Teoretycznie marzenia są po to, żeby je spełniać, albo przynajmniej próbować. W praktyce jednak zawsze znajdzie się jakiś powód, żeby tego nie zrobić. Kilka z tych powodów – choć bez najmniejszych wątpliwości nie jest to kompletna lista – omawiam w tym cyklu trzech artykułów. Dziś kolej na ostatnie trzy – w tym mój ulubiony.

Przeczytaj poprzednie odcinki cyklu “Wszyscy jesteśmy artystami”

1. Rozczarowanie, że nie jest łatwiej

Rozczarowanie, że jest trudniej, niż się spodziewaliśmy, to klasyczny problem na przykład w nauce języków obcych. Zaczynamy z radością i nadzieją. Po pierwszych zajęciach potrafimy się przedstawić. Po drugich powiemy już, czym zajmujemy się zawodowo. Po trzecich być może nawet policzymy do 10. Jest radość. Jest ekscytacja. I w tym uniesieniu mija kilka tygodni. Potem kilka kolejnych w nieco mniejszym. Aż tu nagle okazuje się, że trzeba zakuwać słówka. I trzeba nauczyć się form czasowników. I w ogóle jest tam jakaś gramatyka inna od tej, której używamy na co dzień. Trudna.

I to jest właśnie moment rozczarowania, moment osłabienia motywacji. Bo w tym właśnie momencie uświadamiamy sobie, że na przyjemność używania tej nowej umiejętności trzeba będzie sobie zapracować. I że to będzie kosztowało sporo czasu, wysiłku i zaangażowania.

Jeśli boisz się tego wysiłku, to warto zastanowić się nad tym, co można zrobić, żeby ten proces był łatwiejszy, albo przynajmniej przyjemniejszy. Może wystarczy inaczej lub dokładniej sformułować swoje cele, albo lepiej dobrać metodę nauki, tak aby pasowała do tych celów. Może wystarczy inaczej – mądrzej – ćwiczyć, żeby stało się to mniej kosztowne. Pisałam o tym szerzej w artykule “7 sekretów skutecznej nauki”.

Jeśli natomiast przeraża Cię to, że nauczenie się nowej rzeczy, na przykład nowej formy sztuki, która Cię pociąga, zajmie więcej czasu, niż początkowo Ci się wydawało, to pomyśl o tym w ten sposób, że jeśli zaczniesz dziś, to za rok będziesz o duży krok bliżej swojego celu. Ale jeżeli nie zaczniesz, to za rok będziesz w tym samym miejscu, co dziś. Ten rok minie tak, czy inaczej – od Ciebie zależy, w jakim miejscu zastanie Cię kolejny.

2. Lepiej zachować marzenie w sferze marzeń

Kiedy o czymś marzymy, możemy sobie do woli to wyobrażać i nic nas w tych fantazjach nie ogranicza. Jeśli marzysz na przykład o śpiewaniu, to oczami wyobraźni możesz widzieć swój śpiew w najpiękniejszych barwach. Możesz wyobrażać sobie siebie na wielkiej scenie, przed wielotysięczną publicznością, z rewelacyjnym zespołem. W głowie możesz śpiewać najbardziej kosmicznie trudne piosenki. W zderzeniu z rzeczywistością część barw na tej palecie zblednie, a część się wyostrzy i zacznie ze sobą gryźć. Dlatego czasem odczuwamy pokusę, żeby te nasze marzenia zostawić w sferze tego, co nieosiągalne. No i w zasadzie można. Jeżeli te fantazje dają nam radość i wystarczają nam, nie potrzebujemy realnych działań, to korzystajmy – czemu nie?

Jeśli jednak samo wyobrażenie to dla nas za mało, jeśli pod spodem cały czas tli się w nas pragnienie, żeby wreszcie złapać za ten ołówek i zacząć rysować, to warto jednak to zrobić, zamiast pozostawać w krainie fantazji. Nawet jeśli na początku będzie trochę gorzej, niż nam się wyśniło, to jednak będzie po prostu prawdziwiej. A to już duży plus.

