Niniejszym, bijąc się w jedną połowę mojej piersi, wykonuję krok do tyłu, ale to nie rejterada. Wyjaśniam, o co mi chodzi. Otóż od paru lat z oślim uporem wojuję z sylwestrem w Rynku. Mam po temu powody osobiste i – że się tak wyrażę – społeczne.

Zacznę od obrzydliwej prywaty.

Unikam wielkich zgromadzeń, gdyż w tłumie, jako osobnik introwertyczny, czuję się nieswojo. Ale od czego ma się żonę – pytam i natychmiast sam sobie odpowiadam. Żony są od przysparzania kłopotów oraz – jak wszystkie kobiety (od pramatki Ewy poczynając) – namawiania nas do grzechu. I to właśnie  zmiankowana żona namówiła mnie kiedyś do wyjścia na Rynek w celu skonsumowania sylwestra.

Po latach bolesnego namysłu doszedłem do wniosku, że głównie chodziło Jej na pokazaniu się w pięknym francuskim futrze (do wiadomości ekologów – futro było sztuczne, jak najbardziej). Już po paru minutach jakiś domorosły artylerzysta wypalił z petardy w te futrzane plecy i wypalił w tymże futrze idealne koło o średnicy około pół metra. Zwinęliśmy zwłoki odzieży w tobołek i wrzuciliśmy do śmietnika. Ja nawet byłem zadowolony, gdyż natychmiast  róciliśmy do domu, gdzie oddaliśmy się hulaszczemu trybowi życia, czyli oglądaniu telewizji, chociaż nie tylko. Tyle w kwestii prywatnego interesu.

Przechodzę do kwestii społecznej. Otóż Rynek to kilkanaście lokali gastronomicznych, w których można by zorganizować kameralne imprezy witania Nowego Roku. Można by, gdyby nie potworny łomot za oknami, w tym za oknami prywatnych mieszkań. Dlatego gardłowałem za przeniesieniem sylwestra na plac Wolności i teraz biję się w drugą połowę mojej piersi. Pewien mądry człowiek, dodam: wysokiej rangi urzędnik miejski, uświadomił mi, że pod wzmiankowanym placem posadowiony jest ogromny parking Narodowego Forum Muzyki i wielotysięczny tłum wielbicieli marznięcia na sylwestrowym powietrzu mógłby wylądować piętro niżej. Chociaż jestem osobnikiem złośliwym, to jednak rzeczowe argumenty czasami do mnie docierają. No i ten dotarł.

Ale wskazuję kolejne miejsce sylwestrowych figli: mianowicie wielki i niewykorzystany park za gmachem Teatru Lalek i Komedii. Ogromny taras to naturalna scena, zatem nie ma potrzeby montowania (za ciężkie pieniądze, dodajmy) sceny, garderób i sanitarnych pomieszczeń dla stremowanych artystów, np. Pana Martyniuka. Park jest ogrodzony, więc służby porządkowe miałyby stosunkowo łatwą robotę. Może się mylę, ale nieomylny jest tylko…

A teraz mam pytanie. Otóż wrocławianie, zwłaszcza tak zgrzybiali, jak ja, wiedzą, że między mostami Piastowskim i Uniwersyteckim jest grobla. Na tej grobli była kiedyś restauracja Między Mostami, odwiedzana głównie przez miejską hewrę. Jeśli ktoś nie zna słowa „hewra”, niech zajrzy do internetu albo pogada z doświadczonym przedstawicielem ferajny. Restauracja była parterowa, więc nie zasłaniała monumentalnej bryły Uniwersytetu – jednego z najpiękniejszych gmachów miasta. Aliści ktoś (ciekaw jestem tego „ktosia”) zgodził się i na grobli wybudowano szkaradną pałubę, która skutecznie Uniwersytet zasłoniła.

Ile razy od strony ulicy Pomorskiej spoglądam na „mój” Uniwersytet, chociaż nie jestem urodzonym mordercą, to w kieszeni otwiera mi się nóż. To samo czuję, kiedy widzę termos, jak wrocławianie nazywają Helios, Europeum, niby gotycki garaż przy ulicy Szewskiej i parę innych cudów architektury. Kiedy wreszcie ktoś odważy się i zlikwiduje strupa Solpolu, jak wyrzut sumienia sterczący obok pięknego kościoła Doroty i Stanisława? Właśnie, Stanisława…