Władze stolicy Dolnego Śląska lubują się w prezentowaniu rankingów ukazujących Wrocław w pozytywnym świetle i szczycą się kolejnymi zdobytymi tytułami. Czy jednak sprawny PR przekłada się na sprawne zarządzanie miastem?

Wrocław jest pięknym i dynamicznie rozwijającym się miastem – to nie ulega wątpliwości. Mamy wspaniały Rynek i coraz ładniejsze nadodrzańskie bulwary (to zasługa m.in. przeprowadzonej przez Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej i zakrojonej na bardzo szeroką skalę modernizacji Wrocławskiego Węzła Wodnego). Bezrobocie w naszym mieście jest na rekordowo niskim poziomie, a kolejne zagraniczne korporacje co rusz otwierają u nas swoje oddziały.

Mamy też świetny PR – włodarze uwielbiają chwalić się licznymi rankingami, w których pojawia się stolica Dolnego Śląska. Jak nie zestawienie miast o najlepszej jakości życia, przygotowywane przez firmę Mercer, to globalny ranking biorący pod uwagę znaczenie poszczególnych metropolii dla światowej gospodarki, wedle którego Wrocław jest „miastem Gamma”. Albo raport dotyczący „miast przyszłości”, przygotowywany przez ośrodek badawczy z grupy Financial Times, gdzie stolica Dolnego Śląska pojawia się w gronie najszybciej rozwijających się i najlepszych miast pod kątem bezpośrednich inwestycji zagranicznych.

Warto jednak na chwilę zatrzymać się i zastanowić, czy za dobrym PR-em idzie dobre zarządzanie miastem, a gigantyczne nakłady na promocję Wrocławia przynoszą adekwatne zyski. Bo choć oficjalne wydatki na ten cel nie wydają się przesadzone (według budżetu na 2017 rok na promocję miasto wydało ponad 14,2 mln zł, a w tegorocznym budżecie kwota w rozdziale „promocja jednostek samorządu terytorialnego” to niespełna 10,5 mln zł), to przecież realne koszty działań związanych z promowaniem Wrocławia w ostatnich latach są niewspółmiernie wyższe.

Chodzi tu przede wszystkim o pieniądze wydane na organizację wielkich imprez, jak Euro 2012, Europejska Stolica Kultury 2016 i World Games 2017. Wszystkie – w założeniu – miały pozwolić Wrocławiowi na skok rozwojowy i zdecydowanie poprawić atrakcyjność naszego miasta m.in. w oczach turystów. Nakłady, które Wrocław poniósł w związku z tymi wydarzeniami, idą w setki milionów, a nawet w miliardy złotych. Te gigantyczne kwoty wydano głównie na budowę obiektów niezbędnych do zorganizowania wspomnianych imprez.

Nasz drogi, wrocławski stadion

Sztandarowym przykładem takiej inwestycji jest Stadion Miejski wybudowany na potrzeby Euro 2012. – Koszt budowy stadionu ujęty w księgach spółki to 734 miliony złotych. Ze względu na nierozstrzygnięte spory z generalnym wykonawcą nie ma możliwości podania ostatecznego kosztu z uwzględnieniem rozliczeń z wykonawcami – wyjaśnia Arkadiusz Filipowski, rzecznik prasowy wrocławskiego magistratu.

Jak mówi Katarzyna Obara-Kowalska, radna miejska i kandydatka na prezydenta Wrocławia, kluczowe nie jest to, ile stadion kosztował, ale ile mógłby zarobić. – Na pewno oczekiwanie społeczne w tamtym okresie było takie, żeby Wrocław liczył się w walce o organizację Euro 2012, a do tego niezbędny był stadion. Natomiast zabrakło realizmu w przewidywaniu, jak będzie się kształtowała przyszłość stadionu po Euro. Na przykładzie Stadionu Narodowego, który po kilku latach „pod kreską” zaczął przynosić zyski, widać, że kluczowe okazały się zadaszenie i odpowiednia proporcja powierzchni biurowych – wyjaśnia Obara-Kowalska.

