W południowej wieży kościoła św. Marii Magdaleny przez ponad pięć wieków rozbrzmiewał głos potężnego dzwonu o imieniu Maria. Łączy się z nim wiele niejasności, a także podanie o porywczym ludwisarzu i jego niesfornym uczniu, o wielkich ambicjach i nieposłuszeństwie, o zbrodni i karze.

Przygotowania dobiegły końca. Gliniana forma została umieszczona w ziemi i zasypana. Do kadzi trafiła cała miedź, cyna i cynk, jaką ludwisarz Michał Wilde miał na wykonanie tego zlecenia. A nie było to zlecenie byle jakie, miał on bowiem wykonać wielki dzwon dla jednej z dwóch wrocławskich far miejskich: kościoła św. Marii Magdaleny (ul. Szewska 10).

Wybrano tego rzemieślnika ze względu na niebywały kunszt, z którego słynął we Wrocławiu i daleko poza jego murami miejskimi. Dla Wildego było to niezwykle prestiżowe zamówienie, którym chciał udowodnić swój talent.

Gdy popłynął dźwięk, popłynęła krew
Mistrz rozpalił palenisko w piecu i polecił czeladnikowi oczyszczenie rynien spustowych. Następnie nakazał chłopakowi doglądania pieca i kadzi. Sam udał się do gospody, aby pokrzepić się przed najważniejszym momentem – odlewem dzwonu. Młodzieniec został sam w warsztacie. Coś jednak nie dawało mu spokoju. Coś go korciło, aby zobaczyć, jak wygląda płynny metal. Wystarczy tylko jedna kropla roztopionego stopu. Przekręcił kurek i wówczas wydarzyło się nieszczęście: czop wypadł, a zawartość kadzi zaczęła płynąć rynnami wprost do formy. Chłopak wpadł w panikę. Pobiegł do mistrza i wyjawił mu, co się stało. Na te słowa ludwisarz wpadł w okrutny szał. Chwycił leżący obok nóż i wbił czeladnikowi prosto w serce. Sam pobiegł do warsztatu ratować ciężką pracę. Było jednak za późno, gdyż cały metal spłynął już do formy. Gdy stop wystygł, mistrz rozbił glinianą formę i jego oczom ukazał się idealnie odlany dzwon. Wówczas dotarło do niego, że przecież właśnie przez ten dzwon zabił swojego ucznia.

Udał się do ratusza, gdzie trafił pod sąd. Skazano go na śmierć, chociaż dano mu prawo do ostatniego życzenia. Mistrz chciał usłyszeć, jak brzmi olbrzymi dzwon, nad którym pracował. Ławnicy zgodzili się na to, więc egzekucję wyznaczono na dzień inauguracji dzwonu. W południe, gdy Wilde stał na szafocie, z południowej wieży kościoła św. Marii Magdaleny popłynął niski, szlachetny, choć przygnębiający dźwięk. Po chwili kat dokonał swej powinności, a ludwisarz leżał martwy. Wrocławianie na pamiątkę tego wydarzenia nazwali dzwon Maria Dzwonem Biednego Grzesznika.

To oczywiście ludowe podanie, o którym milczą średniowieczne kroniki. Najstarsza pisana wersja tej opowieści pochodzi dopiero z końca XVII wieku i prawdopodobnie przybyła do Wrocławia wraz z wojskami z krajów północnoniemieckich podczas wojny trzydziestoletniej. A jednak tak mocno zadomowiła się na Śląsku, że stała się najpopularniejszym wrocławskim podaniem. Zachowała się nawet jej polska wersja, którą śpiewali flisacy spławiający drewno Odrą. Największą sławę przyniosła dzwonowi wierszowana ballada romantyczna pod tytułem „Der Glockenguß zu Breslau” autorstwa Wilhelma Müllera. Polscy czytelnicy mogą poznać ją w tłumaczeniu Romana Kołakowskiego pt. „Wrocławski Dzwon Grzesznika”.

15 osób pod płaszczem
Dzwon Maria został odlany 17 lipca 1386 roku, a na wieżę został wciągnięty 1 września tego samego roku. Według tradycji jego twórcą był ludwisarz Michał Wilde, mający swój warsztat przy niegdysiejszej ulicy Sakwowej (dziś Piotra Skargi). W miejscu średniowiecznych ludwisarni wzniesiono w latach 1891-1893 budynek szkoły ludowej, w której nazwie – „Kanonenhofschule” – upamiętniono wcześniejsze przeznaczenie działki. Obecnie w gmachu tym mieści IX Liceum Ogólnokształcące.

