Grudzień 1981 roku był ostatnim rokiem moich studiów – ostatnim okresem beztroskiego, studenckiego życia. A potem, jak grom z jasnego nieba, spadł na nas stan wojenny.

Grudzień 1981 roku był ostatnim rokiem moich studiów – ostatnim okresem beztroskiego, studenckiego życia. Pisaliśmy prace magisterskie, mieliśmy niewiele już zajęć, a sesja była dopiero za kilka tygodni. Czekaliśmy na święta i imprezę sylwestrową, zasłużony odpoczynek i zabawę. Jako studenci ostatniego roku Akademii Rolniczej czerpaliśmy radość życia pełnymi garściami – w akademikach było gwarno do późnej nocy. Za parę miesięcy trzeba będzie przecież pożegnać piękne miasto Wrocław, podjąć pracę, zakopać się gdzieś na wsi.

Jedźcie do domu, dzieci, nie dążcie do konfrontacji

Jak grom z jasnego nieba spadł na nas 13 grudnia – stan wojenny. Najpierw pojawiło się niedowierzanie, potem niepewność i strach. Bezradność – co mamy robić? Co będzie z naszymi kolegami? Przecież na Politechnice, Uniwersytecie, AWF-ie trwały strajki, grupa studentów zajmowała również gmach naszej uczelni. Poszliśmy wtedy do „Orzecha” – on nam powie co robić, poradzi coś. Nasz wspaniały, mądry, zwykle pogodny duszpasterz był tym razem bardzo poważny.

Jedźcie do domu, dzieci – powiedział. – Nie dążcie do konfrontacji, bo poleje się krew, wracajcie do rodziców. I módlcie się za naszą Ojczyznę.

Nie dano nam zbyt wiele czasu –  strajkujących brutalnie rozpędzono, uczelnie zamknięto, otrzymaliśmy nakaz opuszczenia akademików.

Plac Bema, lata osiemdziesiąte, fot. Piotr Małas

Pierwsze tygodnie stanu wojennego to była zima, śnieg, brak większości gazet, brak telefonów, zamknięte kina, teatry, biblioteki i muzea, brak benzyny, przerwane zajęcia w szkołach i na uczelniach, ograniczenia w poruszaniu się po kraju. I brak wiedzy o tym, co się dzieje. Powtarzaliśmy cicho wiadomości o pacyfikacjach, aresztowaniach, ludziach pobitych przez ZOMO, radzieckich wojskach od jesieni zgromadzonych na granicy i gotowych do wkroczenia do Polski. Strach, niepokój.

Kuzynka utknęła z nami na zasypanej śniegiem wsi, popłakiwała całą noc

A w tym wszystkim przyszły święta. Wyjechałam do domu rodzinnego do jednej z wsi w Kotlinie Kłodzkiej. W domu się nie przelewało, święta bywały zwykle skromne, ale pełne radości z kolęd, choinki, pasterki, wspólnie spędzanego czasu. Tym razem panowało przygnębienie. Brak przepustki uniemożliwił naszej krewnej wyjazd do domu, położonego na drugim końcu Polski. Utknęła z nami na zasypanej śniegiem wsi, popłakiwała cały wieczór tęskniąc do bliskich. Mama, która przeżyła II wojnę światową na Kresach, była przerażona – może znowu będą strzelać, trzeba będzie uciekać, może znowu będzie front, ewakuacja… Zresztą przestraszeni byliśmy wszyscy.

Na stole było skromnie, wręcz pustawo. Nie mieliśmy gospodarstwa, a w wiejskim sklepie dostawy były rzadko, wiele towarów było na kartki. Nabycie wędliny, mimo posiadania kartek, nie było łatwe, o mięsie, rybach, serze, śmietanie czy maku można było tylko pomarzyć. Wstawało się bardzo wcześnie i zająwszy kolejkę pod sklepem, czekało, aż coś „rzucą”. Nigdy nie było wiadomo co, kiedy, i czy w ogóle będzie jakaś dostawa.

Siostra triumfalnie przyniosła pół kilo kiełbasy zwyczajnej

Mieliśmy więc na Wigilię barszcz, trochę kapusty, konserwę rybną, upieczony na sztucznym miodzie piernik. Siostra triumfalnie przyniosła kawałek kiełbasy zwyczajnej, może z pół kilo, którą udało jej się kupić „na święta”. Była przyniesiona z lasu choinka, na której wisiało parę cukierków, łańcuszki zrobione z papieru i kilka kolorowych „baniek”. Dużo było tylko sianka pod obrusem – tego na wsi nie brakowało. Apetyty mimo wszystko dopisywały, a wigilijnych przysmaków chyba było zbyt mało, więc po godzinie stół był pusty. Kolędowaniem nasycić się trudno więc siostra z westchnieniem zabrała się za smażenie naleśników na metalowej „kozie”. Zajadaliśmy je z kwaśnymi powidłami domowej roboty. No i dla paroletniego siostrzeńca był jeszcze prezent – rarytas: kilka zielonych, kubańskich pomarańczy. Były twarde, niezbyt smaczne, trudno się obierały. Dziś prawdopodobnie trafiłyby do kosza, ale wtedy to było coś! Pomarańcze w sklepach bywały tylko raz w roku, więc były prawdziwym luksusem. Mimo lekkiego strachu przed MO poszliśmy na  wczesną pasterkę. Godzinę policyjną na świąteczny czas wprawdzie zawieszono, ale tyle opowiadano o różnorakich wyczynach milicji i ZOMO…  Inni podzielali chyba nasze obawy bo szli chyłkiem, w ciszy, byle szybciej. Ale na naszą zabitą dechami wieś na szczęście milicja rzadko zaglądała.

O sylwestrowych perypetiach Bohaterki przeczytasz w zimowym numerze magazynu Wroclife.

Autorka: Marianna Sokół

Foto główne: Piotr Małas