Radna tłumaczy, że dzięki zadaszeniu warszawski stadion może cały rok organizować imprezy i odbiera je także Wrocławiowi. – Biura pozwalają w efektywny sposób wykorzystać stworzoną infrastrukturę parkingową czy nawet komunikacyjną. Bo pamiętajmy, że oprócz stadionu miasto zainwestowało przecież w przebudowę linii tramwajowej i nowoczesny przystanek. To wszystko wykorzystywane jest niestety w bardzo małym zakresie swoich możliwości. Stadion mógłby kosztować nawet tyle samo, ale posiadać zadaszenie i od początku być projektowany jako centrum biznesowe z funkcją wystawienniczą, którego częścią byłby stadion – podkreśla Katarzyna Obara-Kowalska.

Tu zaznaczmy, że koszty wybudowania obiektu ponosi miasto – z budżetu Wrocławia przekazywane są środki na spłatę kredytu zaciągniętego na potrzeby budowy. – Od drugiego kwartału 2012 roku przekazana kwota wynosi 252,9 mln złotych. Na 2018 rok zabudżetowane jest 42 mln złotych. Kwota ta wynika wprost z sumy przewidywanych rat kredytowych i leasingowych – wylicza Arkadiusz Filipowski.

A spółka Stadion Wrocław cały czas jest „pod kreską”. W 2014 roku zanotowała wynik ujemny: -59,7 mln zł, w 2015 r. -46,4 mln zł, w 2016 r. -42,8 mln zł, a w ubiegłym roku była na identycznym minusie co rok wcześniej. Urzędnicy tłumaczą, że wynik spółki wynika wprost z amortyzacji stadionu oraz spłaty kredytu na budowę obiektu.

– Najlepszym podsumowaniem tego, jak spółka radzi sobie ze stadionem, niech będzie przypomnienie, że kiedy Wrocław był Europejską Stolicą Kultury w 2016 roku, Hans Zimmer wystąpił w Gdańsku, Krakowie i Łodzi, omijając Wrocław. Te miasta regularnie odbierają nam imprezy, dysponując mniejszymi obiektami – komentuje Katarzyna Obara-Kowalska.

Wrocławska arena – jako jedyny ze stadionów w Polsce, na których były rozgrywane mecze Euro 2012 – wciąż nie ma także sponsora tytularnego. – Co do poszukiwań sponsora, prowadzimy rozmowy z różnymi podmiotami, ale nie możemy udzielać jakichkolwiek informacji ani na temat ich stanu, ani na temat zakresu – zaznacza Marek Smoliński, dyrektor ds. sprzedaży w spółce Stadion Wrocław.

Katarzyna Obara-Kowalska tłumaczy, że jesteśmy już w takim momencie, gdy należy sobie zadać pytanie, czy stadion jest w ogóle w stanie kiedykolwiek wyjść na prostą. – Jeśli jest, to należy znaleźć prywatnego zarządcę, który z pewnością poradzi sobie lepiej niż kolejne ekipy mianowane z politycznego klucza. Jeśli nie, to może trzeba go przebudować, poprzedzając to odpowiednim biznesplanem, który wskazałby warunki, które taka inwestycja musiałaby spełnić, żeby stać się rentowna – mówi kandydatka na prezydenta Wrocławia.

Słynna dziura i kosztowny Śląsk

Problemy są jednak nie tylko z samym stadionem, ale też ze znajdującą się tuż obok niego działką, gdzie pierwotnie Zygmunt Solorz-Żak miał wybudować galerię handlową, a zyski z jej działalności miały zasilać kasę piłkarskiego Śląska Wrocław. Ta nigdy jednak nie powstała. Co gorsza, miasto kilka lat temu – po tym jak drogi wrocławskiego magistratu i miliardera rozeszły się, a urzędnicy rozwiązali umowę na dzierżawę gruntu – musiało zapłacić 18 mln złotych biznesmenowi jako zwrot kosztów poniesionych przez Polsat Nieruchomości na prace na tym terenie.

Magistrat kilkukrotnie próbował działkę przy alei Śląskiej 3 sprzedać. Gdy te próby zakończyły się fiaskiem, prezydent Rafał Dutkiewicz ogłosił, że w słynnej „dziurze” powstanie park technologiczny. I te plany spaliły jednak na panewce. Do dziś działka pozostaje niezagospodarowana, zarośnięta i zalana wodą. A rodziny wywłaszczone z tych gruntów jeszcze w XX wieku żądają zwrotu nieruchomości.

