby dłużej pobyć z Młodym i z żoną. To też powoduje, że wolnego czasu praktycznie nie mam. Przy małym dziecku ciężko coś zaplanować, ciężko mieć wolne. Natomiast moją pasją zawsze była i dalej jest firma Look4App. Gdy ktoś się pyta, jakie mam hobby, odpowiadam: „ja lubię to, co robię”. Bardzo lubię wstawać rano i tu przychodzić. I móc codziennie sprostać nowym wyzwaniom, a tego u nas w firmie jest naprawdę sporo.

Na koniec podziel się z nami swoimi marzeniami i planami na najbliższą przyszłość.
Mam tylko jedno marzenie zawodowe – żeby Look4App, zatrudniający obecnie czterdzieści osób, stał się kiedyś firmą stuosobową. Moim osobistym celem jest stanąć na czele takiej firmy i móc powiedzieć, że daję pracę co najmniej stu osobom. Dlatego ciągle rozbudowujemy Look4App, nie zatrzymujemy się w miejscu, tylko non stop trwają nowe rekrutacje i szukamy nowych projektów. Na pewno łatwiej zarządza się firmą, która ma dwadzieścia, trzydzieści osób, niż firmą, która ma sześćdziesiąt, osiemdziesiąt czy sto. Jestem tego świadomy, natomiast zawsze moim celem było to, żeby firma rosła i ciągle się rozwijała.

A ile jest teraz osób w Twoim zespole?
Dziś w Look4Appie zatrudnione są czterdzieści dwie osoby. Wszystko udało nam się osiągnąć w mniej niż cztery lata, co jest powodem do dumy. Udało nam się to dzięki temu, że mamy wspaniałych pracowników, którzy – widząc, co dzieje się w firmie – chętniej angażują się w swoje inicjatywy. Nasze biuro, sposób jego wykończenia, to pomysł głównie pracowników. Pani architekt tylko spisywała potrzeby, ale fakt, że mamy tu dzisiaj pół na pół open space z salkami, jest wynikiem właśnie ich inwencji. Tak samo Batman za mną na ścianie to wynik głosowania w firmie. Wszystko, co robię, robię w dużej mierze dla ludzi, którzy tu pracują i będą pracować, taką mam nadzieję.

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.
Dziękuję.

Look4App Wrocław branża IT Bartosz Robaszewski start up

Bartosz Robaszewski, prezes firmy Look4App, fot. MOOQ