Zabierałam się za ten artykuł kilkanaście razy. Pisałam zdanie, akapit czy dwa, po czym wszystko kasowałam. Co wymyśliłam temat, to nie mogłam z nim ruszyć z miejsca. Co ruszyłam, to docierałam do ściany. Aż wreszcie postanowiłam napisać właśnie o tym. Bo to się zdarza wcale nierzadko. Zdarza się nie tylko mi – raczej jest zjawiskiem dość powszechnym. Tym czymś jest blokada twórcza.

Przeczytaj poprzednie odcinki cyklu “Wszyscy jesteśmy artystami”

Blokada twórcza to taki stan, w którym siadamy przed kartką, komputerem, instrumentem, sztalugą, czy czymś innym, na czym mieliśmy akurat zamiar tworzyć i… nic. Głowa miała pękać od pomysłów, a tymczasem nawet na odległym horyzoncie nie czai się ani jeden. Choć słowa zwykle płyną nam spod ręki rwącym nurtem, tym razem trudno jest sklecić choćby jedno zdanie. Płótno – puste, choć wpatrujemy się w nie już trzy godziny. Z gitary nie da się wydobyć żadnego sensownego dźwięku. Tak jakby nasza kreatywność nagle postanowiła się wyprowadzić, nie zostawiając nawet pożegnalnego listu na lodówce.

Skąd się bierze blokada twórcza i jak ją pokonać?

Jeśli to uczucie jest Ci znane, to być może zastanawiasz się czasem, skąd właściwie bierze się taki stan i czy da się coś z nim zrobić. Dlatego zebrałam dla Ciebie kilka potencjalnych przyczyn blokady twórczej, a także sposobów na to, jak sobie z nią poradzić.

  1. Głodna bestia

Twoja kreatywność, żeby coś dać, najpierw musi coś od Ciebie dostać. Potrzebuje materiału, który mogłaby przetworzyć na Twoje kolejne dzieło. Jeśli przez dłuższy czas nic nowego do tego układu nie wchodzi, to trudno też oczekiwać, że coś wyjdzie.

Co z tym zrobić?

Zaproś swoją kreatywność na ucztę. Czytaj, oglądaj, słuchaj, wąchaj, dotykaj, czuj. Im więcej doświadczasz i czujesz, tym większa szansa, że część tych uczuć i doświadczeń przerodzi się w coś pięknego, co możesz stworzyć tylko Ty.

  1. Presja

Siedzisz przed kartką i siedzisz. Powtarzasz sobie, że koniecznie musisz coś napisać. Że nie wstaniesz, dopóki kartka nie zapełni się tekstem. Czasem zresztą jest tak, że naprawdę musisz – zbliża się na przykład nieprzekraczalny termin, kiedy dzieło trzeba będzie oddać zamawiającemu. Więc siedzisz. A im dłużej siedzisz, tym szybciej podskakuje Twoja noga, tym głębiej obgryzasz paznokcie i tym bardziej Cię wewnętrznie telepie. Ale dalej nic się nie chce napisać, narysować, skomponować. A to dlatego, że kreatywność niespecjalnie przepada za presją. Jest jak zbuntowane dziecko, które normalnie buduje z klocków całe miasta, ale jeśli się nad nim stanie i na nie nakrzyczy, że teraz oto ma właśnie coś zbudować, bo my tak powiedzieliśmy, to się to dziecko naburmuszy i nie kiwnie palcem.

Co z tym zrobić?

Do kreatywności trzeba podchodzić z czułością. Przytulić ją, pogłaskać, powiedzieć dobre słowo, a przede wszystkim dać jej przestrzeń. Jeśli czujesz, że zmuszanie się do tworzenia nie działa, idź na spacer. Obserwuj ptaki, ścieżkę, drzewa. Może się okazać, że w połowie drogi mimochodem w Twojej głowie pojawi się pomysł, którego szukasz. Albo zupełnie inny. To zadziała jeszcze lepiej, jeśli na ten spacer pójdziesz inną ścieżką niż zazwyczaj.

