Dajmy szansę prozie! O współczesnej literaturze opowiada dr Jakub Skurtys
Dlaczego każda literatura jest polityczna? Co mają wspólnego Holokaust i disco-polo? Co wyróżnia dobrze napisaną historię? Na nasze pytania odpowiada dr Jakub Skurtys.
Rozpoczyna się 18. edycja Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania. W ramach wydarzenia miał miejsce konkurs, w którym autorzy krótkiej prozy zmierzyli się z hasłem: „A teraz defiluj!”. Co się pod nim kryje? Jakie szanse i zagrożenia ma przed sobą proza XXI wieku? Rozmawiamy z kuratorem konkursu, krytykiem literackim i wykładowcą Uniwersytetu Wrocławskiego, drem Jakubem Skurtysem.
Martyna Jersz: Co było priorytetem w ocenie prac konkursowych?Jakub Skurtys: W przeciwieństwie do konkursowych zestawów wierszy, prozie trzeba dać szansę od początku do końca, bo nigdy nie wiadomo, czy mierny począteknie przejdzie w bardzo ciekawy twist fabularny albo czy nie zostanie wprowadzonynagle bohater, dla którego warto ratować całość. Więc tych kryteriów było kilka:oczywiście test pierwszego i ostatniego zdania, a raczej pierwszego i ostatniego akapitu – czy są interesujące czy infantylne, czy język w nich intryguje, zmusza do jakiegoś wysiłku, czy nie poddają się zbyt łatwym puentom i innym efekciarskim zagrywkom. Drugie kryterium dotyczyło samej opowieści, jej atrakcyjności narracyjnej:czy jest jakaś historia, bohaterowie, interakcje między nimi, czy doświadczają oni czegoś, co ich zmienia, wpływa na nich w trakcie? Po drodze jest też coś, co nazwałbym za Rolandem Barthes’em „efektem rzeczywistości”, taki test: czy to jest wiarygodne i trzyma się kupy, czy świat, w którym jest osadzone opowiadanie, nawet ten zupełnie nam obcy, dystopijny czy sf, jest spójny w detalach i obserwacjach, w sposobie tworzenia tła? Potem zostaje oczywiście kwestia języka, jakiejś wpisanej w tekst poetyckości zdań, tego, jak rezonują ze sobą rytmicznie, po jakie figury sięga narrator, a za nim autor.
Jak ocena prac ma się do tegorocznego hasła: „A teraz defiluj!”?Przyzna Pani, że to nie jest zdanie wyjęte z codziennej mowy, jest trochę dziwaczne. Ilekroć autorzy próbowali je wpleść po prostu w opowiadanie, np. we fragment dialogu, wychodziło to sztucznie. Tak samo było z próbami puent. Takie hasło to wyzwanie, zobowiązuje, żeby coś z nim zrobić, jakoś je przepracować, uruchomić piąte i ósme skojarzenie i dopiero wokół niego pisać. Niestety pierwszych skojarzeń typu defilada-wojsko-marsz-wiec było zdecydowanie za dużo. Nikt by potem nie chciał takich sztucznie namnożonych historii „na zadany temat” czytać.
Interpretując tomik poezji Radosława Jurczaka pt. Zakłady holenderskie, zwrócił Pan uwagę na odrębność świata zewnętrznego od ja. Choć myślę, że nie można nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że dzisiejsza sztuka jest sztuką subietywną, sztuką wnętrza. A jak przekłada się to na prozę? Czy ludzie chcą czytać o świecie wewnętrznym, czy wolą tzn. common experience, coś, do czego mogą się odnieść?To jest bardzo ciekawe pytanie, choć akurat Jurczaka bym w to nie mieszał, bo sytuacja poezji jest tu bardzo specyficzna, a jego wiersze i ich koncepcja – już zupełnie. Ale jeśli chodzi o opowieść, to mam kilka uwag, które nasunęły mi się właśnie bezpośrednio po przeczytaniu wszystkich zestawów z MFO. Otóż wydaje się – i zwykle mówi się to początkującym pisarzom – że powinniśmy pisać o rzeczach, które dotyczą nas bezpośrednio, bo mamy materiał, który pozwala zdać niezbędny w prozie test rzeczywistości, a więc zbudować historię na tyle wiarygodną, żeby nie wyrzucała czytelnika na każdym zakręcie. I ten warunek mamy na ogół spełniony. Ale w naszej prozie jest druga trudność, o której – mam wrażenie – rozmawia się raczej w kuluarach krytycznych, niż na łamach czasopism. To nawet nie jest tak, że my nie umiemy opowiadać historii, że nasze umiejętności narracyjne zanikają, bo przecież codziennie sobie opowiadamy, co zaszło danego dnia albo wymieniamy się śmiesznymi historyjkami w pracy. Po prostu u większości naszych współczesnych prozaików, zwłaszcza tych początkujących, proza przejmuje funkcję poezji: służy im do ekspresji „ja”. I prowadzi to do kuriozalnych sytuacji, w których to „ja”, w wierszu powiedzielibyśmy o podmiocie lirycznym, tu powiemy o narratorze, staje się jedynym bohaterem opowiadania, i to bohaterem historii, której właściwie nie ma, bo cała dzieje się wyłącznie w jego głowie.
