Dawno, dawno temu (a może i nie aż tak znowu dawno), wcale nie za górami, wcale nie za lasami, tylko tuż pod nosem, na naszym i na wielu innych podwórkach trwało polowanie. Polowanie na czarownice. I ani to początek baśni, ani nic śmiesznego, bo tak naprawdę to historia o prześladowaniach i ludobójstwie. Wydawać by się mogło, że historia zaprzeszła i miniona. Są jednak miejsca na świecie, w których trwa ona do dziś.

Przeczytaj poprzednie odcinki cyklu “Wszyscy jesteśmy artystami”

Jednym z takich miejsc jest Ghana. Kobiety (i, choć znacznie rzadziej, mężczyzn) w tym kraju nadal oskarża się o czary. Powody tych oskarżeń są przeróżne. Wdowom na przykład zarzuca się, że czarami doprowadziły do śmierci swoich mężów. Podobny los spotyka kobiety na różne sposoby niewygodne dla swoich społeczności: samotne matki, kobiety z niepełnosprawnościami, chore, czy stare, z początkami demencji. I takie, których najzwyczajniej w świecie rodzina chce się pozbyć – choćby dlatego, że mąż nie ma środków i przestrzeni, żeby utrzymywać wszystkie swoje dotychczasowe żony.

Często jest zresztą tak, że na tych oskarżeniach ktoś materialnie korzysta, bo można dzięki nim pozbyć się takiej kobiety z wioski i bezkarnie przejąć należący do niej kawałek ziemi. Ktoś umiera – wina czarownicy. Marne plony, czy zwierzyna padła – czary. Zła pogoda – konszachty z ciemnymi siłami. Niepłodność – wiedźma rzuciła urok. Czasem za podstawę oskarżenia wystarczy, że dana kobieta komuś się przyśni, a akurat nie ma przy boku mężczyzny, który mógłby ją obronić. Zawsze znajdzie się jakiś powód. A kiedy już się znajdzie, oskarżona kobieta musi uciekać, inaczej w najgorszym wypadku grozi jej brutalna śmierć.

Wioski czarownic

W Ghanie problem jest na tyle powszechny, że istnieją nawet obozy, czy, nazwijmy to, wioski czarownic (witch camps). Są to miejsca, w których oskarżone o czary kobiety mogą znaleźć schronienie. Ale, jak pisze Dorian Lynskey z The Guardian, jest pewien haczyk. Założenie u fundamentu istnienia tych wiosek jest bowiem takie, że trafiają tam kobiety, które rzeczywiście są winne czarów, a bogowie, ubłagani przez lokalne władze, neutralizują ich złe moce. Dzięki temu domniemana czarownica nie jest groźna dla otoczenia tak długo, jak przebywa w tym miejscu.

Innymi słowy, jeśli przepędzona z domu rodzinnego kobieta szuka schronienia w wiosce czarownic, jest to jednoznaczne z jej przyznaniem się do winy. A kiedy już tam trafi, prawdopodobnie zostanie tam na zawsze. Do swoich domów mogą wrócić tylko te kobiety, o które rodzina się upomni. A to zdarza się nieczęsto. Zwykle “czarownice” mieszkają w obozach do końca życia, nawet po kilkadziesiąt lat.

W Ghanie jest sześć wiosek czarownic – przynajmniej oficjalnie – i przebywa w nich około tysiąca osób. Jak pisałam, głównie są to kobiety, ale zdarzają się też mężczyźni. W wioskach przebywa też łącznie około 500 dzieci. Są tam wysyłane wraz z kobietami, żeby je chronić przed złymi siłami. Czasem są to ich własne dzieci, czasem nie. Niektóre z tych wiosek istnieją już od ponad 100 lat. Próby zlikwidowania ich spełzają na niczym, bo sprzeciwiają się temu same oskarżone o czary kobiety. Nie widzą szans na reintegrację ze swoimi społecznościami, wolą więc pozostawać w wioskach, niż wracać do domu. Boją się wykluczenia, a nawet linczu. 

W 2018 roku kilka wiosek czarownic w Ghanie odwiedzili Marilena Umuhoza Delli, dokumentalistka, i jej mąż Ian Brennan, producent muzyczny. Do Ghany, jak mówi Delli, przyjechali po to, żeby “dać możliwość wypowiedzi kobietom, które zwykle są uciszane i niesłuchane”.

