Stanisław Szelc

Jestem już w tym wieku, że idealnie wpisuję się w powiedzenie: „jeśli starszy człowiek budzi się rano i nic go nie boli, to znaczy, że już umarł”. Najwyraźniej ja jeszcze żyję, gdyż codziennie rano budzę się z jakąś dolegliwością.

Ostatnio najbardziej dokucza mi kolano, co mnie nieco śmieszy, gdyż zamiast kolana, mam jakąś protezę, którą zamontowali mi lekarze. Pozwolę sobie na odrobinę prywaty i podziękuję personelowi Łużyckiego Centrum Medycznego w Lubaniu, przede wszystkim doktorom Tomaszowi Juzwence, Krzysztofowi Uszyńskiemu i Musie Nassarowi, którzy pięknie mnie wyreperowali. To dzięki nim, jak panisko, chodzę sobie o kulach i czuję się komfortowo, bo wszyscy (no, prawie wszyscy) schodzą mi z drogi, uprzejmie otwierają drzwi i troskliwie wypytują o moje samopoczucie. A samopoczucie mam niezłe, bo skoro Pan Bóg kule nosi, to… no nie, chyba popadam w przesadę…

Chociaż polityka nie jest moją ulubioną zabawą, to boli mnie to, co ostatnio obserwuję w naszym kraju. Wiem, że naszym wybrańcom wolno więcej, jednak przydałaby się odrobina umiaru. Kompletnie nie pojmuję, na czym ma polegać reforma w szkolnictwie. Jeśli coś prawidłowo funkcjonuje, to po co przy tym majstrować? Doświadczeni pedagodzy twierdzą, że wdrożony przed laty system sprawdził się, nasze szkoły plasują się w różnych rankingach na wysokich pozycjach, zatem ta na siłę (przepraszam za kolokwializm) wciskana reforma wydaje się sztuką dla sztuki. I to sztuką niezwykle kosztowną.

Dlaczego Wrocław jest ,,najpiękniejszym miastem świata”? W poprzednim felietonie Stanisław Szelc oprowadza nas po swoich wspomnieniach i swoim Wrocławiu.

Stanisław Szelc dla Wroclife. Okruchy pamięci

Przed bardzo wielu laty byłem w Nowym Jorku i jeździłem metrem. Pewnego wieczoru postanowiłem pojechać do restauracji, w której grał (ponoć) Michał Urbaniak. Jako że byłem permanentnie niewyspany, zupełnie niespodziewanie wylądowałem w centrum Harlemu. Czarny policjant (teraz się używa określenia „Afroamerykanin”), dobra, więc ten Afroamerykański policjant zbladł, błyskawicznie wyprowadził mnie z metra, wpakował do samochodu i wywiózł w bezpieczne rejony, po drodze dość brutalnie mi tłumacząc, że jako „białas”, mogłem zginąć. Nowojorskie metro to zupełny koszmar, zatłoczone, umiarkowanie czyste i przede wszystkim – całe pokryte graffiti. Jak mi wytłumaczyli znajomi, była to robota głównie Afroamerykanów, którzy w ten sposób przeciw czemuś protestowali. Nigdy nie przypuszczałem, że moda na te koszmarne malunki przyjdzie do nas, a jednak przyszła razem z hip-hopem, rapem i fast-foodami. Jacyś troglodyci pętają się po coraz piękniejszym Wrocławiu i smarują ściany farbami. Nie ma to nic wspólnego ze sztuką, wandalizm w czystej (czy raczej brudnej) formie. Czy naprawdę nie ma na nich metody? Mnie to boli, bardziej niż kolano.

Wylądowali u nas żołnierze amerykańscy i od razu poczułem się bezpieczniej. Otóż, kiedy stacjonowała u nas niezwyciężona Armia Czerwona, to co i rusz docierały do nas wiadomości, że gdzieś gubiła (ta Armia) jakieś rakiety. Trochę się baliśmy, czy te wynalazki nie wysadzą nas w powietrze. Natomiast nasi obecni sojusznicy są w porządku. Niedawno przewróciła się ciężarówka US Army i wysypała się z niej amunicja do czołgów. I co? Ano nic, pociski nie odpaliły! To jest technologia na miarę XXI wieku.