– O tereny przy stadionie toczy się w chwili obecnej postępowanie administracyjne. Dopóki nie zakończą się administracyjne spory o ten teren, grunt przy wrocławskim stadionie nie zostanie zagospodarowany – wyjaśnia Arkadiusz Filipowski.

Ze stadionem nierozerwalnie związany jest również temat Śląska Wrocław, który wciąż pozostaje na utrzymaniu miasta. Rok temu bardzo bliski przejęcia klubu był biznesmen Grzegorz Ślak, jednak ostatecznie transakcja nie doszła do skutku

– Trwają poszukiwania nowego inwestora, który przejąłby klub od miasta. Jest to jednak proces długotrwały. Podchodzimy do tego z największą ostrożnością, bo Śląsk Wrocław jest marką, która reprezentuje miasto w kraju oraz poza jego granicami. Szukamy inwestora, który przedstawi najkorzystniejszy plan rozwoju klubu. Między innymi od przyszłego nabywcy oczekujemy dobrego pakietu inwestycyjnego, którym klub będzie zasilany przez kilka następnych lat – wyjaśnia Arkadiusz Filipowski.

Tymczasem każdego roku z miejskiej kasy do klubu trafiają grube miliony złotych. Jak wynika z rankingu Deloitte „Piłkarska liga finansowa – rok 2017”, Śląsk Wrocław jest zdecydowanym liderem wśród klubów ekstraklasy, jeśli chodzi o przychody od jednostek samorządu terytorialnego. W ubiegłym roku wrocławski magistrat przekazał Śląskowi ponad 13 mln złotych. Żadne inne miasto w Polsce nie wykłada takich pieniędzy na zawodowy klub piłkarski!

Turystycznie wciąż ustępujemy Krakowowi i Gdańskowi

Jak już wspominaliśmy, wielkie imprezy, na potrzeby których w naszym mieście wybudowano nie tylko stadion przy alei Śląskiej, ale również m.in. Narodowe Forum Muzyki i gruntownie wyremontowano Stadion Olimpijski, miały spowodować, że do Wrocławia zacznie przyjeżdżać dużo więcej turystów. Podkreślają to także władze naszego miasta, które na początku bieżącego roku jako wielki sukces ogłosiły zdobycie przez Wrocław tytułu „European Best Destination 2018”.

– Organizacja dużych przedsięwzięć, takich jak Europejska Stolica Kultury 2016 czy World Games 2017, udowodniła, że Wrocław jest gotowy na więcej. Rocznie stolicę Dolnego Śląska odwiedza między 4 a 5 milionów turystów, co również nie jest bez znaczenia. Otrzymanie tytułu „European Best Destination 2018” z pewnością wpłynie na jeszcze większe zainteresowanie Wrocławiem. To z kolei przełoży się na wpływy branży hotelarskiej i gastronomicznej w mieście – mówiła wówczas Wioletta Samborska, dyrektorka Biura Promocji Miasta i Turystyki Urzędu Miejskiego Wrocławia.

Tymczasem dane Głównego Urzędu Statystycznego już tak optymistyczne nie są. W zestawieniu GUS-u, uwzględniającym liczbę noclegów w obiektach turystycznych w 2017 roku, Wrocław – z wynikiem niespełna 2 mln noclegów – uplasował się m.in. za Warszawą (6,2 mln noclegów), Krakowem (5,3 mln) i Gdańskiem (2,4 mln). Wyprzedziło nas także Świnoujście oraz powiaty: kołobrzeski, tatrzański i nowosądecki.

Porównując to choćby z 2011 rokiem, czyli zanim stolica Dolnego Śląska zaczęła organizować wielkie wydarzenia, niewiele się w tej kwestii zmieniło. Wówczas też pod względem liczby turystów wyprzedały nas Warszawa i Kraków, a w tzw. międzyczasie przeskoczył nas również Gdańsk. Te wyniki wskazują, że w kwestii promocji i turystyki wciąż we Wrocławiu jest wiele do zrobienia.

Czas igrzysk we Wrocławiu minął”

– Wielkie imprezy, typu Euro 2012, ESK 2016 czy World Games 2017, nie przyniosły zwykłym obywatelom Wrocławia właściwie żadnych korzyści. Błędem była nie tyle decyzja o ich organizacji, ile sposób i koszty ich realizacji. Właściwie wszystkie te wydarzenia okazały się być o wiele droższe niż zakładano, a ich kadra zarządzająca zwyczajnie nie poradziła sobie z postawionymi przed nimi zadaniami – komentuje Jacek Hamkało, prezes stowarzyszenia Bezpartyjny Wrocław.