Twórcy spędzili w wioskach dwa tygodnie. Pracowali z około setką osób, głównie starszymi kobietami, choć w projekcie wzięli udział również mężczyźni i dzieci. Zrealizowali sześć godzin nagrań z improwizowanych sesji wspólnego tworzenia muzyki. Podczas tych sesji mieszkańcy wiosek czarownic, niemający żadnego wcześniejszego przygotowania muzycznego, grali na prostych instrumentach – czasem tradycyjnych, ale zwykle zrobionych z czegoś, co akurat mieli pod ręką: kawałków drewna, wiaderek, puszek. Kobiety śpiewały. Śpiewały mantrowe, rozdzierające serce, tworzone na poczekaniu pieśni o miłości, odrzuceniu, bezdomności, tęsknocie i zdradzie. Czasem śpiewały razem, czasem jeden głos wychodził na prowadzenie a inne mu odpowiadały. Czasem akompaniował im śpiew ptaków.

Efektem tej pracy jest płyta “I’ve forgotten now who I used to be”, dostępna w serwisach streamingowych. Płyta oszałamiająco głęboka i prawdziwa. Taka, której słucha się z zapartym tchem i potrzeba potem sporo czasu (a przynajmniej ja potrzebowałam), żeby dojść do siebie. Jedyną wskazówką dotyczącą treści poszczególnych utworów są ich tytuły w języku angielskim, na przykład: “Abandoned (forced into a life of prostitution)” (“Porzucona (zmuszona do życia jako prostytutka)”), bo mieszkanki wiosek czarownic śpiewają w swoich regionalnych dialektach, które nawet w Ghanie są już rzadko używane. A jednak każdy utwór przesiąknięty jest takim emocjonalnym ładunkiem, że historie opowiadają się same, sama pojawia się gęsia skórka. Naprawdę nie trzeba zerkać na listę tytułów utworów, żeby wiedzieć, kiedy kończy się piosenka o tęsknocie, a zaczyna ta o miłości.

Swoim projektem Delli i Brennan chcą oddać głos tym, którzy na co dzień go nie mają, a jednocześnie zwrócić uwagę na uprzedzenia i stereotypy, które skutkują prześladowaniami i niewyobrażalną ludzką krzywdą. Dla mnie ten projekt jest jednak czymś jeszcze, dlatego postanowiłam napisać o nim tutaj, w ramach cyklu “Wszyscy jesteśmy artystami”.

Projekt ten jest opowieścią o uniwersalności pragnienia artystycznej ekspresji. O tym, że najprawdziwsza sztuka rodzi się z historii, które nosimy w sobie, z emocji, których nie da się wypowiedzieć. I że niewyobrażalne piękno czai się w tych zakamarkach ludzkiej duszy, które widać dopiero wtedy, kiedy cichnie ten głos uporczywie zadający pytania: Czy powinnam? Czy się nadaję? Czy mi wolno? Czy potrafię? Może wtedy przemówić ten, który ma do powiedzenia coś naprawdę ważnego. Coś, co może nieść nadzieję, a być może nawet zmieniać świat – cały, albo jakiś mały jego kawałek – na odrobinę lepsze.

Każdy z nas ma do opowiedzenia jakąś historię. Na jakimś poziomie ona jest tylko nasza, ale na jakimś innym, głębszym, w każdej historii jest coś uniwersalnego. To, co nam gra w duszy, może w niespodziewany sposób zarezonować z melodią, którą nosi w sobie ktoś inny. I to piękne, móc te historie opowiadać, docierać nimi do siebie nawzajem i się nimi dzielić. Czy wszyscy będziemy gwiazdami pop, albo malarzami, którzy przejdą do historii? Na szczęście nie. Ale wszyscy nosimy w sobie poruszające, ważne historie, które zasługują na to, żeby je opowiadać – słowem, dźwiękiem, rysunkiem, czy w jakikolwiek inny sposób.

Inne projekty

Marilena Umuhoza Delli i Ian Brennan wcześniej zrealizowali już wspólnie kilka społeczno-artystycznych projektów, szukając muzyki w najodleglejszych zakątkach świata, zwykle współpracując przy tym z marginalizowanymi, poddawanymi ostracyzmowi grupami społecznymi. W ramach ich pracy powstały albumy i filmy dokumentalne takie jak:

  • Zomba Prison Project, zrealizowany z udziałem osadzonych w więzieniu o zaostrzonym rygorze w Malawi, którzy skomponowali i wykonali piosenki-opowieści o swoich doświadczeniach
  • Tanzania Albinism Collective – projekt, dzięki któremu prześladowani albinosi z Tanzanii zaczęli tworzyć własną muzykę, koncertować, a ostatecznie wystąpili ze swoim materiałem na festiwalu Womad

Foto główne: SALTN, CC BY-SA 4.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0, via Wikimedia Commons