Taka forma zdaje się być średnio zachęcająca dla czytelnika.To prawda. Autorowi wydajesię, że to „ja”, snujące swój monolog wewnętrzny i sprzedające nam, czytelnikom, jakąś historię, jest samo z siebie na tyle ciekawe, że będziemy skłonni tego monologu wysłuchać. A teraz proszę sobie wyobrazić hipotetyczną sytuację: pochodzi do nas naulicy jakiś obcy człowiek, i zaczyna mówić, i mówi o sobie (nie prosi o pomoc, po prostu mówi). To dziwna sytuacja, czujemy się niekomfortowo, a poza tym spieszy nam się do pracy albo i tak mamy na uszach słuchawki, i w sumie nie bardzo nas interesuje ani on, ani jego życie. Dlaczego więc miałyby nas, jako słuchaczy i czytelników, zainteresować zwierzenia jakiegoś kolejnego, obcego „ja”, które nawet nie stoi z nami twarzą w twarz, bo jest tylko konstruktem tekstowym?
Rzeczywiście, nie jest to zbyt intrygujące.Mam wrażenie, że nasza proza ostatnich lat jest niezwykle egocentryczna, skupiona na tym narratorze, jakby jego istnienie było jedynym warunkiem opowieści. A przecież opowieść wymaga świata, bohaterów, zdarzeń, interakcji między tymi wszystkimi elementami. Jeśli zostaniemy złapani w autobiograficzny pakt, czyli na pograniczu literatury pięknej i literatury faktu, to jeszcze pół biedy – czytamy wtedy o „ja” straumatyzowanym, bulimicznym, schizofrenicznym, nieneurotypowym, doświadczonym wojną czy innymi problemami, ale tak, jakbyśmy czytali o autorze, jakbyśmy z nim współodczuwali. To przecież przykład świetnych i nagradzanych książek Olgi Hund,Agnieszki Jelonek czy Doroty Kotas. Ale jeśli tego paktu nie ma, to narrator naprawdę musi mieć w garści i historię, i to „coś”, co sprawia, że chcemy go słuchać. Oczywiście takie książki też się pojawiają, choćby głośny ostatnio debiut „Trash Story” Mateusza Górniaka – historii właściwie tam nie ma, więc wszystko trzyma się na tym głosie lub głosach mówiących.
Należałoby zapytać, co to znaczy „mieć sens”? W powszechnym użyciu, w takiej codziennej komunikacji, natychmiast wywołuje to raczej negatywne konotacje. Uczniowie mówią: „to nie ma sensu”, a więc – pragmatycznie – „nie warto się tym zajmować”, albo – poznawczo – „nic z tego nie rozumiem”. I na odwrót, choć rzadziej: „o, to ma sens”, czyli aprobujemy jakieś rozwiązanie. Wydaje się więc, że mamy tutaj raczej do czynienia z pytaniem o społeczne sposoby i granice akceptowania jakiegoś zjawiska, a nie o sens w jakimkolwiek filozoficznym ujęciu, o który bardzo często pyta przecież literatura, zwłaszcza ta zaangażowana społecznie. I to zarówno o sens naszych codziennych działań, jak i wielkich procesów historycznych, które nieustannie próbujemy zrozumieć, a więc właśnie nadać im sens, wytworzyć go, bo rozumienie świata nie jest – jak sądzę – niczym innym, niż właśnie zdolnością obarczenia go sensem i włączenia tego sensu w szerszy kontekst. A więc tak: literatura ma sens, każda literatura, i zaangażowana, i rozrywkowa, bo nie tylko jest nośnikiem jakiegoś sensu, ale też nieustannie ten sens wytwarza.
