To był dzień jak każdy inny. Dość ciepły. Słońce odbijało się od tafli wody, a ja szłam brzegiem i obserwowałam trzy kaczki, które z determinacją i zabawnym sprytem próbowały wyłowić spoczywającą na dnie kolbę kukurydzy. Szłam, aż znalazłam liść. Żółty w zielone kropki. Połączenie beztroskiej radości i nieuchronnej melancholii w sam raz na tę porę roku. 

Przeczytaj poprzednie odcinki cyklu “Wszyscy jesteśmy artystami”

Podniosłam ten liść i pomyślałam, że to już. Ten moment. Jedną nogą jest już z nami jesień. Będzie coraz chłodniej. Coraz ciemniej. Z jednej strony piękny to czas na tworzenie, bo można nieco zwolnić, oddać się refleksji. Z drugiej… no wiecie. Jak siąpi, wieje i w ogóle jest buro, to nie zawsze cokolwiek się chce. To znaczy chce się – zawinąć w kołdrę z kubkiem ciepłego napoju i żeby nic nie trzeba było robić. Takie dni się zdarzają i trzeba sobie na nie pozwolić, bo one są okej.

I na takie właśnie dni coś dla Ciebie dzisiaj przygotowałam – bardzo subiektywne zestawienie seriali dla wrażliwców i dla osób, które chcą pielęgnować artystyczny kawałek siebie. Być może niektóre z nich już znasz, ale mam nadzieję, że uda mi się pokazać Ci również coś nowego. A może Ty podzielisz się ze mną czymś fajnym, czego nie ma na tej liście? Chętnie przyjmę porcję inspiracji.

Dickinson

Poezję Emily Dickinson czytałam jako nastolatka. Zawsze poruszała mnie jej prostota, a jednocześnie niezwykła wnikliwość, umiejętność rozebrania rzeczywistości do naga, odarcia jej z masek i sprowadzenia do nieskomplikowanych prawd. O samej autorce coś tam wiedziałam, tyle ile się czyta w notkach biograficznych w podręcznikach, ale trudno mi było wyobrazić ją sobie jako człowieka z krwi i kości. Osobę, która czuje, przeżywa, doświadcza.

Serial “Dickinson” to okienko, przez które można zajrzeć do świata poetki. Zobaczyć ją jako charakterną młodą kobietę z ogromną pasją, żyjącą w czasach, kiedy kobietom nie wolno było mieć pasji. Kobiety miały wówczas wychodzić za mąż, rodzić dzieci i zajmować się domem. Nikt nie traktował ich poważnie, kiedy oznajmiały światu, że pragną czegoś więcej. Kobieta, która chciała pisać wiersze, przynosiła swojej rodzinie niewybaczalny wstyd. Ale Emily pisała. Odrzucała kolejnych absztyfikantów i randkowała ze śmiercią.

Widzimy też Emily jako kobietę cierpiącą z powodu tragicznej, bo niemożliwej miłości – miłości do Susan Huntington Gilbert Dickinson. Susan również była poetką, a prywatnie żoną Austina Dickinsona (choć w serialu jest przedstawiona raczej niepoetycko). Kobiety poznały się tuż przed dwudziestymi urodzinami Emily. Susan natychmiast stała się muzą poetki, jej pierwszą i najbardziej zaufaną recenzentką oraz największą miłością. Emily pisała do Sue przejmujące listy, to ona była też adresatką miłosnej poezji Dickinson. I ta poezja musiała im wystarczyć za wspólne życie, którego obie pragnęły, a które w tamtych czasach było nie do przyjęcia. Do dziś zresztą świat prawa do tej miłości im w pewnym sensie odmawia. W wielu wydaniach poezji Emily Dickinson zaimki żeńskie w wierszach miłosnych zastępowane są męskimi (no bo przecież skoro kobieta pisze wiersze miłosne, to na pewno do mężczyzny, prawda?). Podobnie jest w tłumaczeniach, a polska wersja Wikipedii podaje, że Emily i Susan “mocno się przyjaźniły”. No. Fakt. Dość mocno.

Serial “Dickinson”, choć opowiada, jak pisałam, poetycko tragiczną historię, nie jest zrealizowany z ciężkim patosem, jakiego można by się w tym kontekście spodziewać. Wręcz przeciwnie – jest lekki, często zabawny i bardzo współczesny. Na kolana rzuca ścieżka dźwiękowa. Wydarzenia sprzed niemal dwóch wieków komentowane są piosenkami, których Emily prawdopodobnie słuchałaby, gdyby dzisiaj miała 20 lat. Po raz pierwszy spotkałam się też z serialem, w którym w doborze piosenek twórcy kierują się nie tylko klimatem muzycznym, ale przede wszystkim tekstem – co właściwie należy uznać za dość przyzwoitą decyzję w serialu o poetce.

W moim osobistym rankingu – 10/10. Chętnie do Dickinson tej jesieni wrócę.

The Kominsky Method

Sandy Kominsky (Michael Douglas) jest nauczycielem aktorstwa. Wcześniej był także rozchwytywanym aktorem, ale czasy jego świetności przeminęły. Jego agent, a zarazem najlepszy przyjaciel, Norman Newlander (Alan Arkin), zazwyczaj nie ma dla niego dobrych wiadomości. Propozycje ról jakoś nie chcą spływać, a jak już się pojawiają, to niespecjalnie atrakcyjne. Studenci Sandy’ego również patrzą na niego chwilami jak na relikt przeszłości. Ale tak naprawdę to nie o tym jest ten serial.

