Śląsk Wrocław od dziesięciu lat jest uzależniony od publicznych pieniędzy. Według szacunków miasto wydało na klub od 2009 roku ponad 70 mln złotych, wliczając w to zakup akcji, inwestycje, pożyczki oraz wsparcie poprzez miejskie spółki. Czy Śląsk wreszcie trafi w ręce prywatnego inwestora i będzie w stanie zarabiać na swoje utrzymanie?

Śląsk Wrocław pieniądze od miasta

Autor infografiki: Maciej Kisiel

Wrocławski klub jest pełen paradoksów. Choć jeszcze niedawno kibice Śląska cieszyli się z mistrzostwa, wiosną drugi rok z rzędu oglądali, jak zawodnicy rozpaczliwie bronią się przed spadkiem. Utrzymanie zapewnili sobie dopiero po meczu przedostatniej kolejki. Wybuchła radość, choć marny to powód do świętowania, skoro klub obchodzi jubileusz 70-lecia istnienia. Mimo niedawnego pasma sukcesów sportowych, klubowe finanse są w fatalnym stanie. Od mistrzostwa w 2012 roku przychody skurczyły się o niemal połowę, a przez cały 2016 rok Śląsk działał na podstawie prowizorium budżetowego.

Radnych serca biją za Śląsk, ale…

Od maja zeszłego roku miasto ma większościowy pakiet 54,46% akcji klubu. Z tego powodu magistrat poprosił radnych, aby wyrazili zgodę na ,,niezbędne” udzielanie Śląskowi regularnego wsparcia finansowego z budżetu Wrocławia. Podczas nadzwyczajnej sesji Rady Miejskiej, 30 maja, większość z nich poparła stanowisko, zgodnie z którym ,,brak wsparcia spowoduje likwidację klubu, do której Wrocław nie powinien dopuścić”. Nie wiadomo jednak, jak długo i w jakiej wysokości Śląsk będzie otrzymywał pieniądze z miejskiej kasy

Wszystko zależy od tego, czy miastu uda się znaleźć inwestora. 2 czerwca ogłosiło przetarg na sprzedaż swoich akcji wartych około 5 mln zł.

– Naszym celem jest zapewnienie stabilnego finansowania klubu. Mamy dwóch, trzech inwestorów poważnie zainteresowanych Śląskiem. Bez wsparcia miasta sprzedaż może się jednak nie powieść – mówił Maciej Bluj, wiceprezydent Wrocławia i przewodniczący rady nadzorczej klubu.

Termin składania ofert mijał 12 czerwca. Ostatecznie do przetargu stanęło czterech chętnych.  Magistrat chce rozstrzygnąć przetarg w czerwcu, aby w lipcu klub rozpoczął sezon z nowym inwestorem. Jeżeli otrzyma właściwą propozycję, zwróci się do radnych o zgodę na sprzedaż akcji i ustalenie kwoty, którą miasto dalej będzie wspierać Śląsk. Jeżeli jednak klub nie zostanie sprzedany, na pewno będzie ona kilkukrotnie wyższa.

Radni kolejny raz zostali postawieni pod ścianą i kolejny raz przegłosowali pomoc finansową dla Śląska. O terminie nadzwyczajnej sesji dowiedzieli się dzień wcześniej. Ich sytuację mogłaby podsumować wypowiedź jednego z radnych, który stwierdził, że ,,miłość do Śląska jest szczera i wielka, ale nie jest ślepa”. Prezes klubu oraz sekretarz miasta zapewniali, że od potencjalnego inwestora będą wymagać gwarancji finansowych oraz strategii rozwoju, ale przez trzygodzinne posiedzenie nie przedstawili żadnych konkretnych wniosków, wyciągniętych z kilku lat zarządzania klubem.

Samorządy a zawodowy futbol

Wrocław był jednym z pierwszych polskich miast, które zdecydowało się przejąć klub piłkarski. Kiedy w 2007 roku wykupił Śląsk z rąk prywatnych właścicieli, drużyna ze stolicy Dolnego Śląska od kilku lat tułała się po boiskach II i III ligi. Pod nowymi sterami klub szybko awansował do Ekstraklasy, spłacał długi, a miasto zaczęło za prawie miliard złotych budować Stadion Miejski na Pilczycach, arenę Euro 2012.

