Wiele potrafię wybaczyć piosence. Może być banalnie prosta, zupełnie pozbawiona muzycznego polotu. Może być zaśpiewana na trzech dźwiękach. Może być zaśpiewana i zagrana nieidealnie. Mogą tam być jakieś krzaczki, jakieś załamania, jakieś inne skazy. Może być też absolutnie idealna, to też mi nie przeszkadza. Jeśli tylko ta piosenka jest o czymś.

Przeczytaj poprzednie odcinki cyklu “Wszyscy jesteśmy artystami”

Od zawsze tak miałam, że kiedy już słuchałam muzyki, to najpierw moją uwagę zwracał tekst. Kocham słowo, jest dla mnie jednym z ważniejszych środków wyrazu i odpowiednio użyte, trafia do mnie bardzo głęboko. Czasami wystarczy, że w piosence jest jakaś jedna poruszająca fraza i już potrafię zapętlić dany utwór na odtwarzaczu na wiele godzin. Miałam tak na przykład ze słowami: “I know that in your heart there is an answer to a question which I’m not as yet aware that I have asked” (w wolnym tłumaczeniu: “wiem, że w twoim sercu jest odpowiedź na pytanie, choć nadal nie jestem nawet świadom, że je zadałem”) z piosenki Asafa Avidana, “Different pulses”.

Czasem zdarza się tak, że znam jakąś piosenkę od lat i niespecjalnie zwracam na nią uwagę, aż do dnia, kiedy przysłucham się tekstowi i taka piosenka natychmiast ląduje na mojej top liście wszech czasów. Często jest też tak, że latami słucham jakiejś piosenki ciągle i ciągle od nowa, za każdym razem odkrywając w tekście nowe sensy i nowe pokłady piękna, za każdym razem się temu tekstowi dziwiąc.

To właśnie dlatego ogromną miłością darzę piosenki autorstwa Agnieszki Osieckiej, Wojciecha Młynarskiego, Katarzyny Nosowskiej, Grzegorza Ciechowskiego, albo te z repertuaru Edyty Geppert, Marka Grechuty, czy, z nieco innej beczki, Dr Misio. I wiele innych – samej listy moich ulubionych autorów wystarczyłoby na osobny artykuł. Lubię też muzyczne interpretacje poezji, szczególnie wtedy kiedy klasyka spotyka się w nich ze współczesnością.

Jednym z moich ostatnich odkryć w tym zakresie jest Projekt Leśmian, który łączy wiersze tego poety – bez dwóch zdań ponadczasowe – z muzyką elektroniczną. Trafiłam na ich stronę przypadkiem i jakoś nie bardzo mogę przestać słuchać. Brzmią lekko, bezpretensjonalnie i zmysłowo. Muzyka do tekstu się przytula, ale go nie przygniata, co, pozwolę sobie zaryzykować hipotezę, Leśmianowi, mogłoby się spodobać. Słucham dostępnej już epki i czekam z zapartym tchem na więcej.

Bolesław Leśmian zresztą wyjątkowo jest bliski mojemu sercu, co być może czyni mnie nieobiektywną. Wychowałam się na jego poezji, a wiersz “Gad” znałam jako piosenkę, zanim jeszcze dowiedziałam się, kto jest tego tekstu autorem. Melodię do tejże piosenki napisała moja mama, która zwykła ją śpiewać przy najróżniejszych okazjach, powodując niechybnie, że gasły wszystkie rozmowy i słychać było tylko Leśmiana. 20 lat później, kiedy pisałam muzykę do spektaklu “Syrena-monomusical”, również i ja odważyłam się po ten tekst sięgnąć, choć nie było to emocjonalnie najprostsze, bo musiałam się przy tym zmierzyć z dwojgiem moich idoli. Wykonawszy to ćwiczenie z pokory, mogłam w tej piosence poszukać swojego Leśmiana, swojego “Gada”. I pewnie niedługo się z Wami nim podzielę.

