Byłam tam, „na górze”, czyli w dzielnicy najbiedniejszych. Nie wiem, czy można to nazwać slumsami, jednak wydaje się, że tak to właśnie działa – można po prostu zjawić się w okolicy pewnego dnia i postawić sobie schronienie. Młodziutka koleżanka Margot, kilkunastoletnia dziewczynka, spotkała się tam ze mną, żeby mnie oprowadzić po osiedlu. Zaprosiła mnie też na chwilkę do swojego domu.

Domek na oko wyglądał jak nienowa altanka na działce – jak większość domów w tej okolicy. W środku beton na podłodze, parę łóżek oddzielonych zasłonami czy prześcieradłami od reszty izby. Kran i półeczki (czyli mini-aneks kuchenny) – dobrze, bo podobno jeszcze kilka lat temu nie było tam dostępu do wody. Ludzie kupowali ją na dole i wnosili lub wwozili moto-taxi.

Gdyby ktoś tak mieszkał w Polsce, pewnie powiedzielibyśmy, że to skrajna bieda, niektórzy chcieliby nawet mówić o patologii i zabierać rodzicom dzieci… A tu, w tym domku-budce, żyją zadbane, mądre, czyste dzieciaki – chcą się uczyć, uprawiają sporty (Mireya biega w maratonach i tańczy, jej młodszy brat trenuje boks). Oczywiście każdy ma smartfona – i to lepszego niż mój. Dźwięczy też telewizor. Aha, i jest czysto! Naprawdę czyściutko.

I tak sobie myślę… czy my w tej naszej Europie nie za dużo wagi przywiązujemy do tych wszystkich płytek, podłóg, mebli, paneli śmakich i owakich… Remontujemy i zmieniamy wystrój… I wcale nie jesteśmy bardziej szczęśliwi.