Teraz znów miasto szuka inwestora, a radni są proszeni o wsparcie klubu w finansowych tarapatach. W 2009 roku większość udziałów w Śląsku przejął miliarder Zygmunt Solorz-Żak. Środki na finansowanie klubu miały pochodzić z galerii handlowej, którą drugi najbogatszy Polak chciał postawić obok stadionu. Biznesmen nie otrzymał jednak kredytu na budowę i wstrzymał się z finansowaniem klubu. Wrocław musiał ratować Śląsk 12-milionową pożyczką.

Kolejna próba odciążenia miasta rozpoczęła się na początku 2014 roku. Wrocław sprzedał wówczas po 17% akcji klubu na rzecz trzech lokalnych firm: PPF Hasco-Lek S.A., Supra Inwest S.A. oraz PB Inter-System S.A., które utworzyły Wrocławskie Konsorcjum Sportowe i stały się większościowym akcjonariuszem. Od stycznia 2014 do maja 2016 roku miasto wydało na klub 25 mln zł. W tym samym czasie nieudolni właściciele przekazali z własnej kieszeni… niecałe 4 miliony. Cierpliwość władz miasta się skończyła. Magistrat zamienił część dawnej pożyczki na akcje i znów odzyskał większość w klubie. Hasco-Lek, Supra Inwest i Tekton (od maja zeszłego roku) wciąż mają po 15,18% akcji, ale trudno się łudzić, aby chciały dalej inwestować w klub.

– Te dwa przypadki pokazują, że musimy wymagać od nowego właściciela gwarancji na kilkuletni plan inwestycyjny oraz, że pieniądze publiczne są Śląskowi potrzebne – przekonywał podczas sesji prezydent Wrocławia, Rafał Dutkiewicz.

Samorządy wspierają finansowo sport na różne sposoby. Kontrowersji nie budzą dotacje na szkolenie dzieci i młodzieży czy utrzymywanie obiektów. Odpowiedź na pytanie, czy miasto powinno promować się poprzez sport i przekazywać publiczne pieniądze na pensje zawodowców, nie jest już tak jednoznaczna. Pojawiają się głosy, że magistrat ma ważniejsze zadania do realizacji, a profesjonalny klub powinien się samodzielnie finansować ze środków prywatnych. Pada także argument, że zarządzanie drużyną piłkarską jest biznesem, o którym urzędnicy mają niewielkie pojęcie.

W ostatniej dekadzie, wiele polskich klubów bez strumieni publicznych pieniędzy mogłoby nie przetrwać. Samorządy wyciągnęły pomocną dłoń po tym, jak z finansowania futbolu zaczęli się wycofywać prywatni właściciele, m.in. Korony Kielce, Lechii Gdańsk, Legii Warszawa, Pogoni Szczecin czy Polonii Warszawa. Po kilku latach większość klubów stara się jednak ograniczyć zależność od miejskich pieniędzy.

Podczas sesji Rady Miejskiej, Maciej Bluj wskazał przykłady kilku innych miast, które w 2016 roku przekazały miliony złotych na lokalne drużyny. Warto jednak zaznaczyć, że w Ekstraklasie, razem z Wrocławiem, funkcjonują tylko trzy kluby, w których gmina jest większościowym udziałowcem.

Miasto jest właścicielem Wisły Płock, ale trzeba wziąć pod uwagę, że klub dopiero wrócił do Ekstraklasy po wielu latach przerwy, w przeciwieństwie do Śląska, który występuje w niej od 2008 roku. Pod względem wysokości wsparcia z publicznych pieniędzy, z WKS-em można porównywać jedynie Piasta Gliwice, któremu miasto przekazało ponad 40 mln zł w ostatnich pięciu latach. Tam klub może jednak liczyć na kilkudziesięciu innych sponsorów, a miasto na promocję – Piast zdobył w 2016 roku wicemistrzostwo Polski.

Z miast, które nie są właścicielami piłkarskich spółek, na zawodowy futbol wydaje m.in. Szczecin, Gdańsk i Białystok. Klubom przekazują ok. 3,5–4 mln zł rocznie. Nie traktują tego jednak jako pomoc, ale płacą za promocję miasta w ramach umów sponsorskich.