Chętnie wracam też do twórczości zespołu Fonetyka. Muzycy wydali dotychczas trzy albumy. Pierwszy z nich, mój ulubiony, składał się z piosenek z wierszami Rafała Wojaczka. Drugi to teksty Bursy, a trzeci to poezje Ciechowskiego. To, czym kupiła mnie muzyka tego zespołu, to jej odwaga i bezczelność, decyzja muzyków, żeby środków wyrazu nie powielać, tylko wzmacniać poprzez kontrast. Poezji, jak się okazuje, wcale nie trzeba śpiewać poetycko. Można agresywnie, z pazurem i ten pazur może szarpać struny gitary elektrycznej. I wtedy okazuje się, że taki Wojaczek czy taki Bursa są bardzo aktualni, chociaż obaj zmarli ponad pół wieku temu, wpisani w kanon poetów wyklętych. Trochę nam wstyd było za nich, a może raczej za ten kawałek nas, który się w nich odbijał. I trochę nam dalej wstyd, ale z tym wstydem trzeba się zmierzyć. Muzyka, mam wrażenie, tej konfrontacji sprzyja.

Jeśli chodzi o teksty w języku angielskim, to nie będzie zapewne niczym specjalnie odkrywczym, jeśli napiszę, że bez końca mogłabym słuchać i czytać Leonarda Cohena. Szczególnie jego ostatnia płyta, “You want it darker” trafia mnie gdzieś głęboko między żebra. Ta siła rażenia wydaje się dość uniwersalna, biorąc pod uwagę, w jak wielu serialach i filmach w ostatnim czasie zostały wykorzystane utwory z tej płyty oraz to, jak wielu nagród i wyróżnień doczekała się na całym świecie.

Obok Cohena w moim osobistym poetyckim panteonie zasiadają Tim Buckley i jego syn Jeff, Marc Almond, Rebekka Bakken, Fiona Apple, Anohni, wspomniany już Asaf Avidan i jeszcze wielu, wielu innych artystów i artystek. Tutaj natomiast chciałabym zatrzymać się na chwilę jeszcze przy jednej z najpiękniejszych znanych mi piosenek – “The Art Teacher”, której autorem jest Rufus Wainwright.

Jest to piosenka o minimalistycznej strukturze, porównywanej do kompozycji Philipa Glassa. Została nagrana z bardzo skromnym instrumentarium, co sprawia, że środek ciężkości w tym utworze pada na tekst. Ten zaś za pomocą bardzo prostych środków, układających się w zręczną opowieść, oprowadza nas po życiu pewnej kobiety. Obrazy zmysłowe, tu i ówdzie wpleciony rym, wers budowany raczej w rytmie prozatorskim niż typowo piosenkowym, a przede wszystkim gry słów – wszystko to sprawia, że w tych czterech krótkich strofach zawiera się wystarczająco dużo treści na film albo powieść. Albo na słuchanie ciągle i ciągle od nowa. I odkopywanie coraz to nowych sensów i muzyczno-słownych zależności.

Gdyby ten film powstał, czy tę powieść ktoś by napisał, to byłaby to historia o dwóch niespełnionych młodzieńczych miłościach: do nauczyciela i do sztuki. Trudno powiedzieć, która z nich jest większa. I trudno powiedzieć, która jest bardziej nieszczęśliwa. Byłaby to opowieść po równo o pragnieniu i o rozczarowaniu. Byłaby to krytyka kapitalistycznych wzorców, takich samych dla każdego, wyciętych z jednej foremki. A zarazem byłaby to pochwała wierności wobec samego czy samej sobie, podążania za głosem własnej intuicji. I kończyłaby się w tym samym miejscu, co “Przeminęło z wiatrem” – w miejscu, w którym bohaterka wszystko zrozumiała. Zrozumiała, co i kogo kocha. Zrozumiała, czego pragnie. Zrozumiała, że bez tego nie potrafi być szczęśliwa. I kompletnie nie wiadomo, co z tym dalej zrobi.

Ach, i jeszcze jedno. Ta piosenka jest o tym wszystkim dla mnie. Dla Ciebie może być zupełnie o czymś innym. I zupełnie o czymś innym jest najprawdopodobniej dla jej autora. I nikt z nas nie ma racji. I nikt z nas nie jest w błędzie. Fajnie by było kiedyś o tym porozmawiać.