Z autorką książki „Czterdzieści i co z tego”, której bohaterkami są cztery wrocławianki, rozmawiamy o twórczych inspiracjach, wolnym czasie i o tym, czy życie faktycznie zaczyna się po 40-tce. 

To już trzeci raz, gdy Katarzyna Kostołowska za sprawą swojej książki zaprasza do słodko-gorzkiego i pełnego humoru świata kobiet. Na kartach najnowszej powieści autorki znowu przewijają się cztery wrocławskie czterdziestolatki, ale tym razem nagle, w jednej sekundzie wszystko się zatrzymuje. I to nie tylko z powodu pandemii, która ogarnęła świat. Kolejna część perypetii czterech przyjaciółek swoją premierę miała na początku września, a magazyn Wroclife objął wydawnictwo patronatem medialnym.

Co było inspiracją do stworzenia takiej historii przyjaźni kobiet?

Katarzyna Kostołowska: Samo życie. Moje życie, życie moich przyjaciółek… Mam ich kilka i są wspaniałe, ciekawe, inspirujące. Zawsze uważałam, że szkoda byłoby, gdyby ktoś nie opisał naszych relacji i samych nas. Zdarzenia są fikcyjne, ale słowa, zachowania często wprost z życia wzięte. Zależało mi na portrecie kobiet z krwi i kości, nie na wyidealizowanym obrazku. Moja opowieść jest więc słodko-gorzka, a przewaga słodyczy bierze się wyłącznie z wymogów gatunku. 

Z zawodu jesteś prawniczką i polonistką. Do czego Ci bliżej?

Zdecydowanie najbardziej na świecie kocham pisanie, na szczęście praca prawniczki też tego wymaga. Moje życie zawodowe – i pisarki, i prawniczki polega głównie na siedzeniu z komputerem na kolanach (śmiech). Poza tym jednym podobieństwem są to dwie różne profesje i choć w każdej znajduję satysfakcję, to w przyszłości widzę siebie raczej w pokoju z widokiem na morze podczas tworzenia nowej powieści niż na sądowej sali. 

Co robisz w wolnym czasie: odkrywasz nowe zakamarki Wrocławia czy pracujesz nad kolejną książką?

Ja nie wiem, co to jest wolny czas, bo cały czas pracuję (śmiech). Od pisania nie ma przerwy, o tym się cały czas myśli, tworzy w głowie nowe scenariusze lub sceny. Nawet jak się jest na imprezie, nawet kiedy ogląda się serial na Netfliksie (co zresztą jest moją wielką namiętnością). Po prostu nie da się wyłączyć myślenia o tym nowym, które chce się napisać. O tym, jak to napisać… Zresztą o tym, co już napisałam, też myślę. I dotyczy to nie tylko powieści, ale także pism procesowych – zawsze coś mogło wybrzmieć lepiej (śmiech).

mat. prasowe

W czasopismach publikowałaś swoje opowiadania. Do której formy jest Ci bliżej – krótkiej czy długiej?

Opowiadanie do prasy kobiecej to nie jest szczyt wyrafinowania, pisałam je, żeby zarabiać i w ten sposób zarabiałam wiele lat. Nie jestem przywiązana do tych tekstów – pisałam, sprzedawałam i tyle. Od zawsze marzyłam o wydaniu powieści i do tych trzech, które napisałam, mam stosunek uczuciowy. Są moje, jest w nich wiele mnie, moja twarz jest na okładce. Zależy mi, żeby się podobały, boję się przed premierą, a nawet odczuwam pewnego rodzaju zawstydzenie, widząc, że ktoś znajomy je czyta. A jednak przestać pisać nie zamierzam (śmiech).

Jaką cechę najbardziej cenisz w kobietach?

Uwielbiam kobiety za siłę. Jesteśmy uczuciowe i nie potrafimy się od tych uczuć odciąć. Myślimy o kontekstach, o przeszłości, o przyszłości, o wszystkich związanych z tym strachach, a jednak robimy swoje. Jesteśmy w ten sposób podwójnie odważne. 

Co najchętniej czytasz?

Czytam bardzo dużo bardzo różnych rzeczy, trudno mi powiedzieć, co najchętniej. Ostatnio ktoś mnie poprosił o wskazanie dziesięciu książek, które uwielbiam. Poddałam się, bo uwielbiam ich tysiące i zaczynając wymieniać, mogłabym nie skończyć. W każdym razie, zawsze czekam na nową powieść Szczepana Twardocha i Łukasza Orbitowskiego, ale też Liane Moriarty. 

Czy życie faktycznie zaczyna się po 40-tce? Skąd pomysł na taki tytuł?

Po dwudziestce, po trzydziestce, może po sześćdziesiątce? Nie mam pojęcia i właśnie stąd ten tytuł. Co z tego, ile kto ma lat? Każdy rok może być tym przełomowym, może też być najzwyklejszym rokiem, ale ważnym tak samo, jak każdy inny. Mam czterdzieści pięć lat i nic z tym nie zrobię, nawet jeśli bym chciała. Czy ubolewam? Tylko czasami, spoglądając w lustro, a potem… po prostu żyję sobie dalej (śmiech).