  1. Wewnętrzny krytyk

No więc siadasz przed tą kartką i jeśli w ciągu minuty Cię nie dopadnie wena, zaczyna się piekielna karuzela. Wygląda to tak: nie masz pomysłu, więc uznajesz, że do Twoja wina, że do niczego się nie nadajesz i że po co właściwie Ty to robisz, i co też Ty sobie wyobrażasz. To z kolei wywołuje w Tobie coraz większe napięcie (i poczucie presji), więc o pomysły coraz trudniej, a co za tym idzie, krytyka coraz surowsza.

Co z tym zrobić?

Spróbuj tę pętlę przerwać. Ja mam na to dwa sposoby. Po pierwsze staram się tego wewnętrznego krytyka przyłapać na gorącym uczynku. Posłuchać dokładnie, co do mnie mówi. A potem próbuję sobie wyobrazić, co bym zrobiła, gdyby ktoś takie okrutne rzeczy, jakie mówię sobie sama, powiedział bliskiej mi osobie. Czy uznałabym, że to w porządku, czy może sprzeciwiłabym się i nie pozwoliła tak traktować kogoś, kogo kocham, lubię, komu dobrze życzę? Zawsze bardziej prawdopodobny wydaje mi się ten drugi wariant, a kiedy sobie to uświadomię, mój wewnętrzny krytyk się nieco mityguje.

I drugi sposób. Przypominam sobie o swoim wewnętrznym dziecku. Czasem wystarczy, że popatrzę w lustro i w swoich oczach zobaczę ślady tego spojrzenia sprzed 30 lat. Czasem patrzę na swoje zdjęcie z dzieciństwa, na którym tymi wielkimi ślepkami trzylatki patrzę prosto w obiektyw, niczego jeszcze nieświadoma. Chciałam wówczas tylko czuć się bezpieczna i kochana. Dziś, patrząc na to zdjęcie, przypominam sobie, że jakiś kawałek mnie dalej chce dokładnie tego samego – i że to ja sama powinnam to temu mojemu wewnętrznemu dziecku dać: miłość, czułość i poczucie bezpieczeństwa. Zwykle kiedy to sobie uświadamiam, wewnętrzny krytyk nieco odpuszcza.

Skoro już mowa o wewnętrznym krytyku, to warto dodać jeszcze jedną rzecz. Czasem ten drań sięga po swoją tajną, super potężną broń i wywołuje w nas syndrom oszusta. Objawia się on tym, że nie wierzymy w swoje talenty i kompetencje, a ewentualne sukcesy przypisujemy łutowi szczęścia. Wydaje nam się, że prędzej czy później prawda na temat naszej rzekomej niekompetencji wyjdzie na jaw. Syndrom oszusta może bardzo utrudniać tworzenie. Więcej o tym zjawisku oraz o tym, jak sobie z nim poradzić, opowiadała Amy Cuddy w swoim słynnym przemówieniu na TED.

Możesz spróbować tych metod, ale pamiętaj też – nie jestem terapeutką, a ten tekst nie jest profesjonalną poradą terapeutyczną. Jeśli czujesz, że Twój wewnętrzny krytyk mocno Ci dokucza, poszukaj pomocy specjalisty. To może się okazać najlepszą inwestycją w Twoim życiu, również artystycznym.

  1. Lęk ekspozycji

Kiedyś myślałam, że mam lęk wysokości. Nogi uginają się pode mną nie tylko w wysokich górach, ale nawet wtedy, kiedy wchodzę na krzesło, żeby z najwyższej półki w szafie wziąć jakiś rzadko noszony sweter. Jakoś dziwnie mi jednak ten lęk wysokości mija, kiedy mam się czego chwycić (choćby to była, dajmy na to, w tych górach, cienka gałązka rosnącego nieopodal drzewa). Ktoś kiedyś powiedział mi, że to tak naprawdę nie jest lęk wysokości, tylko lęk ekspozycji. Że tak naprawdę uczucie lęku wywołuje we mnie nie to, że jestem wysoko, tylko to, że jestem odsłonięta. Pomyślałam, że podobnie jest z twórczością. Rzeczy, które tworzymy, są bezpieczne, dopóki nie pokażemy ich innym ludziom. I ta myśl, że pokażemy, czasem jest paraliżująca i sprawia, że dopada nas blokada twórcza w pełnej krasie.

