Stracił 18 lat życia w więzieniu przy ul. Kleczkowskiej. Samotnie, między najgroźniejszymi przestępcami. Uważano go za gwałciciela, mordercę i pedofila. Niestety, kazus wrocławianina Tomasza Komendy to niejedyny przypadek w Polsce czy na świecie, gdy Temida okazała się ślepa.

Tomasz Komenda spędził w więzieniu 18 lat, oskarżony o zgwałcenie i zamordowanie 15-letniej Małgorzaty Kwiatkowskiej. Od początku zapewniał, że jest niewinny. Znalazł się tragicznej sytuacji – gwałcicieli za kratkami traktuje się najgorzej. Dostosować musiał się do panującego tam rygoru, nie tylko pośród strażników, ale i innych skazanych.

– Jak trafiłem do aresztu, musiałem poznać zasady. Kto ich nie znał, ponosił kary. Jak postawiłem gołą stopę na podłogę, współosadzeni przygotowywali czajnik wrzątku i lali mi na stopy. To był rodzaj nauczki – wspominał więzienny koszmar Tomasz Komenda w programie Uwaga! Większą część życia spędził w izolacji od swojego dotychczasowego otoczenia. Do zakładu karnego trafił w wieku 24 lat i codziennie przez 18 lat przechodził piekło za kratami oskarżony o zbrodnię, której w rzeczywistości nie popełnił.

Zbrodnia miłoszycka
Sylwester roku 1996 Tomasz Komenda spędzał w domu w centrum Wrocławia. 20 kilometrów dalej, w Miłoszycach, tej samej nocy brutalnie zgwałcono 15-letnią Małgosię. Dziewczyna przyjechała razem z koleżanką do klubu Alcatraz, aby tam świętować Nowy Rok. W lokalu znajdowało się kilkaset osób; wciąż ktoś wychodził i wchodził, tłum nieustannie się mieszał.
Po północy Małgosia widziana była na zewnątrz klubu z obcymi mężczyznami. Jeden z nich zapewniał, że jest jej bratem i że zajmie się nastolatką. Nikt więcej nie widział dziewczyny. Jej zakrwawione, nagie ciało odnaleziono w Nowy Rok około godziny 13 na posesji obok klubu. Zmarła z powodu wykrwawienia i wyziębienia.
Policja przez trzy lata nie była w stanie odnaleźć winnych tej makabrycznej zbrodni. Rodzice Małgosi złożyli skargę, zażądali również zmiany prokuratora. Presja rozwikłania sprawy była ogromna. Sporządzono portrety pamięciowe sprawców (dziś wiadomo, że było ich dwóch). Wtedy to jedna z mieszkanek Wrocławia, sąsiadka Tomasza Komendy

– Dorota. P., rzekomo rozpoznała go, o czym powiedziała swojemu znajomemu policjantowi. Jej fałszywe zeznania, w których prawie nic się nie zgadzało, zostały przyjęte i pogrążyły niewinnego człowieka.

Rzetelne(?) dowody
Jak doszło do tego, że to właśnie Tomasz Komenda został zatrzymany i skazany? Pierwszym dowodem świadczącym przeciwko niemu miał być rzekomy fakt rozpoznania go przez sąsiadkę na portrecie pamięciowym. To skłoniło policję do zatrzymania mężczyzny.
W czasie sekcji zwłok na ciele Małgosi znaleziono kilka śladów ugryzień, które zostały dopasowane do kształtu uzębienia Komendy. Decyzję poparto również śladami DNA oraz zapachowym, zebranymi na miejscu zabójstwa. Policja znalazła czapkę z włosem, a badania wykazały, że należy on do Komendy. To przesądziło o jego zatrzymaniu.
Dziś wiadomo, że ślady te w żaden sposób nie świadczą o winie mężczyzny. 12 osób potwierdziło, że tamtą noc Tomasz spędził we Wrocławiu (kiedy pierwszy raz przesłuchiwano ich, zarzucano im składanie fałszywych zeznań), zaś ślady ugryzień nie są identyczne z kształtem jego uzębienia. A co z najmocniejszym dowodem – zgodnością DNA sprawcy? W tym przypadku wynosiła ona 4/100, co oznacza, że do tego kodu genetycznego można przypisać co najmniej 4 różne osoby. Dowody, które przesądziły o skazaniu mężczyzny, nie mają dziś żadnego znaczenia, za to tych, które świadczą o jego niewinności, śledczy zgromadzili aż 18. Nomen omen tyle, ile lat przesiedział niewinnie w więzieniu…

