Tworzą podziemne korytarze, żywią się w naszych śmietnikach i przy okazji są roznosicielami kilkudziesięciu chorób. Wrocław próbuje z nimi walczyć, organizując regularne deratyzacje, ale specjaliści oceniają, że w ostatnich latach liczba szczurów wciąż wzrasta.

Szczury są wyjątkowo inteligentnymi zwierzętami. W dużych miastach, takich jak Wrocław, gryzonie mają idealne warunki do budowania swoich gniazd. Ile szczurów żyje we Wrocławiu?
W 2013 roku jedna z największych rozgłośni radiowych w Polsce podała, że na jednego mieszkańca miasta (jest ich około 640 tysięcy) przypadają trzy gryzonie. Rok później mówiono nawet, że w stolicy Dolnego Śląska żyje ich kilka milionów. Były to jednak tylk niepotwierdzone szacunki, których główna rola polegała prawdopodobnie na zaszokowaniu czytelników i słuchaczy.

Nawet zawodowcy, zajmujący się deratyzacjami na co dzień, nie potrafią jednoznacznie stwierdzić, jak dużo szczurów biega po wrocławskich ulicach. Mówią natomiast o tym, że liczba gryzoni z roku na rok jest coraz większa. Żeby pokazać zmiany, Elżbieta Suszczyńska wraca do Wrocławia z lat 90. – Przed powodzią tysiąclecia znajdowałam w gnieździe od czterech do sześciu młodych. Po powodzi szczurzyce zaczęły rodzić nawet do dwunastu małych w jednym miocie – mówi właścicielka firmy DDD (Dezynfekcja, Dezynsekcja i Deratyzacja).
Wszystko przez to, że gdy poziom wody opadł, na ulicach znajdowało się wyjątkowo dużo śmieci. Wzrost liczby gryzoni został również spowodowany brakiem odpowiednich zarządzeń ze strony miasta.

Wychodzi brak reakcji po powodzi Elżbieta Suszczyńska przywołuje lata 80., kiedy pracowała w zakładzie państwowym. Przyznaje, że nie spotykała się wtedy z pojedynczymi zgłoszeniami plag szczurów w danym miejscu. Co więcej, zarządzano wtedy powszechne i obowiązkowe akcje deratyzacyjne, które przeprowadzano dwa razy w roku. Trutki były kładzione w sklepach, szkołach czy zakładach pracy i czekały na swoje ofiary.

Sytuacja uległa zmianie po transformacji gospodarczej. Od początku lat 90. w mieście nie ogłaszano powszechnej akcji deratyzacyjnej i taka sytuacja miała miejsce przez kilkanaście lat. W tym czasie szczury mogły spokojnie rozmnażać się i budować swoje gniazda. Populacja zwierząt rosła wtedy w bardzo szybkim tempie. Co prawda w trakcie powodzi w 1997 roku woda zatopiła część gryzoni, ale te, które przetrwały, miały po opadnięciu wody doskonałe warunki do życia. Na ulicach znajdowały dużo pożywienia – ludzie masowo pozbywali się zepsutych odpadów – i nie było wśród nich konkurencji. Nie skupiały się już na tym, by przetrwać, ale by wykarmić jak największą ilość potomstwa.

– Miasto nie zarządziło wtedy powszechnej deratyzacji. Podano tylko informację, że zarządcy nieruchomości powinni w danym terminie założyć trutki. Dzięki temu szczury odbudowały swoją populację w mieście mniej więcej w ciągu dwóch lat. Powstawały skupiska gryzoni, które były i są zauważalne nawet w ciągu dnia. Często można je zobaczyć na placu Kościuszki czy w okolicach Zaułku Solnego – przypomina Elżbieta Suszczyńska.

