Wychowywałam się w domu, który zawsze był pełen muzyki. Moi rodzice śpiewali, grali na gitarze i pisali piosenki. Moja mama miała repertuar na każdą okazję – od sprośnych piosenek na spotkania towarzyskie, po pieśni wojenne śpiewane podczas mycia naczyń.

Kiedy jeździliśmy polonezem do babci, z magnetofonu zawsze leciały piosenki Queen. A w latach 90, kiedy zespół Dire Straits wydał płytę “Brothers in arms”, mój tato w te pędy pobiegł do sklepu i wydał na winyl pół wypłaty. Mama była zachwycona. Naprawdę, bez ironii. Mój wujek, który miał 15 lat, kiedy się urodziłam, miał natomiast taki genialny pomysł na lulanie mnie do snu, że gdy zaczynałam płakać, włączał kołysanki. Judas Priest albo Motorhead. Na cały regulator. A mnie to uspokajało. Zawsze, kiedy puszczał muzykę, szczerzyłam się od ucha do ucha. Więc starał się, żeby było ją słychać jak najczęściej.

Oprócz tego w moim domu rodzinnym panowała obsesja na punkcie języka. Strażniczką poprawności językowej była moja mama, która, pracując na nocną zmianę, potrafiła przeczytać trzy książki w przerwach między odprawianiem pociągów. Reżim, jaki zaprowadziła, objawiał się między innymi tym, że czasem nie odpowiadała na moje pytania, jeśli nie były skonstruowane poprawnie gramatycznie.

Dorastając w takim domu, miałam tylko dwa wyjścia. Mogłam znienawidzić muzykę i język, albo musiały stać się integralną częścią mojego życia. Wygrał wariant drugi. Początkowo swoją drogę zawodową związałam z językiem, natomiast im dłużej się temu przyglądałam, tym bardziej stawało się dla mnie jasne, że muzyka i język to niemal to samo.

Zbudowane z tych samych klocków

Zacznijmy od tego, że zarówno muzyka, jak i język, pierwotnie przyjmują postać dźwięków. Te dźwięki mają określone wysokości, melodie, rytm i można je zapisać – czy to używając liter alfabetu, czy nut. W teorii tłumaczeń istnieje nawet pojęcie tłumaczenia intersemiotycznego, czyli takiego, w którym jakiś system znaków tłumaczymy na inny system znaków. Czyli na przykład nuty tłumaczymy na dźwięki, a litery na mowę. Innymi słowy, granie utworu z nut na pianinie to nic innego, jak tłumaczenie.

Muzyka i język zresztą romansują ze sobą na różne sposoby. Czasem teorię muzyki wykorzystuje się w analizie lingwistycznej. A narzędzia językoznawcze w muzykologii i etnomuzykologii. Jest nawet taka dziedzina nauki jak myzukolingwistyka, choć w Polsce nie cieszy się dużą popularnością. Nieco większą cieszą się filmy takie jak te, które tworzy Publio Delgado, zamieniając w muzykę różne ludzkie wypowiedzi (i nie tylko).

Wracając jednak jeszcze na chwilę do bardziej naukowego spojrzenia, jest taka koncepcja, jak gramatyka generatywna. Według tej koncepcji, jeśli znamy zasady gramatyczne i przestrzegamy ich (dziękuję, mamo!), jesteśmy w stanie stworzyć niezliczone kombinacje zdań w danym języku. Możemy mówić od dziś do końca świata i nigdy nie powtórzyć tego samego zdania. Niektórzy generatywiści uważają, że ten nieskończony potencjał dotyczy również muzyki i znajdują między nią a językiem wiele punktów wspólnych.

Podstawowe klocki, z których zbudowany jest język to fonemy (w uproszczeniu: dźwięki) i morfemy (najmniejsze nośniki znaczenia). Ich odpowiednikiem w muzyce są nuty. Fonemy i morfemy składamy w słowa. Nuty składamy w sekwencje lub akordy. Potem pojawia się składnia: ze słów możemy budować zdania, a z akordów i sekwencji nut frazy, melodie i harmonie. Idąc dalej, zdania składamy w opowieści, a melodie i harmonie w piosenki. Ale piosenka to przecież też opowieść. Nawet jeśli słyszysz ją pierwszy raz w życiu, nawet jeśli nie do końca rozumiesz słowa, to niemal od pierwszych nut potrafisz rozpoznać, czy jest to piosenka pogodna, czy smutna, lekka czy poważna. A najlepsza w tym wszystkim wiadomość jest taka, że potencjał tworzenia nowych opowieści zarówno w języku jak i w muzyce jest nieskończony. Oznacza to coś pięknego: że zawsze będą nam się przydarzać piosenki, jakich jeszcze nie słyszeliśmy i historie, jakich jeszcze nikt nam nie opowiadał.