Kto jest prawdziwym sprawcą?
Policja ustaliła, że w gwałcie brały udział dwie osoby, ale na początku zatrzymano tylko jedną. W 1997 roku, kilka dni po zbrodni, przesłuchano innego podejrzanego – Ireneusza M. Nie postawiono mu wtedy żadnych zarzutów. Do sprawy powrócono po 20 latach, a policja zaczęła dokładnie przyglądać się wszystkim uczestnikom zabawy sylwestrowej. Ich uwagę przykuł właśnie Ireneusz M.: mężczyzna był w 1997 roku wielokrotnie skazywany za gwałty.
Sam M. wciąż odrzuca oskarżenia i zapewnia, że jest niewinny, mimo że na ubraniu ofiary odkryto liczne ślady DNA pasujące do jego kodu genetycznego. To nie wszystko. Podczas przesłuchań 20 lat temu Ireneusz M. powiedział coś, co już wtedy było potwierdzeniem jego winy, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Zeznał wówczas, że widział Małgosię Kwiatkowską w czasie zabawy na sali i scharakteryzował jej ubiór, w którym uwzględnił pozornie mało znaczący element – opisał, jak wyglądały skarpetki nastolatki. O takim szczególe wiedzieć mógł jedynie sprawca, ponieważ ofiara miała na sobie grube getry i buty zasłaniające stopy, a pozostawiono ją na śniegu tylko w tych skarpetkach. Tym razem policja aresztowała właściwego człowieka. Grozi mu dożywocie.

Znalazł mordercę, będąc na przepustce
Marek Gliński był w podobnej sytuacji, co Tomasz Komenda. Sąd uznał, że zamordował człowieka. W 1994 roku skazano go na 25 lat więzienia za zabicie obywatela Niemiec. Sam skazany od początku zapewniał, że jest niewinny.
24 lata temu razem z dwoma innymi mężczyznami Gliński zaprosił do swojego apartamentu hotelowego Niemca z sąsiedniego pokoju. Został on później pobity przez pozostałych dwóch mężczyzn, którzy następnie założyli mu na głowę worek. Martwego Niemca zamknęli w tapczanie w jego pokoju. Gliński utrzymuje, że kiedy tylko zaczęły się przepychanki, on natychmiast uciekł z pokoju (prawdopodobnie była to napaść na tle rabunkowym; mordercy zabrali ofierze zegarek i pieniądze). Nie poszedł jednak na policję, aby zawiadomić o kłótni, czego dziś żałuje najbardziej. Uciekł za granicę, ale nie wytrzymał psychicznie i sam w końcu poinformował o zbrodni.
Podstawowym dowodem były zeznania naocznych świadków, czyli faktycznych zabójców obcokrajowca. Na początku obciążyli oni Glińskiego, później zeznania odwołali, aby następnie powrócić do pierwszej wersji.
W 2016 roku skazany wyszedł na pierwszą przepustkę i odnalazł jednego z morderców, Wojciecha G., który przyznał, że Gliński jest niewinny. Fałszywe zeznania składał, bo był do tego zmuszony – w czasie przesłuchań brutalnie go bito (tak samo było w przypadku Tomasza Komendy, który złożył zeznania przeciw sobie, bo policjanci stosowali wobec niego przemoc fizyczną).