Najbardziej zaszczurzone aglomeracje

Głośno o szczurach zrobiło się w 2009 roku. To wtedy o walce z gryzoniami pisały największe serwisy lokalne. W październiku media ukazały historię pewnej mieszkanki kamienicy. Nocami szczury przedostawały się rurami kanalizacyjnymi i wychodząc przez muszlę klozetową, grasowały po jej domu.
W tym samym czasie wrocławianie doczekali się także reakcji magistratu. 8 października 2009 roku prezydent Rafał Dutkiewicz wydał zarządzenie mówiące o zasadach wprowadzenia obowiązkowej deratyzacji na terenie Wrocławia. Co roku przeprowadzano dwie akcje tępienia szczurów.
Temat gryzoni wrócił do lokalnych mediów w 2012 roku, na kilka miesięcy przed UEFA EURO 2012. Tym razem alarm wszczął TVN 24. Reporterom udało się uchwycić, jak zwierzęta biegają po placu Kościuszki, a później poszli ze sprawą do urzędu miasta. Tam urzędniczka wyjaśniła telewidzom, że o pladze szczurów nie ma mowy. Już następnego dnia, na łamach lokalnych mediów, przyznała jednak, że we Wrocławiu gryzonie mają wyjątkowo dobre warunki do życia ze względu na liczne rzeki i kanały.

W 2013 roku stolica Dolnego Śląska została ustawiona przez media w jednym rzędzie z Warszawą i Krakowem. Miasta te otrzymały tytuł najbardziej zaszczurzonych aglomeracji w Polsce. Dziennikarze przedstawili też kolejną historię, w której szczur wyszedł z sedesu na właścicielkę mieszkania. Tym razem dziwił przede wszystkim fakt, że kobieta mieszkała na czwartym piętrze. Po nagłośnieniu tej sprawy wrocławianie kupowali specjalne klapki montowane na rurę kanalizacyjną. Takie rozwiązanie umożliwiało odpływ wody z sedesu, ale nie pozwalało szczurom przedostać się do góry. Ta historia pokazuje, jak wiele przeszkód są w stanie pokonać te zwierzęta, by zdobyć upragnione pożywienie. Gryzonie są również na tyle inteligentne, że w trakcie swojego krótkiego, średnio dwuletniego życia potrafiły odróżniać trutki od pożywienia.

Tak inteligentne, że próbują przechytrzyć truciciela

Elżbieta Suszczyńska zajmuje się tępieniem szczurów od ponad 30 lat. Poznała więc już ich zachowania i sposób, w jaki myślą. – One różnią się od ludzi tym, że rodzą się jako tabula rasa, mają wyłącznie inteligencję nabytą. Z łatwością się uczą i zapamiętują swoje doświadczenia do końca życia – stwierdza.
Szczury wykorzystują tę wiedzę przede wszystkim w sytuacjach zagrożenia. Starają się nie przebiegać dwa razy tą samą ścieżką w drodze po pożywienie, po to, by pozostać niezauważone. Żyjąc w stadzie, podobnie jak ludzie, tworzą hierarchie. Słabsze osobniki mogą głodować, ponieważ w kolejce po jedzenie są uprzedzane przez wyżej postawionych i silniejszych.

Szczury są na tyle sprytne, że po pewnym czasie stosowania trutek pierwszej generacji zaczęły omijać je szerokim łukiem. Fosforek cynku powodował, że gryzonie padały już po dwudziestu minutach po jego zjedzeniu. Inne osobniki zaczęły więc dostrzegać związek między zapachem preparatu a efektami jego spożycia. Obecnie stosuje się trutki trzeciej generacji, które powodują brak krzepliwości krwi. Szczury po zjedzeniu takiej substancji żyją jeszcze przez kilka dni. Co więcej, trujące chemikalia są bezzapachowe. Wydaje się więc, że zwierzęta nie są już w stanie odróżnić zwyczajnego jedzenia od podłożonych im antykoagulantów.

Mimo wszystko akcja deratyzacyjna wymaga dużego doświadczenia tępiciela oraz indywidualnego podejścia do każdego przypadku. Po zbadaniu zgłoszenia specjaliści muszą dobrać takie środki i sprzęt, by w trakcie deratyzacji nie ucierpieli ludzie oraz zwierzęta domowe. Elżbieta Suszczyńska podkreśla, że aby usunąć szczury z danego miejsca, należy przeprowadzić co najmniej dwie akcje deratyzacyjne.

