FreshMail.pl

We mgle: Powódź 2010

Podziel się:

Serce unosiło się na lustrze wody. Dryfowało, obracało się wokół własnej osi – nie chciało zatonąć. A gdyby prąd był mocniejszy, to może zaczęłoby bić? Nie wiadomo skąd się tu wzięło. Wypadło komuś po drodze? Ktoś je porzucił? Takie bezpańskie.

Koro

Ilustracja: Anita Bańdziak

Koro jest tatuażystką. „Koro” to jej artystyczny pseudonim. Swojego prawdziwego imienia nie chce na głos wymawiać, bo tłumaczy, że za każdym razem musiałaby kłamać. Przede wszystkim ze strachu, że jeszcze to imię naprawdę by do niej się przykleiło. Sama go sobie nie wybrała, nie ma więc zamiaru myśleć, że jest ono prawdziwe. Imię niby niegojąca się rana, a pseudonim jak opatrunek.

Podobnie z tatuażami, którymi Koro zakrywa na skórze blizny. Ślady po skalpelach, żyletkach, oparzeniach. Prócz osób, dla których tatuaż jest kaprysem, są również ludzie pokiereszowani, dla których to potrzeba. Brzydcy na zewnątrz, od wewnątrz nieszczęśliwi. Odsłaniają przed Koro najbardziej intymne miejsca duszy, rozbierają się ze swoich historii: opowiadają o językach ognia, mówią o rozprutych żyłach, przeklinają nowotwory. Ich skóry przypominają najpierw pocięte, a potem zaszyte prześcieradła. Ściegi są niechlujne, wzorki po szwach nierówne.

Koro słucha historii, na kartce szkicuje swoje skojarzenia. Niektórzy nie wiedzą, jaki chcą tatuaż. Przychodzą ciekawi siebie w cudzych oczach, mając nadzieję, że tatuażystka z blizny stworzy nową historię.

Plecy jak wyschnięta lawa – Koro sięgnęła po fotografię mężczyzny, którego 33% powierzchni ciała uległo oparzeniom. – Na skórze zostały ślady po pożarze domu, a z budynku zgliszcza – westchnęła i pokazała drugie zdjęcie z tatuażem skrzydeł na plecach mężczyzny.
W leżącym przede mną kartonie, było wiele różnych opowieści.

Nieudana próba samobójcza – wyjęła następnie fotografię nadgarstków z bruzdami od pociągnięć żyletek. – Chłopak miał piętnaście lat i dość wszystkiego. Chciał, żebym zrobiła mu na bliznach gałązki.

A tutaj – przysunęła kolejne zdjęcie – gwiazda zamiast lewej piersi. Kobieta wygrała walkę z rakiem, ale kosztem swojej kobiecości. Nie powiedziała mi, dlaczego miała być gwiazda.

Koro znam od dawna. Nie widuję się z nią często, ale wracam jak do książki i zapamiętanych zdań. Czasami otwieram przypadkową stronę, przesuwam wzrokiem po słowach i słyszę trzepotanie skrzydeł, łamanie gałązek albo ciszę. Bo kiedy Koro nie mówi, widzę wyraźniej blask jej oczu. Mimo że miałaby prawo nie świecić, że mogłyby być zgaszone.

Nie pisz o tym – poprosiła.

Powiedziałem, że nie napiszę, jakie jest jej prawdziwe imię.

Dobrze wiesz, o czym mówię – dodała.

Wiedziałem.

Jedno z moich ulubionych zdań tej książki brzmi: „Niechcianym prawem jest się poddać.” Słowa czytam z wewnętrznej strony dłoni Koro – przesuwam wzrok wzdłuż linii życia. I wracam do nich nad wyraz często. Nad każdy inny wyraz, który w jej rękach się nie znalazł, albo od którego ręce umyła.

Tatuażystka widziała wiele blizn, lecz o własnej pragnęła zapomnieć. Każdy kolejny tatuaż, który zakrywał czyjeś rany, przywoływał dzień, kiedy stojąc przed lustrem, pomyślała o swoim ciele, że to prześcieradło. Prosiła, żebym nie pisał, co między piersiami sobie wytatuowała – chciała wymazać z pamięci kobietę, dzięki której żyje nadal.