Zupełnie inny jest przypadek dwóch śląskich klubów, które w 2016 roku zostały zasilone kolosalnymi kwotami, ale tylko po to, aby nie runęły w finansową przepaść. Górnik Zabrze został dokapitalizowany kwotą 32 mln zł, które miasto będzie spłacać bankowi do 2031 roku. Ruch otrzymał od władz Chorzowa 18 mln zł pożyczki, ale i tak nie uchroniło go to przed spadkiem.

Oprócz zabrzan wszystkie wymienione kluby zakończyły sezon 2016/2017 w dolnej połowie tabeli. Pokazuje to, że zarządzanie klubem piłkarskim przez miasto nie jest rozwiązaniem docelowym, i aby myśleć o trwałych finansowych fundamentach, klub powinien uniezależnić się od publicznych pieniędzy. Prywatyzacja klubu udała się w Kielcach, gdzie miasto od 2008 roku czekało na inwestora. W kwietniu 72% akcji Korony odkupił prywatny inwestor.

Na inne rozwiązanie zdecydowały się władze Krakowa, Poznania i Warszawy. Miasta zainwestowały tam w nowoczesne stadiony, aby następnie oddać zarządzanie nimi w ręce klubów. Wisła, Lech i Legia za dzierżawę obiektów płacą niewiele, za to mogą w pełni wykorzystać ich potencjał i czerpać wysokie zyski.

Zarabiać uczmy się od innych

Śląsk Wrocław pieniądze

Autor infografiki: Maciej Kisiel

W ostatnich latach, zawodnikom Śląska Wrocław tylko raz na cztery podejścia udało się znaleźć w górnej ósemce tabeli. W pozostałych przypadkach musieli myśleć o uniknięciu spadku. Dlaczego? Śląsk regularnie kończy sezon w dolnej połowie tabeli, bo takie jest jego aktualne miejsce w klasyfikacji finansowej Ekstraklasy. W 2012 roku, kiedy świętował mistrzostwo Polski, mógł się pochwalić czwartym budżetem w kraju, natomiast w 2015 roku, pod względem przychodów był dopiero na 9. miejscu.

W ostatnim sezonie na jedną kolejką przed końcem, szansę na zdobycia mistrzostwa miały aż cztery zespoły. Nie ma cienia przypadku w tym, że do ostatniej chwili o tytuł ścigały się Legia, Lech, Lechia i Jagiellonia. Warszawski klub, uczestnik Ligi Mistrzów, pod względem biznesowym zostawia daleko w tyle wszystkich konkurentów. Wrocław może i powinien porównywać się za to z drużynami z Poznania i Gdańska, które od czterech lat zawsze występują w grupie mistrzowskiej. Włodarze Śląska mogą się także uczyć od klubu z Białegostoku, który w krótkim czasie przedarł się do sportowej i finansowej czołówki.

Lech, Lechia i Jagiellonia mają stabilną pozycję finansową, ponieważ potrafią generować zrównoważone przychody z trzech podstawowych źródeł: dnia meczu, transmisji telewizyjnych oraz od sponsorów. Siłą napędową jest frekwencja na meczach. Na trybunach zasiada po kilkanaście tysięcy widzów, co jest traktowane jako norma, a nie święto. Cały tercet potrafił wykreować modę na kibicowanie, a potem utrzymać wysoką frekwencję. Mieszkańcy utożsamiają się z tymi klubami – nie dość, że osiągają dobre wyniki z klasowymi piłkarzami i reprezentantami krajów, to jeszcze dają szanse swoim wychowankom i młodzieżowcom.

Jednocześnie każdy z klubów nieco inaczej budował swoją strategię. Potęgą Lecha Poznań jest jego siła marketingowa i rzesza kibiców. Dość powiedzieć, że z samej sprzedaży klubowych pamiątek zarobił w 2015 roku 7,5 mln zł! Poznań potwierdza także przykład, ile daje polskim klubom awans do europejskich pucharów. Za jedną edycję Lech otrzymał od 19 do 23 mln zł, czyli mniej więcej tyle, ile cały roczny budżet Śląska.

Lechia Gdańsk zaryzykowała i postawiła na ofensywę transferową, która powoli się spłaca. Klub skusił wysokimi zarobkami najlepszych ligowców, reprezentantów Polski i zagranicznych graczy. W Gdańsku prym wiodą m.in. Marco i Flavio Paixao oraz Sebastian Mila, byłe gwiazdy Śląska. Za nazwiska są gotowi płacić nie tylko kibice, ale również sponsorzy, którzy w 2015 roku przelali do klubowej kasy 15 mln zł.