Czy według Pana istnieje apolityczna literatura?Z perspektywy teorii literatury, różnorakich teorii kulturowych, feminizmu, a to wszystko są ważne składowe naszego współczesnego myślenia, nie ma literatury apolitycznej, bo nawet taka, która patrzy gdzie indziej albo skupia nasz wzrok na czymś innym, pozostawia – jak ująłby to francuski filozof Jacques Rancière – marginesy postrzegalnego i dzieli nasze pole widzenia, coś w nim zatrzymując, a coś usuwając poza nie. I to już jest gest polityczny, dotyczący w istocie tego, co reprezentowane i tego, co niezauważalne. Mówimy tu o dość abstrakcyjnych procesach, choć ich społeczna materializacja jest bardzo konkretna – kto ma głos, kto jest widzialny w radiu i telewizji, kto i w czyim imieniu mówi na agorze.
Do jakiego typu literatury zaliczyłby Pan więc taką, która relacjonuje wydarzenia, opowiada o świecie?Wielką tradycję epicką, z jej wiarą w mimetyczność, w oddawanie świata jeden do jednego, chyba mamy już za sobą. Ale to na pewno też jest jakaś forma zaangażowania, bo najczęściej takie teksty powstają z pragnienia udokumentowania czegoś ważnego dla nas czy chęci odpowiedzi na jakiś bardzo silny impuls społeczny. Wiele opowiadań, które przeczytałem spośród zgłoszeń na MFO, dotyczyło wojny w Ukrainie, jedno znalazło się nawet w nominowanej dziesiątce. To jest ważna sprawa, trzeba o niej mówić i pisać, i wydaje się, że trzeba dać świadectwo tu i teraz, zanim się to zuniwersalizuje i jako temat dołączy do kanonu tekstów pacyfistycznych. Ale wiąże się z tym też duże ryzyko, z którego literatura zaangażowana na ogół zdaje sobie sprawę, a ta po prostu sięgająca po ważny w danym momencie temat niekoniecznie: ryzyko kulturowego przywłaszczenia i zawłaszczenia narracji, utowarowienia emocji, historii i całych języków. Mamy z tym ostatnio do czynienia w kontekście Holokaustu, zyskało to nawet nazwę – holopolo (na wzór disco polo). Każda kolejna książka o „szafiarce z Auschwitz”, nawet jeśli nieświadomie, dokonuje skandalicznego zawłaszczenia i uproszczenia. To też jest w jakiś sposób literatura zaangażowana, choćby przez tematykę, a jednak jest przede wszystkim produktem na półce księgarskiej, i to mniej zdrowym, niż jogurt, choć zapewne ładniej opakowanym. Dlatego wrócę do tezy, że każda opowieść o świecie, tak wewnętrznym, jak i tym wokół nas, ta realistyczna i ta zupełnie odrealniona, musi znaleźć lub wytworzyć swój język, i tylko dzięki niemu pozostaje wiarygodna.
Najpopularniejsze teraz
-
Nowe zasady parkowania przy Magnolii. Jak zmienił się parking? [ZOBACZ ZDJĘCIA] -
Śląsk Wrocław planuje wzmocnić kadrę przynajmniej trzema zawodnikami. Znamy pierwsze nazwisko, które jest wiązane z klubem. To środkowy pomocnik -
Woda jako źródło życia: MPWiK i Strażacy razem na rzecz mieszkańców! -
Citroën C5 Aircross – komfortowy SUV już od 999 zł netto miesięcznie z ochroną Citroën We Care do 8 lat – sprawdź aktualne promocje w salonie Citroen MM Cars, Wrocław al. Karkonoska 50 -
Błaszczykowski, Boruc, Piszczek i Mila kontra Del Piero, Rivaldo, Quaresma i Szewczenko. Już jutro wielki mecz legend na Tarczyński Arena [Jak dojechać] -
Polska - Reszta Świata na Tarczyński Arena. Błaszczykowski, Mila, Piszczek Boruc vs. Del Piero, Rivaldo. Zobacz zdjęcia, Polacy nie dali szans rywalom. -
Płatny Facebook, Instagram i WhatsApp? Meta zaczyna gotowanie żaby -
Poznaj najpiękniejsze trasy kolejowe regionu. Wraca Dolnośląski Bilet Weekendowy -
Ponad 650 mieszkań na wynajem. SIM Wrocław szykuje inwestycję na Wojszycach -
Najlepsze technika we Wrocławiu. Które technikum wybrać? [LISTA, RANKING 2022] -
Sprawdź, dokąd polecą Wrocławianie na długi weekend czerwcowy -
Miasto wyremontuje ulicę Zaporoską -
Płatne parkowanie pod Magnolią. Znamy nowe zasady! -
Niedziela handlowa przed Wielkanocą. Jak w tą niedzielę otwarte są centra handlowe we Wrocławiu? [27.04.2025] -
Rusza nabór wniosków na lokalne inicjatywy mieszkańców Dolnego Śląska