3. Lepiej mieć rację niż być szczęśliwym

I wreszcie mój ulubiony powód, dla którego często odmawiamy sobie sięgania po nasze artystyczne marzenia. Ulubiony, bo na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie abstrakcyjny i niewiarygodny. A w dodatku ma komponent autoironiczny, który sprawia, że ostatecznie jakoś łatwiej nam przyjąć do wiadomości, że być może czasem i nam się to zdarza, a może i nawet się do tego uśmiechnąć. A powód ten brzmi: wolę mieć rację niż być szczęśliwa czy szczęśliwy.

Kiedy przeczytałam o tym po raz pierwszy w książce “An Alexander Technique Approach to Singing (Singers’) Technique”, której autorem jest Ethan Kind, zatrzymało mnie to na dłuższą chwilę. Przypomniały mi się wszystkie osoby, z którymi pracowałam, które z jednej strony z rezygnacją i złością, ale z drugiej z jakimś dziwnym rodzajem satysfakcji mówiły: “No i widzisz?!”, kiedy coś im nie wychodziło. Przypomniały mi się też wszystkie sytuacje, w których ja sama tak robiłam.

To działa trochę tak, jakbyśmy zakładali się sami z sobą, że coś nam się nie uda. Kiedy nawet podejmujemy próbę wykonania tej czynności, to robimy to z absolutnym przekonaniem o czekającej nas porażce. Stajemy się swoimi największymi antykibicami. A wszystko to dlatego, żeby na koniec móc powiedzieć sobie (a może i innym przy okazji): “No widzisz? A nie mówiłam? Nie udało się”. I z tego właśnie czerpiemy satysfakcję, nawet jeśli niezbyt zdrową. I nawet jeśli na pozór jest nam smutno i czujemy się zawiedzeni, to jeśli pokopać w tym głębiej, to gdzieś pod spodem jest tam jakiś pioruński chochlik z chichotem zacierający łapki. Cieszy się, bo właśnie wygrał.

To jest bardzo wygodny sposób na zapewnienie sobie zadowolenia, bo o ile o sukces trzeba powalczyć i nigdy nie mamy gwarancji, że rzeczywiście uda się go osiągnąć, o tyle porażkę mamy zwykle na wyciągnięcie ręki. Czasem wystarczy się nie postarać. Czasem mały autosabotaż. A czasem, kiedy już, już ma nam się udać, zawsze możemy przecież się wycofać, uciec i nie dokończyć. I już. Chichot i zacieranie łapek.

Dodatkowy szkopuł w tym, że zazębia nam się to zwykle z jedną z wymówek, które opisałam w poprzedniej części artykułu, a mianowicie z definicją siebie. Jeśli uważam się za osobę, która nie umie tańczyć, to każda porażka taneczna zrobi mi paradoksalnie dwie dobre rzeczy – po pierwsze potwierdzi moją narrację na mój własny temat, a po drugie – chichot, zacieranie łapek i sakramentalne: “A nie mówiłam?”. Co więcej, jeśli robimy to wystarczająco często, to wchodzi nam w nawyk i pojawia się trzecia korzyść – jest to po prostu najwygodniejsze, odruchowe dla nas działanie.

Wchodzenie na nowe, nieznane terytoria jest niebezpieczne. Niekomfortowe. Męczące. Zawsze milej i wygodniej jest trzymać się swojej strefy komfortu. Ale jakoś tak się składa, że nasze marzenia zwykle są poza tą strefą. I chociaż wychodząc z niej trzeba się trochę napocić, to w dłuższej perspektywie pewnie częściej będziemy się w myślach uśmiechać do tych wszystkich momentów, kiedy zdecydowaliśmy się po swoje marzenia sięgnąć, niż do tych, kiedy przyglądaliśmy się im z daleka. A na pewno łatwiej to zrobić, łatwiej wyciągnąć odważnie rękę po to, czego pragniemy, kiedy zrozumiemy, co nas przed tym powstrzymuje.

Zdjęcie główne: Sasha Freemind on Unsplash