Komunikacja

Najważniejsze podobieństwo między tymi dziedzinami jest jednak takie, że zarówno języka jak i muzyki używamy do komunikacji. Ze wszystkimi tego konsekwencjami, na przykład w obu przypadkach nasz komunikat może być różnie interpretowany przez odbiorców. To, co dla kogoś jest piosenką o nadziei, dla kogoś innego może być piosenką o jej braku. To, co dla kogoś może brzmieć jak słowa otuchy, dla kogoś innego może zabrzmieć jak ironia. To, jak zinterpretujemy dany komunikat muzyczny lub językowy, zależy od bardzo wielu rzeczy – od naszego doświadczenia życiowego, stanu emocjonalnego w danej chwili, czy od naszego zaplecza kulturowego.

Muzyka, podobnie jak język, może być formą dialogu. Prowadzono kiedyś badania za pomocą funkcjonalnego rezonansu magnetycznego, które wykazały, że muzycy jazzowi podczas spontanicznej improwizacji wykorzystują te same obszary mózgu, które są odpowiedzialne za przetwarzanie języka mówionego i składni. Okazuje się więc, że muzyczne “zawołanie i odpowiedź” to tak naprawdę rozmowa dwojga muzyków. Może pianista żartuje sobie z basistką. Może gitarzystka plotkuje z saksofonistą. Może nawet perkusistka kłóci się z trębaczem. Dźwięki, które dobywają ze swoich instrumentów, pełnią tu analogiczną rolę do słów w rozmowie i w podobny sposób przenoszą emocje.

Czasem muzyka może wręcz zastąpić język jako podstawowe narzędzie komunikacji na poziomie neurologicznym. Terapeuci korzystają z tego mechanizmu na przykład pracując z pacjentami, którzy doświadczyli udaru. Okazuje się bowiem, że osoby, które wskutek przebytej choroby straciły zdolność mówienia, czasem można nauczyć śpiewać. Ale to powiązanie działa w dwie strony, nie zawsze korzystnie – osoby cierpiące na wrodzoną amuzję, czyli brak zdolności rozróżniania dźwięków, mogą mieć problem ze zrozumieniem mowy czy interpretowaniem intencji mówiących do nich osób. Czasem nie odróżniają nawet pytań od zdań twierdzących, bo te różnią się od siebie często tylko melodią.

Melodia w języku

Weźmy takie zdanie jak: “Idziesz z nami”. Przeczytaj je na głos na różne sposoby. Zwróć uwagę na to, że może być zwykłym stwierdzeniem. Może być pytaniem. Może być potwierdzeniem, a może być niemal rozkazem czy reprymendą. Jeśli słyszysz te różnice, to znaczy, że korzystasz ze słuchu muzycznego, bo jedyne, co sprawia, że zmienia się znaczenie tych zdań, to melodia, na jaką je wymawiasz.

Melodią w języku zajmuje się po części językoznawstwo, a po części logopedia. Melodię tę nazywamy prozodią. To między innymi prozodia sprawia, że tak porywające są wystąpienia Baracka Obamy czy Martina Luthera Kinga. Kiedy mówią, to brzmią niemal jakby śpiewali, a słowa, które powtarzają, zapadają nam w pamięć jak refren piosenki.

Co się składa na prozodię języka?

  1. Wysokość dźwięków, czyli to, co pokazałam Ci na przykładzie zdania “idziesz z nami”. Rozumiesz tę intonację intuicyjnie, nie musisz mieć zajęć z teorii muzyki, żeby zrozumieć, kiedy ktoś zadaje Ci pytanie. Zwykle też, kiedy mówisz lub piszesz, nie zastanawiasz się, jaką melodię będą mieć słowa, których używasz. No chyba że masz w sobie pierwiastek językowego szaleństwa. Ja na przykład, nawet kiedy publikuję post w mediach społecznościowych, zastanawiam się, jak on będzie brzmieć.
  2. Akcent wyrazowy i zdaniowy. To on nadaje Twoim wypowiedziom rytm, który może być mniej lub bardziej regularny.
  3. Natężenie dźwięku. Jest to narzędzie, którego często używamy, żeby wyrazić emocje. Kiedy jesteśmy źli lub podekscytowani, mówimy głośniej. Ale na przykład w sytuacji bliskiej, intymnej, będziemy raczej szeptać.
  4. Tempo. Oprócz tego, że tempo mowy różnych osób może być naturalnie szybsze lub wolniejsze, możemy także je modyfikować w zależności od efektu, jaki ma mieć nasza wypowiedź. Jeśli chcemy coś podkreślić, zwalniamy. Jeśli chcemy kogoś zmotywować, porwać, zainspirować, będziemy mówić szybciej.
  5. Pauza. Cisza to również język. Wyraża tak samo dużo, jak słowa. Pauzę możemy zastosować, żeby uwypuklić jakąś część wypowiedzi, żeby zaciekawić odbiorców, czy żeby wyrazić nasz stan emocjonalny.

I, co ciekawe, wszystkie te elementy można również znaleźć w muzyce.

Kiedyś usłyszałam, że mówić o muzyce to jak tańczyć o architekturze. Ale jeśli przyjrzymy się temu bliżej, to okazuje się, że samo mówienie to tworzenie muzyki, podobnie jak muzyka to tak naprawdę opowiadanie historii. I to niesie ze sobą ogromny potencjał twórczy. Wszyscy jesteśmy artystami, nawet jeśli o tym nie wiemy.