Jakość służby zdrowia to jeden z najważniejszych parametrów określających poziom życia. Gdyby czas leczył choroby tak jak przysłowiowe rany, średnia długość życia w Polsce wynosiłaby grubo ponad 100 lat.

Czas jaki musi minąć od momentu rejestracji do wizyty, w przypadku wielu specjalistów często oznacza, że jedyną sensowną alternatywą jest leczenie prywatne. Nierzadko na sprzęcie i w gabinetach finansowanych z pieniędzy publicznych. W zadziwiający sposób przechodzimy nad takimi patologiami do porządku dziennego.

Spora rzesza, zwłaszcza młodych ludzi, omija problem korzystając z pakietów medycznych oferowanych przez swoich pracodawców. Takie firmy  jak Luxmed i Medicover to już prawdziwe imperia, które zanotowały imponujący wzrost świetnie wykorzystując indolencję opieki publicznej. Problem jednak w tym, że takie rozwiązanie najczęściej sprawdza się tylko w przypadku mniej poważnych schorzeń. Gdy w grę wchodzą poważne dolegliwości zazwyczaj okazuje się, że pakiet gwarantowanych w taki sposób świadczeń jednak nie jest znowu tak szeroki.  A wtedy czeka nas wątpliwa zazwyczaj przyjemność skorzystania z dobrodziejstw Narodowego Funduszu Zdrowia.

Służba zdrowia

Na NFZ? To za 4 miesiące. Prywatnie? Może jutro? – tak często przebiega rozmowa w rejestracji z panią, której płaci się pensje ze środków publicznych. Zamiast umawiania wizyt w ramach NFZ rejestracje często”przy okazji” obsługują prywatne praktyki, gdzie jedna wizyta kosztuje nawet kilkaset złotych. Nie wspominając o lekarstwach, które potrafią wydrenować kieszeń do cna, a przecież logicznie rzecz biorąc również powinny być bezpłatne – skoro opłacamy składkę zdrowotną, mającą finansować nasze leczenie. Wszak ozdrowienia po samej wizycie u lekarza zdarzają się niezwykle rzadko. Tymczasem do leków płatnych w 100 proc. przyzwyczailiśmy się tak samo szybko, jak do wielomiesięcznych okresów oczekiwania na wizytę u specjalisty.