Wybacz Koro, ale muszę o tym napisać:

Serce było niewydolne. W obrazie EKG rozkapryszone, a w echu fałszywe. Uderzało nierówno, nie potrafiło trzymać rytmu. Lekarze bezradnie rozkładali ręce i wzdychali, że teraz to tylko czekać na czyjąś śmierć. I Koro czekała – z bólem w klatce piersiowej jakby ktoś ją dusił. A kiedy już się doczekała, ból się zmienił i miała wrażenie, że teraz serce ktoś w dłoniach trzyma. Niby kawałek polędwicy albo schabu. Nie umiała myśleć o nowym sercu ponad to, że jest kawałkiem mięsa.

Koro dowiedziała się, kto był dawcą. Nie chciała zdradzić, w jaki sposób, ale znając nazwisko, nie potrafiła przestać wyszukiwać kolejnych informacji. Z jednej strony czuła, że ta wiedza ją pogrąża, ale z drugiej pokusa była zbyt silna. I tak oto znalazła artykuł o śmiertelnym potrąceniu młodej kobiety na ulicy Skłodowskiej-Curie; o tym, że kierowca nie poszedł siedzieć, bo to, co zrobił, było nieumyślne, a kobieta przebiegała przez jezdnię w miejscu niedozwolonym; że dawczyni urodziła się tego samego dnia, lecz tylko dwa lata wcześniej; i że osierociła dwuletniego chłopca. Koro dotarła do zdjęć, a nawet do nagrania, na którym widać, jak kobieta gestykuluje i słychać jej głos.

Koro poznałem 22 maja 2010 roku. Płynąłem łódką po zalanym Kozanowie, aż nagle dostrzegłem unoszące się na wodzie kartki. Po chwili zorientowałem się, że to rysunki, szkice, fotografie. Nie udało się uratować wszystkich. Większość porwał prąd. Wypływały z piwnicy przy ulicy Ignuta, a na dachu zaparkowanego pod budynkiem samochodu siedziała dziewczyna, która próbowała łowić papiery. Podpłynąłem do niej, a kiedy zobaczyła, że obok mnie leżą jej prace, zeskoczyła z auta i weszła do łódki.

Tego samego wieczora opowiedziała o mężczyźnie-aniele, chłopcu-żyletce, kobiecie-gwieździe. Rozebrała się przede mną również ze swojej historii. Schowaliśmy się w cieniu chorego drzewa, które nie wiedziało, czy chce się poddać. W pewnym momencie Koro wyjęła z kieszeni przeźroczystą kalkę techniczną do przenoszenia na skórę wzorów.

To był impuls – westchnęła. – Złapałam za maszynkę i zrobiłam tatuaż – rozpięła bluzkę, a ja zobaczyłem serce, o którym znów pomyślałem, że mimo wszystko takie bezpańskie.

Po powodzi wiele roślin na Kozanowie zaczęło chorować. Część z nich wycięto, bo jak niektórzy mówili, z niektórych uszło życie, i tylko by sterczały jak wepchnięte w skorupę ziemi patyki, i choćby nie wiadomo jak podlewane, to nadal suche, łamliwe. Ale kilka uratowano. Tak jak jabłoń, pod którą tamtego dnia siedziałem z Koro. Ktoś przeszczepił ze zdrowego drzewka szlachetny zraz – naciął korę oraz miazgę, połączył gałązki, obwiązał i posmarował maścią ogrodniczą. Kiedy nieco później gałązki się zrosły, odciął nieszlachetny fragment. Jabłonka żyje do dzisiaj. Nie ma śladu po przeszczepie.

Kiedy poszedłem odwiedzić Koro kilka dni temu, zdradziłem, że chcę o niej opowiedzieć. Poszedłem również dlatego, że sam mam bliznę. Ale o niej nie napiszę.

Przeczytajcie również poprzednie opowiadania ,,We mgle” Aleksandra Wenglasza.

,,Fata Morgana” przy Nikolaistrasse od 1906 roku była pierwszym kinem stacjonarnym w dawnym Wrocławiu i strefą wyzwolenia kobiet.

Na drugim planie

Z pasa startowego między mostami Grunwaldzkim a Szczytnickim odleciał tylko jeden samolot. Poznaj historię kata Breslau – Karla Hanke.

Mehl auf dem Himmel

Nie ma choćby jednego zdjęcia, na którym widać, jak pracownicy cyrku Buscha ładują na taborowe wozy martwe ciała zwierząt i wywożą z miasta zwłoki żyraf, tygrysów, słoni.

Plac Rozjezdny 5

Podziel się:
Udostępnienia

Zapisz się na cotygodniowy newsletter

Raz w tygodniu dostaniesz na swoją skrzynkę najlepsze artykuły z serwisu

FreshMail.pl