Jak zaznacza Hamkało, o ile jeszcze można wierzyć w sens promocyjny imprez sportowych, o tyle skala wydatków poniesionych np. na World Games jest zwyczajnie niewspółmierna do osiągniętych efektów. – Wrocław powinien przestawić priorytety. Borykamy się ze źle działającym transportem publicznym, wydajemy na niego najmniej ze wszystkich dużych miast. I to nie od roku, ale jest to wieloletnie zaniedbanie. Z tego powodu we Wrocławiu mamy potężne korki. Polityka wydawania dużych pieniędzy na wielkie imprezy powinna zostać zakończona – tłumaczy szef Bezpartyjnego Wrocławia.

Jego zdaniem czas igrzysk we Wrocławiu minął. – Miasto ma dobrą markę i przyciąga nią nie tylko ludzi, ale także przedsiębiorstwa. Dziś, zamiast PR-u i marketingu, trzeba zadbać o jakość życia wrocławian. Wiele osób nie czuje komfortu. To nie tylko sprawa komunikacji, ale również dostępu do żłobków, przedszkoli i szkół. Duża część placówek jest już przepełniona. To powoduje naturalnie zmianę oczekiwań wśród mieszkańców – dodaje Jacek Hamkało.

Miasto na szczycie korkowych rankingów

Potwierdzeniem tych słów, zwłaszcza w kontekście komunikacji, są tak lubiane przez władze Wrocławia rankingi. Nie wszystkie z nich stawiają jednak nasze miasto w dobrym świetle. Słabo wypadamy zwłaszcza w zestawieniach dotyczących korków i jakości transportu publicznego.

Wedle „Raportu o korkach w 7 największych miastach Polski”, przygotowanego przez Deloitte oraz serwis mapowy Targeo.pl, Wrocław przez kilka lat z rzędu dzierżył palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o najbardziej zakorkowane miasta w naszym kraju, a ulica Zwycięska była określana najwolniejszym „wąskim gardłem” w Polsce. Podobne wyniki przynoszą także regularnie publikowane przez firmę Yanosik rankingi najbardziej zatłoczonych metropolii.

Korki we Wrocławiu to m.in. efekt niewystarczających inwestycji infrastrukturalnych, a zwłaszcza tych związanych z transportem publicznym i komunikacją miejską. Dobitnie pokazuje to choćby ranking „Wspólnoty”, poświęcony wydatkom inwestycyjnym samorządów. Biorąc pod uwagę średnie wydatki inwestycyjne per capita w latach 2014-2016, Wrocław wśród miast wojewódzkich uplasował się na odległym, 12 miejscu. Stolica Dolnego Śląska, w przeliczeniu na jednego mieszkańca, wydała nieco ponad 1,5 tys. złotych, czyli mniej niż choćby Kraków, Poznań, Gdańsk, Warszawa czy Katowice.

– System transportu we Wrocławiu wypada słabo na tle innych metropolii, co jest prostym i bezpośrednim rezultatem wydawania na transport publiczny najmniejszych środków ze wszystkich dużych polskich miast w relacji do budżetu miasta. Oczywiście są jasne punkty, takie jak choćby prawdopodobnie najwyższa w Polsce efektywność kosztowa wrocławskiego przewoźnika, czyli MPK. Niemniej całość działania systemu jest pochodną oszczędzania na nim w zupełnie nieracjonalny sposób – komentuje Patryk Wild, radny Dolnego Śląska i były wiceprezes MPK.

Jak zaznacza Wild, Wrocław rozwijał swój system znacznie wolniej niż inni, bo miastu szkoda było na to pieniędzy. – Efekty tej polityki widzimy każdego dnia na ulicach – dodaje.

Wrocław, o czym już szerzej pisaliśmy na łamach naszego magazynu (nr 4/18), dość słabo wypada też na tle choćby Gdańska czy Poznania, jeśli chodzi o wykorzystanie unijnych dotacji na rozwój komunikacji miejskiej.

