Jest absolwentem trzech uczelni. Wykładowca – doktor na wrocławskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Odtwórca roli Ursusa w filmie „Quo vadis”. Nie bał się pracować z niedostosowanymi społecznie, a teraz wspólnie z żoną Agnieszką Rauk-Kubacką prowadzi Akademię Sportu i Rekreacji A&R Professional. Z trzykrotnym mistrzem świata w judo Rafałem Kubackim rozmawia Paweł Pluta.

2001 Plan filmu ” Quo Vadis ” w rezyserii Jerzego Kawalerowicza N/z Rafal Kubacki i Magdalena Mielcarz
Fot. Piotr Bujnowicz/FabrykaObrazu/FOTONOVA

To prawda, że o mały włos Rafał Kubacki zostałby pływakiem?
Trenowałem pływanie siedem lat od klasy pierwszej szkoły podstawowej, a nawet przez moment byłem w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Krakowie. Niestety, tam się okazało, że jestem jednak za ciężki, no i tak trafiłem do sekcji judo we wrocławskiej Gwardii, pod opiekę trenera Jana Hurkota. A wszystko to za namową nieżyjącego już kolegi Roberta Komisarka. W pływaniu zdobyłem wiele medali na mistrzostwach młodzików i juniorów. Specjalizowałem się w tzw. sprintach: 50 m i 100 m stylem dowolnym oraz 50 m i 100 m stylem motylkowym. Do dzisiaj mam duży sentyment do pływania. Uważam, że jest ono bardzo korzystne na każdym etapie życia. Na przykład moje córki rozpoczynały przygodę na basenie już w wieku trzech miesięcy.

W 1986 roku został Pan pierwszym w historii polskiego judo mistrzem świata juniorów, a do tego dołożył trzy tytuły mistrza Europy w tej kategorii wiekowej (1985-87). Jako 22-latek został Pan mistrzem Europy i brązowym medalistą mistrzostw świata seniorów. Ile pracy musiał włożyć młody człowiek, aby osiągnąć takie sukcesy?
Uważam, że na sukces w judo, ale i w całym sporcie, mają wpływ trzy rzeczy: motywacja, praca i szczęście, czyli w skrócie MPS. Jeżeli trener i zawodnik rozumieją MPS, to są w stanie pokonać każdą przeszkodę i osiągnąć założony cel. Na spotkaniach z młodzieżą powtarzam takie zdanie: każdy młody człowiek może być, kim zechce. Ono jest kluczem do zrozumienia MPS. I jeszcze jedno: sportowcem jest się przez całą dobę i już myjąc rano zęby, myślę, w jaki sposób wygrać walkę. Niektórzy po treningu ściągają judogę, biorą prysznic i zostawiają myślenie na sali judo – to duży błąd na drodze do osiągnięcia wymarzonego celu. Sportowcem się jest, a nie bywa.

Na igrzyskach olimpijskich z tego MPS zabrakło Panu… szczęścia?
Nawiązując do tego, co powiedziałem wcześniej, zgadzam się z panem: zabrakło tego S. W 1988 roku nie poleciałem do Seulu, choć wygrywałem rywalizację w swojej kategorii ze starszym o siedem lat Andrzejem Basikiem. Co więcej, dowiedziałem się o tym… słuchając radia w taksówce. Cztery lata później w Barcelonie byłem najbliżej medalu po dwóch wygranych: przegrałem z czterokrotnym mistrzem świata Japończykiem Naoyą Ogawą decyzją sędziów 1:2, choć równie dobrze mogli ogłosić moją wygraną. Rok 1996, Atlanta – przegrana w repasażach z Kubańczykiem. W swoim ostatnim starcie olimpijskim, podczas igrzysk w Sydney, już w pierwszej walce przegrałem niesłusznie karą shido z ważącym ponad 200 kg Walentinem Rusłakowem. Ukrainiec był pasywny, stale upadał na brzuch, a jednak to on awansował dalej.

Za to rok po igrzyskach świetnie walczył Pan podczas mistrzostw świata, przywożąc dwa złote medale: w 1993 i 1997 roku…
Już po zakończeniu kariery sportowej próbowałem dociec, dlaczego nie wiodło mi się na igrzyskach w Barcelonie czy Atlancie, a w kolejnych sezonach stawałem na najwyższym stopniu podium mistrzostw świata, odpowiednio w kanadyjskim Hamilton oraz w Paryżu. Dostrzegłem pewną prawidłowość, o czym pan stwierdził w pytaniu. Otóż po porażce potrafiłem wstać z kolan i odnieść sukces. Uważam się jednak za sportowca spełnionego, a brak w mojej kolekcji medalu olimpijskiego nie jest w stanie tego zmienić.

Najdłuższą walkę stoczył Pan ponoć z… bykiem, na planie najdroższego polskiego filmu, z budżetem 18 mln dolarów – „Quo vadis”. A położył go Pan na ziemi, wykorzystując zasadę judo…
Cała akcja trwała 38 minut, ale było sporo przygotowań. Najpierw trenowałem na ranczu Jacka Kadłubowskiego, który tego byka znalazł. Następnie walczyliśmy już na stadionie Warszawianki, na którym wybudowano dekoracje cyrku Nerona. Aby jednak chwycić za rogi i położyć ważącego blisko 1,5 tony byka, trzeba go było czymś nafaszerować. Weterynarz nie chciał mu podawać środka usypiającego, bo zaraz by usnął. Ostatecznie zdecydował, że przed walką poda mu tzw. głupiego jasia. Zaaplikował wyliczoną dawkę i za trzy minuty pozwolił zaczynać walkę. Wziąłem go za rogi, ale byk nie chciał ustąpić i przepychał się w najlepsze. Weterynarz podał więc kolejną porcję, a on tylko lekko się zachwiał. Trzecia dawka mogła zakończyć się śmiercią zwierzęcia. Na szczęście na piasku zrobił się dołek i w pewnym momencie byk się potknął. Wówczas właśnie wykorzystałem zasadę judo „ustąp, aby zwyciężyć” – skręciłem mu głowę, popchnąłem i położyłem go na arenie.