Obowiązkowa deratyzacja lub 500 złotych mandatu

We Wrocławiu do 2015 roku ogłaszano dwie dwutygodniowe akcje deratyzacyjne, które rozpoczynały się w połowie marca oraz listopada. W 2016 roku, na mocy uchwały Rady Miejskiej z 7 lipca, ogłoszono również trzecią akcję, która przebiega na początku lipca wyłącznie w ścisłym centrum miasta. Dodatkowy termin był szczególnie ważny w poprzednim roku. Deratyzacje przeprowadzano bowiem na kilka dni przed rozpoczęciem turnieju The World Games, który przyciągnął do miasta tysiące turystów i sportowców.

Jakie obiekty muszą podlegać regularnej deratyzacji? Przedstawiciele Urzędu Miejskiego odsyłają do długiej listy zawartej w uchwale Rady Miejskiej. Wymienia ona między innymi podpiwniczone budynki wielolokalowe, szpitale, hotele, domy akademickie, lokale gastronomiczne oraz miejsca zbierania odpadów. Łącznie nieruchomości podlegające obowiązkowej deratyzacji opisane są w aż jedenastu punktach. Szczury muszą być również tępione w schroniskach dla zwierząt, sieciach kanalizacji czy na terenie fosy miejskiej.

– Za nieprzestrzeganie akcji deratyzacyjnych zarządcom nieruchomości grozi mandat karny do 500 złotych, wystawiony przez straż miejską – mówi pracownik Działu Gospodarki Odpadami Urzędu Miejskiego Wrocławia. Oczywiście, tępiciele nie narzekają na brak roboty również między obowiązkowym truciem. Firmy DDD dostają codziennie co najmniej kilka zgłoszeń dotyczących problemów ze sprytnymi gryzoniami.

Koty z WBO idą z pomocą

Zakładanie trutek i regularny wywóz śmieci to nie wszystkie metody, które są stosowane w walce ze szczurami. W kilku polskich miastach – między innymi w Poznaniu, Gdańsku, Gdyni czy Łodzi – władze postawiły na działania zwierzęcego łańcucha pokarmowego i wspierają wolno żyjące koty. Zbudowano im specjalne, drewniane budki, w których mogą skryć się przed upałami czy mrozem. Teraz pomysł zostanie wdrożony także we Wrocławiu. Projekt budowy pięćdziesięciu budek dla kotów wolno żyjących zdobył prawie pięć tysięcy głosów od mieszkańców w ramach Wrocławskiego Budżetu Obywatelskiego.

W trzykondygnacyjnym, drewnianym schronieniu może jednocześnie przebywać kilka kotów. Projekt zakłada ulokowanie budek w miejscach najczęstszego bytowania bezpańskich mruczków. Będą one znajdowały się pod nadzorem społecznych opiekunów kotów oraz organizacji prozwierzęcych. Na realizację projektu zostanie przeznaczonych około 70 tysięcy złotych.

Ze szczurami walczą na całym świecie

Problem ze szczurami dotyczy wielu dużych aglomeracji na całym świecie. W poprzednim roku walkę z nimi podjęli m.in. berlińczycy. W trakcie deratyzacji zamykano nawet parki czy place zabaw. Z podobnym problemem mają do czynienia także mieszkańcy Monachium. O pladze gryzoni mówi się również w Helsinkach, gdzie ciepłe zimy spowodowały wzrost populacji szczurów i dzikich królików. W Paryżu walczono natomiast na początku 2017 roku. Na potrzeby akcji deratyzacyjnych zamykano liczne tereny zielone, na czele z Polami Marsowymi.
Wrocław nie jest więc przypadkiem szczególnym. Mieszkańcy muszą jednak zdawać sobie sprawę z zagrożeń związanych z rosnącą populacją szczurów. Skuteczna walka z gryzoniami jest możliwa, co udowodnili Nowozelandczycy: na wyspach Campbella i Kapiti gryzonie te zostały całkowicie wytępione.