– Jeśli chodzi o inwestycje w transport zbiorowy, które najmocniej poprawiłyby sytuację komunikacyjną we Wrocławiu, to na pewno nowe linie tramwajowe na zachodzie miasta, tramwaj dwusystemowy wykorzystujący częściowo tory kolejowe, których we Wrocławiu mamy relatywnie bardzo dużo – więcej niż torów tramwajowych, oraz kilka nowych przystanków kolejowych w szczególności w centrum miasta, które pozwoliłyby radykalnie zwiększyć atrakcyjność kolei w transporcie miejskim i aglomeracyjnym. No i przede wszystkim wymyślenie, jak ma funkcjonować całość transportu miejskiego i aglomeracyjnego, bo tego tak naprawdę kompleksowo w urzędzie miejskim nie zrobiono od 1990 roku do dziś – wylicza Patryk Wild.

Zielona Stolica Europy nie dla Wrocławia

Kolejna kwestia, o której głośno mówi się we Wrocławiu, to zieleń. Nasze miasto już dwukrotnie, bez skutku, starało się o prestiżowy tytuł Zielonej Stolicy Europy. Zdają się to być ambicje nieco na wyrost, skoro nawet na tle innych polskich miast wypadamy blado.

Jak wynika z ubiegłorocznej analizy portalu Rynekpierwotny.pl, bazującej na danych GUS, pod względem udziału terenów zielonych w ogólnej powierzchni spośród największych polskich miast mniej zielony od Wrocławia jest tylko Kraków. Pozostałe ośrodki – czyli Katowice (lasy, parki, zieleńce i tereny zieleni osiedlowej to prawie 50% powierzchni tego miasta!), Bydgoszcz, Białystok, Gdańsk, Kielce, Lublin, Łódź, Olsztyn, Poznań, Szczecin i Warszawa – wyprzedzają stolicę Dolnego Śląska.

– Jako że zawodowo dużo podróżuję po polskich miastach, mam często możliwość porównania Wrocławia do innych ośrodków. Wrocław jest średniakiem: ani nie wyróżnia się pozytywnie, ani na minus. Brakuje mi zdecydowanie systemowego podejścia do tworzenia zielonych punktów na mapie miasta. Istniejące działania niestety nie wystarczą – wyjaśnia Bartosz Jungiewicz, radny osiedla Grabiszyn-Grabiszynek i autor licznych projektów związanych z zielenią w ramach Wrocławskiego Budżetu Obywatelskiego.

Jungiewicz podkreśla, że z polskich miast warto brać przykład z Katowic, które ostatnimi czasy przechodzą dynamiczną rewitalizację i inwestują w zieleń. – W tej chwili realizowany jest tam program „Akcja dzielnica”, w ramach którego ma powstać 27 nowych skwerów i zielonych miejsc w różnych częściach Katowic. Chciałbym, żeby we Wrocławiu miasto też bardziej zdecydowanie podeszło do budowy nowych skwerów – zaznacza osiedlowy radny.

Jak mówi Bartosz Jungiewicz, najlepszym podsumowaniem inwestycji w zakresie zieleni jest niedokończenie parku Tysiąclecia, który powstaje od 2000 roku i dalej nie powstał w koncepcji, którą wtedy stworzono na Politechnice Wrocławskiej. – W tym tempie kolejny duży park będziemy mieli w drugiej dekadzie tego stulecia – dodaje Jungiewicz.

Radny odnosi się też do starań miasta o tytuł Zielonej Stolicy Europy. – Moim zdaniem nie mają one kompletnie sensu. Rozumiałbym, gdyby te starania były zwieńczeniem np. 5-letniego planu inwestycyjnego w zieleń, zwiększonych nakładów finansowych w tym zakresie, nowych parków itp. Gdyby po prostu było się czym pochwalić. Ale Wrocław próbuje się załapać do tego konkursu, pokazując parki zaprojektowane przed wojną. Tak na pewno nie wygramy tego konkursu. Proponuję władzom miasta zejść na ziemię – radzi Jungiewicz.

Dodajmy, że – jak wyliczają urzędnicy – w ciągu ostatnich 10 lat w naszym mieście przybyło 463 ha zieleni urządzonej. Największe założenia to park Tarnogajski czy park Jedności na Zakrzowie. Zgodnie z zapowiedziami urzędu miejskiego na koniec 2018 roku wrocławianie będą mogli odpoczywać w 51 parkach oraz korzystać ze 151 zieleńców i skwerów.