Katarzyna Obara-Kowalska z Bezpartyjnego Wrocławia tłumaczy, że kandydatura Jacka Sutryka na prezydenta naszego miasta jest niczym innym jak warunkiem utrzymania status quo. – Czyli nie gwarantuje zmiany, która Wrocławiowi jest potrzebna jak tlen – podkreśla Obara-Kowalska.

Kilka dni temu Jacek Sutryk, dyrektor departamentu spraw społecznych we wrocławskim magistracie, oficjalnie został kandydatem na prezydenta Wrocławia. Poparł go urzędujący prezydent Rafał Dutkiewicz, a także SLD i Nowoczesna.

– Wrocław w ostatnich latach stał się polem walki partii politycznych, walki o wpływy, stanowiska i władzę. Władzę, która nie ma lokalnego umocowania. Kandydata PiS oraz PO ogłaszają nam w Warszawie, a następnie we Wrocławiu pod hasłem odpowiedzi na „brak oferty” poznajemy kandydata kolejnych partii, które we Wrocławiu stworzyły bardzo egzotyczną koalicję: SLD, Nowoczesna i otoczenie Rafała Dutkiewicza – komentuje Katarzyna Obara-Kowalska, radna Rady Miejskiej Wrocławia, o której coraz głośniej mówi się, że może być kandydatką Bezpartyjnego Wrocławia na prezydenta naszego miasta.

„Sutryk nie gwarantuje zmiany, która Wrocławiowi jest potrzebna jak tlen”

Jak podkreśla Obara-Kowalska, smutne jest to, że główne ustalenia „umowy koalicyjnej” dotyczą tego, które ugrupowanie zajmie pierwsze miejsce na liście i w którym to będzie okręgu miasta.

– Taka kandydatura jest niczym innym jak warunkiem utrzymania status quo, czyli nie gwarantuje zmiany, która Wrocławiowi jest potrzebna jak tlen. Konfiguracja, w której obecny prezydent „namaszcza” publicznie swojego następcę jest niczym innym jak robieniem z tego „następcy” zakładnika dotychczasowej polityki. Polityki, która w swojej formie funkcjonowania nie różni się właściwie od tego, co ostatnio obserwujemy w Sejmie. Mówię to po 8 latach obserwacji pracy w Radzie Miasta, na sesjach plenarnych czy w komisjach – zaznacza Katarzyna Obara-Kowalska.

Członkini rady programowej Bezpartyjnego Wrocławia jest przekonana, że rady miast, gmin czy powiatów to miejsce, gdzie obowiązywać powinien parytet i to nie parytet dotyczący płci, ale parytet dotyczący udziału reprezentantów partii politycznych w organach stanowiących gminy.

– Aby realnie oddać decydowanie o swoim mieście mieszkańcom, liczba mandatów w radach miast czy gmin dla delegatów partii politycznych nie powinna przekroczyć 49%. Tylko wtedy samorządy uwolnią się od realizowania decyzji przynoszonych „w teczce” – dodaje Katarzyna Obara-Kowalska.