2,7 mln złotych za 12 lat odsiadki
Niestety, czasami Temida bywa ślepa i niewinny człowiek traci wolność. A razem z nią pracę, rodzinę i dobre imię. Czesław Kowalczyk w 1999 roku trafił do aresztu. Oskarżono go o morderstwo Adama K., instruktora jazdy konnej. Dowodem obciążającym mężczyznę były zeznania naocznego świadka – żony ofiary. Kobieta twierdziła, że widziała zbrodnię i że to właśnie Kowalczyk jest mordercą. Po dwóch tygodniach ponownie pojawiła się w prokuraturze, aby odwołać zeznania. Faktu tego jednak nie zaprotokołowano, a zeznań nie pozwolono zmienić.
W 2003 roku skazano Kowalczyka w pierwszej instancji na dożywocie. Później zamieniono wyrok na 25 lat. Ostatecznie w więzieniu spędził 12 lat, z czego 5 w izolacji. Kiedy zaczynał odsiadkę, był o 10 lat starszy niż Komenda w chwili zamknięcia go za zbrodnię z 1997 roku (miał 34 lata). W 2011 roku wyszedł na wolność, a w 2012 r. został uniewinniony prawomocnym wyrokiem. Cztery lata później otrzymał rekordowe odszkodowanie – sąd wycenił 12 lat jego odsiadki na 2,7 mln złotych.
18 lat to bardzo długi okres, zwłaszcza dla młodego mężczyzny, jakim wówczas był Tomasz Komenda. W więzieniu upłynęła mu cała młodość, świat w tym czasie zupełnie się zmienił, technologia znacznie poszła do przodu. Sam Wrocław nie wygląda tak samo, jakim 18 lat zapamiętał go Komenda. Jak odnajdzie się w zupełnie innym dla niego świecie? Przez jakiś czas media z pewnością będą jeszcze śledzić jego życie. Pozostaje również kwestia odszkodowania, jakie otrzyma za 18 lat odsiadki za niewinność. Ocenia się, że może domagać się ponad 3,5 mln złotych.

15.03.2018 Wroclaw Rozprawa Sadu Penitencjarnego we Wroclawiu ws. Tomasza Komendy nieslusznie skazanego za gwalt i morderstwo 15-letniej Malgorzaty w Miloszycach N/z Tomasz Komenda
fot. Krzysztof Kaniewski/REPORTER

 

36 lat za kratkami za nic
Omylność i popełnianie błędów to przypadłości nie tylko polskiego wymiaru sprawiedliwości. Poza naszym krajem dochodziło do wielu skazań niewinnych osób. Stany Zjednoczone – kraj, który uchodzi za państwo praworządne i ostoję sprawiedliwości, widział już kilka takich sytuacji.

Jedną z nich jest sprawa Fredericka Weichela. W 1980 został oskarżony i skazany za zabójstwo Roberta LaMoniki. W więzieniu spędził w sumie 36 lat. Weichel utrzymywał od początku, że jest niewinny. I jest o tym wciąż przekonany. Otrzymał on prawo do ponownego procesu, choć według sądu jego obrona nie otrzymała raportu policyjnego, który sugerowałby, że zbrodnię popełnił ktoś inny. W kwietniu opuścił więzienie za kaucją.

53-letni mieszkaniec Los Angeles Kash Delano Register 34 lata życia spędził w więzieniu. Został skazany za morderstwo, jednak w 2013 roku sędzia unieważnił wyrok. W 1979 sędziowie byli pewni: Kash Delano Register zabił 78-letniego Jacka Sassona. Został skazany na karę dożywotniego więzienia z możliwością wyjścia najwcześniej po 27 latach. Po 34 latach okazało się, że podczas rozprawy prokuratorzy powoływali się na fałszywe zeznania. Policja nigdy nie znalazła narzędzia zbrodni, a odciski palców znalezione w samochodzie ofiary nie należały do skazanego.

Anthony Hinton spędził blisko 30 lat w celi śmierci. Do więzienia trafił jako 29-latek. W 1985 roku został uznany za winnego napadu na restaurację i zabójstwa dwóch osób. Policja nie miała niezbitych dowodów, proces był poszlakowy. Brakowało odcisków palców, a żaden ze świadków nie potwierdził, że widział Hintona na miejscu zbrodni. Sprawa została umorzona i w 2015 roku mężczyzna wyszedł na wolność.

130 lat – taki wyrok usłyszał w 1982 roku Alan Crotzer. Sąd w Miami skazał go za uprowadzenie i zgwałcenie dwóch kobiet. W więzieniu spędził 24 lata. W 2006 roku ponownie zbadano ślady DNA – tym razem okazało się, że Crotzer jest niewinny. Dlaczego w 1982 roku został skazany? Metody badania DNA była wtedy nieznana. Przyznano mu 1,25 mln dolarów zadośćuczynienia.

 

HANNA GALIK