Co sprawia, że chociaż bardzo, bardzo pragniemy tworzyć, nie pozwalamy sobie, żeby po to marzenie sięgnąć? W pierwszej części artykułu przyjrzeliśmy się trzem różnym powodom – praktycznemu (“pieniędzy z tego nie będzie”), związanemu z uprzedzeniami (“w tym wieku to już za późno”) i wynikającemu z przekonań na temat talentu (“nie mam TEGO CZEGOŚ”). Dziś wejdziemy nieco głębiej w siebie.

Przeczytaj poprzednie odcinki cyklu “Wszyscy jesteśmy artystami”

1. Definicja siebie

Zasadniczo lubimy uproszczenia i etykiety. I zasadniczo nie ma w tym nic złego. Pomaga nam to iść przez życie nie przeciążając przy tym umysłu. Kiedy coś, co widzimy, czy coś, co nam się przydarza, możemy od razu wrzucić do odpowiednio podpisanej skrzyneczki, nie musimy za każdym razem angażować pełnej mocy obliczeniowej, żeby podjąć kilka istotnych decyzji – na przykład, czy to coś nie jest przypadkiem niebezpieczne, albo może wręcz przeciwnie, czy da się to zjeść.

Uproszczenia pomagają nam więc oszczędzać energię. Ale czasem też co nieco komplikują. Jeśli na przykład etykiety przypinamy innym ludziom, możemy wpaść w pułapkę uprzedzeń. Jeśli natomiast przypinamy je samym sobie, mogą utrudnić nam rozwój.

Na pierwszy rzut oka może się to wydawać dziwne, bo zwykle nie myślimy o tym, że sami siebie upychamy w szufladkach. A robimy to za każdym razem, kiedy wypowiadamy (bądź myślimy) jakiś wariant zdania: “(Nie) jestem osobą, która…”.  Na przykład: jestem osobą, która lubi wstawać wcześnie rano. Albo: nie jestem osobą, która lubi za dużo pracować. Albo, w kontekście tematu tego artykułu: nie jestem osobą, która śpiewa / maluje / rzeźbi / tworzy.

I tu pojawia się pewien problem, bo jeśli myślimy w ten sposób o sobie, jesteśmy do tej myśli przyzwyczajeni, mamy wokół niej jakąś narrację na własny temat, aż tu nagle podejmujemy ten odważny krok, idziemy na przykład na lekcję śpiewu, okazuje się, że całkiem nam wychodzi, to co wtedy? Trzeba całą tę narrację zmienić. Już się nie da przy ognisku, kiedy wszyscy śpiewają, z pełnym przekonaniem zastosować wymówki: nie, ja nie, bo ja to generalnie nie śpiewam. 

I chociaż może się to wydawać trochę zabawne, to prawda jest taka, że zmiana tego, w jaki sposób o sobie myślimy, wpakowanie się do innej szufladki, albo może nawet do kilku szufladek naraz, to bardzo trudne przedsięwzięcie. Wymaga od nas wiele energii, a przy okazji jest też trochę smutne, bo musimy się rozstać z jakimś wyobrażeniem o sobie, które przez wiele lat nam towarzyszyło. Jest to jak najbardziej normalne. I z tym trudem warto się zmierzyć, bo długofalowo bardziej się opłaca elastyczność w tej kwestii, niż utrzymywanie za wszelką cenę spójnej narracji.

2. Strach przed zmianą

Ten punkt to po części coś nowego, a po części kontynuacja poprzedniego punktu. Bo to przywiązanie do własnych etykiet, o którym przed chwilą pisałam, jest też jakąś odmianą strachu przed zmianami.

Zmiany co do zasady są niewygodne. Niekomfortowe. Są angażujące i wymagają wysiłku. A do tego są źródłem wielu fantazji i często są to fantazje o charakterze raczej… katastroficznym. Zmiana oznacza, że nie wiemy, co się zdarzy dalej. Że to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, może już nie działać. A to z kolei znaczy, że albo pozmieniamy przy okazji szereg innych rzeczy, albo czeka nas szereg porażek. I często wystarczy na tej drodze katastroficznych fantazji zrobić jeden mały kroczek, żeby okazało się, że ta droga to tak naprawdę równia pochyła i nie ma z niej odwrotu. 

