Początek “nowych lat dwudziestych” wypada nam niezwykle okazale. Minęło raptem 1,5 miesiąca, a za nami już parę okoliczności, które z pewnością kształtować będą naszą przyszłą rzeczywistość.

Pierwsze, choć oczekiwane, wydarzenie to z pewnością wystąpienie Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Spodziewaliśmy się tego wszyscy, choć politycy robili wszystko, żeby serial rozwodowy trwał jak najdłużej. Ostatecznie, od 1 lutego 2020 roku Unia Europejska liczy o jedno państwo mniej.

Drugie wydarzenie, to całkowicie nieoczekiwany wybuch epidemii koronawirusa. Choroba, której źródło zlokalizowano w prowincji Wuhan w centralnej części Chin, z szybkością błyskawicy zawładnęła wyobraźnią ludzi na całym świecie. Rozwój choroby jest szybki, to fakt, ale, mimo wszystko, nie przypomina on scenariuszy z popularnej gry mobilnej Plague Inc., gdzie do zarażenia całego świata śmiertelnym wirusem wystarczy parę miesięcy.

Jest jedna cecha, która łączy oba, choć tak skrajnie różne, wydarzenia. Zarówno w przypadku Brexitu, jak i gdy do Europy dotarła wieść o zabójczym wirusie, mieszkańców ogarnęła panika. Dotyczy to również Polski, gdzie niepewność jutra spowodowała nerwowe reakcje. Przez długi czas wieszczono niemalże rozpad Unii Europejskiej po wystąpieniu z niej Wielkiej Brytanii, a co za tym idzie olbrzymi kryzys ekonomiczny, który niechybnie doprowadziłby do załamania się stabilnie rozwijającej się gospodarki. Informacja o wirusie zaowocowała wzmożonym ruchem w aptekach i wyprzedażą całego asortymentu maseczek ochronnych.

Może oczywiście być tak, że wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej rozpoczęło proces rozpadu wspólnoty i za 50 lat w książkach ten moment będzie opisywany jako kluczowy. Może być też tak, że wirus z Wuhan okaże się hekatombą i zanim ludzkość wynajdzie na niego lek, spotka nas wiele nieszczęść. Niemniej jednak, dziś jest zbyt wcześnie, żeby ostatecznie przesądzać o tym jak będzie. Mamy za mało danych, zbyt wiele niewiadomych, żeby podejmować radykalne kroki. Panika nie pozwala na racjonalność, prowadzi do impulsywnych zachowań, które niekiedy mogą okazać się gorsze w skutkach od bodźca, który je wywołał. Herbert George Wells przestrzegał w “Wojnie światów”:

Widziałem, co się tam działo. Ludzie piszczeli ze strachu. A ja nie lubię piszczeć. Nie raz, nie dwa zaglądałem śmierci w oczy. Ja nie malowany żołnierzyk, dla mnie śmierć to śmierć i nic więcej. Ten wyżyje, kto myśli.

Dziś, gdy jesteśmy wręcz bombardowani informacji bez przerwy, warto się czasem zatrzymać i zastanowić nad tym co słyszymy, co do nas dociera. Chwila refleksji może okazać się niekiedy zbawienna. Impulsywne decyzje, to nie zawsze dobre decyzje, owczy pęd nie gwarantuje sukcesu, a “większość” nie znaczy “mądrość”.