Dzwon ważył 113 cetnarów (czyli około 6 ton), a jego wysokość wynosiła 1,80 m. Ponoć pod jego płaszczem mogło się zmieścić 15 osób. To był prawdziwy kolos: w momencie jego powstania prawdopodobnie nie było większego na całym Śląsku. Zawisł w południowej wieży kościoła św. Marii Magdaleny. Aby go uruchomić, trzeba było wysiłku kilku krzepkich mężczyzn. Dopiero po 37 sekundach dzwon wydawał dźwięk: smętny głos o wysokości h. Docierał on daleko poza granice miasta. Podobno gdy rozbrzmiewała Maria, drżała drewniana osłona wiatrołapu głównego wejścia do świątyni. Kiedy udało się go już rozhuśtać 50 razy, kolejne 50 wybijał sam – tak przynajmniej twierdzili świadkowie.
Dekorację płaszcza stanowiła niewielka scena ukrzyżowania Jezusa, a koronę zdobiła inskrypcja o następującej treści: „Maria ist der name mein selic musen alle di syn die meinen lout horen ader uarnemin spate ader fru di sprechen gote deme heren czu amen o rex glorie ueni cum pace amen anno dni mccclxxxvi fusa est hec campana i die alexi” (tłum.: „Moje imię brzmi Maria. Błogosławieni muszą być ci, którzy słyszą mój głos i pojmują go wcześniej lub później, którzy wychwalają Pana Boga. O, Królu Chwały, przybądź w pokoju. Amen. Roku Pańskiego 1386 dnia św. Aleksego został odlany ten dzwon”).

Skazany za pedofilię
Chociaż prawdopodobnie podanie o porywczym ludwisarzu nie miało wiele wspólnego z prawdziwymi okolicznościami powstania dzwonu, to jednak w późniejszych wiekach można doszukać się pewnych analogii w innych wydarzeniach.
Dzwon Maria należał do tak zwanych dzwonów skazańców. Stąd zresztą nazwa, pod którą jest bardziej znany, czyli Dzwon Biednych Grzeszników. Od pierwszej połowy XVI wieku jego dźwięk towarzyszył skazańcom prowadzonym na kaźń. Pierwszą egzekucją, której towarzyszyło bicie dzwonu Maria, było stracenie 16 czerwca 1526 roku pisarza z Głogowa Johannesa Beera, skazanego za pedofilię.

Czy właśnie echa tej – okrytej przecież tabu – zbrodni znalazły się w późniejszym podaniu? Tego nie jesteśmy pewni, choć tak sugeruje Max Hippe, przedwojenny badacz wrocławskich legend. Ale egzekucje to niejedyna okazja, gdy wrocławianie mogli usłyszeć wielki dzwon z kościoła św. Marii Magdaleny. Od 1566 roku jego dźwięk zwoływał mieszczan do porannej modlitwy w intencji bezpieczeństwa przed zagrażającymi Europie Turkami.
Wrocławianie obdarzali dzwon wyjątkową czcią. Był to w zasadzie jeden z najważniejszych symboli miasta. O tym, jakie posiadał znaczenie, niech świadczą dramatyczne wydarzenia w nocy 22 marca 1887 roku, gdy Wrocław świętował urodziny cesarza Wilhelma I. Z Mostka Pokutnic, łączącego obie wieże kościoła, odpalano sztuczne ognie. Około godziny 2 w nocy na północnej wieży dostrzeżono ogień. Zastępy strażaków równocześnie zabezpieczały wieżę południową, aby uratować Dzwon Biednych Grzeszników. Z tego pożaru spiżowy kolos wyszedł bez szwanku, chociaż inne średniowieczne dzwony zostały bezpowrotnie utracone.

Zniszczony po wojnie czeka na rekonstrukcję
Także II wojna światowa szczęśliwie ominęła legendarny dzwon, choć wiele innych instrumentów przewożono do Hamburga, gdzie po przetopieniu służyły jako surowiec w przemyśle zbrojeniowym. Jako niezwykle cenny pozostawiono go jednak w wieży, gdzie przetrwał oblężenie Festung Breslau.
Dopiero kilkanaście dni po kapitulacji, 17 maja 1945 roku, potężna eksplozja wstrząsnęła świątynią. Runęły hełmy, Mostek Pokutnic, a także spora część wieży południowej wraz z Dzwonem Biednych Grzeszników. Od tego czasu kościół św. Marii Magdaleny milczy. Nadzieją jest jednak uchwała Rady Miejskiej Wrocławia z 1996 roku, która przewiduje rekonstrukcję najważniejszych symboli miasta, w tym najsłynniejszego wrocławskiego dzwonu. Czy doczekamy czasów, gdy nad Wrocławiem ponownie rozlegnie się donośny dźwięk tego wspaniałego dzieła sztuki ludwisarskiej?

TOMASZ SIELICKI