Posłużę się tu przykładem sportowym, a nie artystycznym. Nie ma to znaczenia – strach przed zmianą działa podobnie w różnych kontekstach. Jeśli marzy mi się, powiedzmy, żeby zacząć trenować boks, myślę sobie o tym, że no dobra, może i będzie fajnie, ale w sumie boks to sport kontaktowy. A to już mi się tak bardzo nie podoba. No bo boję się sparingu i co będzie, jak ktoś (na pewno bardziej doświadczony ode mnie) złamie mi na przykład nos? Bo na pewno nie będę potrafiła zrobić uniku. A jeśli będę chciała stawać się lepsza, to będę musiała trenować coraz więcej, a to z kolei pochłonie dużo czasu i pieniędzy i będę musiała zrezygnować z zajęć z włoskiego, bo nie pogodzę tych dwóch rzeczy. I tych sparingów też będzie coraz więcej, co jest już okropnie przerażające. Więc w sumie to jednak lepiej od razu zrezygnować.

Jeśli rozpoznajesz u siebie ten wzorzec myślenia o nowych rzeczach, spróbuj zobaczyć, co się stanie, jeśli się tym fantazjom nie poddasz i po prostu spróbujesz. Jedno jest pewne – cokolwiek przyszło Ci do głowy, jakiekolwiek wyobrażenia na temat rozwoju wydarzeń Ci towarzyszą, w praktyce się one nie spełnią. Kiedy przyszłość zamienia się w teraźniejszość, nigdy, przenigdy nie wygląda ona dokładnie tak, jak ją sobie wcześniej wyfantazjowaliśmy. Zawsze nas zaskakuje. I w tym konkretnym przypadku to prawdopodobnie dobra wiadomość. Poza tym – przecież zawsze możesz zrezygnować, jeśli rzeczywiście okaże się, że wcale nie jest tak fajnie, jak miało być. Ale nie dowiesz się tego, dopóki nie spróbujesz.

3. Niechęć do bycia początkującym

W dzieciństwie jesteśmy przyzwyczajeni do nieustannej nauki. Niemal każdego dnia doświadczamy czegoś, czego nigdy wcześniej nie próbowaliśmy, nie doświadczyliśmy, dowiadujemy się czegoś, o czym wcześniej nie słyszeliśmy. Kiedy jednak jesteśmy już duzi, uczymy się nieco mniej i nieco mniej chętnie. Mościmy się w jakimś status quo i dopóki nam ono działa, rzadko wychylamy spoza niego nos.

Specjalizujemy się. Pogłębiamy swoje doświadczenie. Budujemy swój status, swoją pozycję ekspercką. Z czymś jesteśmy kojarzeni, za coś cenieni, mamy jakąś etykietę (tym razem na zewnątrz), która przynosi nam korzyści – również materialne. W takiej sytuacji może się wiązać z pewnym dyskomfortem decyzja o tym, żeby pozwolić sobie znowu być w czymś początkującym. Nie umieć. Nie wiedzieć. Błądzić. Potykać się. Pytać. Mylić się i śmiać się ze swoich pomyłek. Jeśli na domiar złego w naszej głowie siedzi Cudaczek-Wyśmiewaczek, czy inaczej Wewnętrzny Krytyk, to będzie nam on próbował wmówić, że te wszystkie błędy i potknięcia to jakiś powód do wstydu. Że się ośmieszasz. Że, no nie wiem, w Twoim wieku już nie wypada.

Być może jednak warto spojrzeć na to z tej starej, dziecięcej perspektywy. Wówczas łatwiej dostrzec w byciu początkującym wiele radości. Pomyłki i potknięcia nie są niczym innym, jak dowodem na to, że się uczymy. W artykule “Posadź drzewo, czyli jak ćwiczyć kreatywność” pisałam nieco więcej o tym, dlaczego błędy są niezbędnym etapem zdobywania nowych umiejętności. Ważne jest też to, że one nas nie definiują. Możemy popełniać błędy i w dalszym ciągu być fajni i mądrzy. A przy odrobinie szczęścia – i być może przy dobrym nauczycielu – być może sami się z tych błędów będziemy mogli pośmiać.

W kolejnej części artykułu opowiem Ci o ostatnich trzech przyczynach rezygnowania ze swoich artystycznych marzeń – w tym o moim ulubionym, który być może Cię zaskoczy. Do poczytania!

Zdjęcie główne: Yannis Papanastasopoulos on Unsplash