Co z tym zrobić?

Wielu osobom pomaga uświadomienie sobie, że tak naprawdę niemożliwym jest stworzenie czegoś, co wszyscy zaakceptują, co wszystkim się będzie podobało. Upieczesz taki na przykład sernik życia, ale i tak może się wśród Twoich gości zdarzyć ktoś z nietolerancją laktozy, ktoś, kto od 10 lat jest weganinem i ktoś, kto najzwyczajniej w świecie woli makowiec. A, no i ktoś, kto uważa, że sernik jego babci jest po prostu nie do przebicia, a Twój, no sorry, nie jest nawet w połowie tak pyszny. Ale. To wszystko nie zmienia faktu, że dla kogoś Twój sernik może być najlepszy na świecie, ktoś inny uwielbia wszelkie serniki i z ogromnym apetytem zje pół blaszki, zanim jeszcze ciasto zdąży wystygnąć, a jeszcze ktoś poprosi o kawałek na wynos, bo chce poczęstować tymi pysznościami mamę. Będzie też pewnie ktoś, kogo może i sam sernik nie zwali z nóg, ale zje z uśmiechem i będzie pękać z dumy, że to Twoje dzieło. I fajnie. Ale i tak najważniejsze jest to, żeby ten sernik smakował Tobie. Żeby z każdym kęsem przepełniała Cię radość i satysfakcja, że udało Ci się taki sernik upiec. Nawet jeśli sernik Twojej osobistej babci faktycznie jest nieco bardziej puszysty, a ten, który robi tato, jakby odrobinę mniej przypalony, to ten konkretny sernik jest wspaniały, bo jest Twój. Każdy może sobie myśleć o Twoim serniku, co chce. Nie masz na to wpływu. A Ty najlepiej nie myśl, tylko jedz i piecz następny. A jeśli przy którejś tam blaszce ktoś do Ciebie dołączy i się poczęstuje – tym lepiej!

  1. Bezruch

Z tworzeniem, tak jak niemal ze wszystkim innym, jest tak, że najtrudniej jest zacząć. Ruszyć z miejsca. A czasem zdarza nam się tak po prostu zasiedzieć, przez jakiś czas nic nie robić. I kiedy wreszcie trzeba wstać i zacząć działać, to okazuje się, że kolana trochę sztywne, że mięśnie jakby bolą i w ogóle to działanie jest jakoś trudniejsze, niż zapamiętaliśmy.

Co z tym zrobić?

Jak już pisałam w pierwszym artykule z cyklu “Wszyscy jesteśmy artystami”, wpraw się w ruch. Nie nauczysz się jeździć na rowerze, obserwując jak robią to inni, ale kiedy na niego wsiądziesz, zaczniesz się posuwać do przodu. Jeśli nie masz pomysłu, co napisać, napisz cokolwiek. I pozwól rzeczom się dziać. Pozwól, by z jednych wypływały kolejne. Być może łatwiej Ci będzie znaleźć inspirację w działaniu niż w biernym (i, co gorsza, przepełnionym frustracją) oczekiwaniu.

Na koniec

Nie życzę Ci, żeby blokada twórcza nigdy Cię nie dopadła, bo dopadnie nie raz. I to jest normalne. Życzę Ci natomiast, żeby udawało Ci się ją pokonać – powyższymi sposobami, czy jakimikolwiek innymi, które Ci służą. Kto wie, może nawet uda Ci się znaleźć w niej inspirację.