Warto było wcielić się w rolę Ursusa?
Ocenę filmu pozostawiam widzom. Sam przeżyłem wspaniałą przygodę na planie filmowym i bardzo się cieszę, że dane mi było zagrać w takiej produkcji pod wodzą wybitnego reżysera, jakim bez wątpienia był Jerzy Kawalerowicz, u boku wybitnych aktorów (m.in. Franciszek Pieczka, Jerzy Trela, Bogusław Linda, Paweł Deląg – przyp. red.).

W dodatku Ursus to znacząca postać w powieści.
Na casting do filmu zaprosił mnie sam Jerzy Kawalerowicz, a gdy odpowiedziałem, że raczej nie dam rady, bo mam przygotowania do igrzysk w Sydney, to ten zawołał swojego asystenta i powiedział mu, że ten musi… zmienić termin igrzysk. Zdecydowałem się zagrać i dziś decyzji bym nie zmienił, choć gdy inni trenowali trzy razy dziennie, by przygotować się do igrzysk, to ja od godziny 9 do 16 byłem na planie filmowym, a między 18 a 20 trenowałem. A jeśli myślał pan o aspekcie finansowym, to z honorarium za każdy dzień spędzony na planie filmowym byłem zadowolony, choć tak naprawdę całej kwoty do dziś nie otrzymałem, bo miałem źle spisaną umowę.

Jest Pan absolwentem trzech wrocławskich uczelni: Akademii Wychowania Fizycznego, Uniwersytetu Wrocławskiego i Akademii Ekonomicznej. Jak wykorzystuje Pan zdobytą wiedzę?
Wiedza, którą zdobyłem i ciągle zdobywam, bardzo ułatwia mi poruszanie się w naszej rzeczywistości. Pracuję na wrocławskiej AWF, na Wydziale Nauk o Sporcie. Posiadam tytuł doktora nauk o kulturze fizycznej (praca pt.: „Sprawność fizyczna i umysłowa a agresywność dziewcząt z ośrodków wychowawczych we Wrocławiu” – przyp. red.). Dodatkowo zajmuję się profilaktyką uzależnień oraz prowadzę zajęcia przeciwdziałania agresji i przemocy, zachowań agresywnych. Sport i zdobyte doświadczenie nauczyły mnie dużej pokory.

Pracował Pan także w więzieniu?
Kiedyś zdecydowałem się odbyć wiele spotkań w więzieniach, propagując ideę fair play. Podobnie bowiem jak profesor Jedlewski uważam, że przez sport można uzyskać bardzo pożądane zmiany w postawach skazanych. Taka forma resocjalizacji jest dla nas ratunkiem w wychowaniu nieletnich. A fenomenalny trener boksu, Feliks „Papa” Stamm, potrafił znaleźć utalentowanych zawodników nawet w zakładach karnych.

Obecnie, wraz małżonką, prowadzi Pan w rodzinnym Wrocławiu A&R Professional. Czym zajmuje się Wasza akademia?
Szkoła prowadzi zajęcia sportowo-rekreacyjne z akrobatyki sportowej i judo z wykorzystaniem wysokiej jakości sprzętu treningowego. Nasze zajęcia skierowane są do szerokiej grupy ludzi – zarówno dla dzieci, jak i dla seniorów. W ofercie znajdują się zajęcia dla osób chcących profesjonalnie uprawiać sport, jak i dla amatorów, którzy chcą poprawić ogólny stan zdrowia i samopoczucie. Przychodzą do nas przedstawiciele różnych zawodów, w przedziale wiekowym 35-59 lat.

A jak wygląda życie prywatne Rafała Kubackiego?
Jestem spełniony. Mam u boku trzy wspaniałe kobiety: żonę Agnieszkę (byłą mistrzynię Polski w akrobatyce sportowej – przyp. red.) i dwie córki: 12-letnią Jowitę oraz 10-letnią Kaję. Obie poszły w ślady mamy i trenują akrobatykę sportową, a Jowita dodatkowo judo. Wolny czas, którego mam naprawdę niewiele, spędzam z rodziną.

RAFAŁ KUBACKI
Urodzony: 23 marca 1967 roku we Wrocławiu

wzrost:202 cm

waga: 137kg

kluby: Gwardia Wrocław, Śląsk Wrocław, AZS AWF Wrocław

największe sukcesy: mistrz świata (1986, 1993, 1997), mistrz Europy (1985, 1986, 1987, 1989), brązowy medalista mistrzostw świata (1989), dwukrotny srebrny medalista mistrzostw Europy (1994, 1998), pięciokrotny brązowy medalista mistrzostw Europy (1991, 1993, 1995, 1996 i 1997), siedemnastokrotny mistrz Polski (1985-1999). Trzykrotny olimpijczyk (1992, 1996, 2000). Zwycięzca plebiscytu „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca Polski w 1993 roku. Ambasador Nagrody Fair Play PKOl.