Jagiellonia Białystok wykorzystała efekt nowego stadionu. Jej przychody urosły od 2013 do 2015 roku ponad dwukrotnie. Dzięki dobrym wynikom, klub bez problemu znajduje chętnych na swoich zawodników i zarabia na transferach. Nie musi jednocześnie martwić się o zastępców. Jagiellonia słynie z pracy z młodzieżą i świetnie na tym wychodzi. Na bramkarzu Bartłomieju Drągowskim zarobiła ok. 13 mln zł, a 20-latek rozwija swój talent we włoskiej Fiorentinie.

Sponsorzy – krótka ławka rezerwowych

Wyczekiwany inwestor nie rozwiąże wszystkich problemów jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Od kilku lat Śląsk prowadzi politykę zaciskania pasa. Klubu nie stać na transfery gotówkowe i wysokie, długoletnie kontrakty. Przy obecnych oszczędnościach trudno jest konkurować o klasowych graczy, a z końcem czerwca wielu zawodnikom kończyły się umowy. W 2012 roku powstała Akademia Piłkarska Śląska Wrocław, ale na efekty jej pracy trzeba będzie jeszcze poczekać.

Obecnie największym problemem biznesowym klubu jest brak sponsora strategicznego. Przypomnijmy, że w latach 2011–2014 Śląsk był wspierany przez Tauron Polska Energia, który przekazywał klubowi od 2,5 do 4,5 mln zł rocznie. Mimo kolejnych propozycji, potentat nie podjął się dalszego sponsorowania drużyny.

,,Biorąc pod uwagę wielkość miasta, infrastrukturę oraz potencjał marketingowy, to sytuacja wyjątkowa na tle porównywalnych klubów Ekstraklasy” – czytamy w ostatnim raporcie Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu 2016. Autorzy raportu z Ekstraklasa S.A. i firmy EY szacują, że wpływy od sponsorów strategicznych stanowiły średnio 19% przychodów klubów Ekstraklasy.

Sen z powiek spędza także krótka lista pozostałych sponsorów. W 2015 roku klub z Ekstraklasy mógł przeciętnie liczyć na wpływy z tego źródła w wysokości 9,5 mln zł. Śląsk z tytułu reklam i sponsoringu otrzymał… 1,7 mln zł i był pod tym względem najgorszym klubem w Ekstraklasie. Obecnie na liście sponsorów są jedynie STS, Tyskie i Powerade.

Odczarować pusty stadion

Śląsk Wrocław pieniądze

Autor infografiki: Maciej Kisiel

Drugim największym wyzwaniem stojącym przed Śląskiem jest czerpanie dochodów z dnia meczu. Rozczarowanie słabymi wynikami drużyny spowodowało, że w sezonach 2015/2016 i 2016/2017 średnia liczba widzów spadła poniżej 10 tys. osób, a właśnie frekwencja jest warunkiem udziału klubu we wpływach z dnia meczowego. Na większości spotkań największy obiekt w Ekstraklasie świeci pustkami, co jest marnym argumentem w negocjacjach z potencjalnymi reklamodawcami.

Na meczach niewiele zarabia również Stadion Wrocław, miejska spółka, która zarządza obiektem. Mimo że w 2016 roku zanotowała rekordowe zyski z organizacji imprez oraz wynajmu biur, ze względu na spadek przychodów z organizacji dnia meczowego po raz kolejny zakończyła rok ze stratą. W efekcie magistrat nadal musi dokładać pieniądze do tej spółki – w maju przekazał jej 12,3 mln zł na obsługę zobowiązań.

Istotą działalności profesjonalnego klubu jest przyciąganie jak najszerszej widowni na trybuny i przed telewizory. Kluczem jest więc praca nad frekwencją i wizerunkiem drużyny. Śląsk musi od podstaw zbudować politykę marketingową, za którą odpowiada obecnie jedna osoba. Jeżeli się uda, pojawią się kibice i sponsorzy, a klub nie będzie zdany wyłącznie na pieniądze inwestorów i kolejne milionowe dotacje od miasta.