“The Kominsky Method” to opowieść o starości. Bez słodzenia, bez pudrowania, ale i bez straszenia i naturalizmu. Jest to opowieść słodko-gorzka, w której radość życia przeplata się ze świadomością nieuchronnej śmierci. Sandy mawia, że “jesteśmy pasażerami na łodzi, która powoli tonie”. Bohaterowie tego serialu nie mają już młodzieńczych złudzeń. Akceptują rzeczywistość taką, jaka ona jest, co nie znaczy wcale, że nie próbują tej rzeczywistości nagiąć tak, żeby jeszcze coś dla siebie ugrać. Widać w nich zdziwienie tą starością. Widać, że ząb czasu szybciej nadgryza ciało niż duszę. Widać różne odcienie pożegnań, rozstań, rozczarowań, ale widać też dystans, spokój i poczucie humoru, które to cechy sprawiają, że całe to przemijanie jest jakieś bardziej znośne i można uznać, że po prostu jest, jak jest.

Czasem przygody (i rozmowy!) Sandy’ego i Normana są przekomiczne. Czasem trudno powstrzymać łzy. I za tę, jakże prawdziwą, życiową mieszankę, lubię ten serial. I jeszcze za to, że pozwala zadać sobie wiele pytań – o cele, o ambicje, o pragnienia, o miłość, o to, co tak naprawdę jest w życiu ważne.

Ania, nie Anna

Ten serial cieszył się swego czasu ogromną popularnością i obejrzeli go już chyba prawie wszyscy. Ale pomyślałam, że warto o nim wspomnieć. Może akurat Ty jeszcze się wahasz? Ja wahałam się bardzo długo. “Anię z Zielonego Wzgórza” przerobiłam w głębokiej podstawówce. Lubiłam tę opowieść, ale też nie tak, żebym nie mogła przez nią spać po nocach. Jakaś ta Ania była dla mnie zbyt romantyczna, żeby nie powiedzieć histeryczna. Zdecydowanie wolałam “Ronję, córkę zbójnika”. Dlatego kiedy zaczęła się moda na serial o losach Ani (uwspółcześniony, to prawda, ale jednak ciągle o tej samej Ani), nie dostałam jeszcze wypieków na policzkach. Zresztą, myślałam, że to serial dla młodzieży, a nie dla takich Całkiem Dorosłych Osób, jak ja.

Później, kiedy obejrzałam już wszystko inne, co było do obejrzenia, z braku laku postanowiłam dać Ani szansę. Pierwsze dwa czy trzy odcinki jeszcze mnie do końca nie kupiły. Ot, perypetie irytująco oderwanej od rzeczywistości małej gaduły. Ale potem wsiąkałam coraz głębiej. Kiedy już główna bohaterka przestała mnie irytować (może dlatego, że mocno poczułam, przed jakim niewyobrażalnym okrucieństwem ucieka w świat fantazji o księżniczce Kordelii), musiałam pamiętać już tylko o jednym: żeby oglądając kolejne odcinki, zawsze mieć pod ręką chusteczki. Na tym serialu się ryczy non stop. A to ze smutku, a to ze szczęścia, a to ze śmiechu, a to ze wzruszenia. Ach, no i kocham Mateusza. Ten facet odzywa się tylko wtedy, kiedy jest to absolutnie konieczne. Ale jak już się odezwie, to łapie za samo serce i mocno trzyma.

Jeśli masz ochotę zrobić przyjemność swojemu wewnętrznemu dziecku, Ania (nie Anna) na pewno Ci w tym pomoże.

Atypowy

Ten serial to opowieść o zwyczajnej rodzinie. Elsa i Doug, czyli nie do końca kryształowi rodzice, którzy jakoś próbują sobie poukładać wiecznie rozsypującą się rzeczywistość. Casey, zbuntowana nastoletnia dziewczyna, która poszukuje siebie i bardzo sobie nie życzy, żeby ktoś jej się w te poszukiwania wtrącał. I Sam, nastolatek ze spektrum autyzmu, który staje się coraz bardziej niezależny, zmuszając swoich rodziców do zmierzenia się z własnymi lękami.

Sam pracuje w sklepie ze sprzętem elektronicznym i kocha pingwiny. Kiedy chce się wyciszyć, idzie do zoo i obserwuje swojego ulubionego pingwina, Stumpy’ego. Albo rysuje. Nie tylko pingwiny, ale i komiksowego chłopca, który pomaga Samowi uporać się z trudnymi emocjami.

To kolejny serial z kategorii: słodko-gorzkie. Chociaż najlepiej opisuje go inne słowo: ciepły. To opowieść dobra, spokojna, oparta na empatii i wglądzie w drugiego człowieka. Dużo w niej miejsca na uśmiech, ale i te nieszczęsne chusteczki mogą się od czasu do czasu przydać. To historia, która świetnie nadaje się do pielęgnowania wrażliwości.

Istotnym walorem tego serialu jest gra aktorska odtwórcy głównej roli. Keir Gilchrist jest w roli Sama niezwykle przekonujący. Tak bardzo, że aż trudno uwierzyć w jego pozaekranową drugą twarz. Kiedy bowiem Keir nie przebywa akurat na planie filmowym, śpiewa w kapeli. Death metalowej. Śpiewa na przykład tak:

I z tym Cię na dzisiaj zostawię. Mam nadzieję, że ta lista inspiracji na początek Ci wystarczy. Jeśli nie, to zaglądaj tutaj koniecznie, bo chcę jeszcze wrócić do Ciebie z propozycjami seriali dokumentalnych i książek na dobrą jesień.