Statystyki nie kłamią – kontrolerzy coraz rzadziej wlepiają mandaty osobom, podróżującym wrocławskimi tramwajami i autobusami bez ważnego biletu. Wciąż jednak zdarzają się recydywiści, którzy mają na koncie kilkadziesiąt niezapłaconych kar.

W 2017 roku kontrolerzy wystawili niespełna 32 tys. wezwań do zapłaty. To o około 4 tysiące mniej niż w 2016 roku. Diametralny spadek liczby gapowiczów widać jednak wyraźniej, gdy sięgnie się po dane sprzed kilku lat. W porównaniu z 2011 rokiem, osób jeżdżących bez biletu było o ponad 50% mniej.

Przedstawiciele wrocławskiego MPK podkreślają, że od lat obserwujemy bardzo pozytywną tendencję, jeśli chodzi o liczbę wlepianych mandatów.

– Pasażerowie coraz bardziej mają świadomość, że za komunikację miejską trzeba płacić tak, jak za rachunki czy zakupy w sklepie. Na utrzymanie pozytywnego trendu składają się trzy kwestie. Po pierwsze – dostępność do zakupu biletu np. automat biletowy w każdym pojeździe MPK czy system Urbancard. Po drugie – kontrola biletów, która niesie świadomość nieuchronności kary za jazdę na gapę i w końcu – skuteczna windykacja kar – mówi Agnieszka Korzeniowska, rzecznik prasowy MPK.

Informacja i windykacja

Przewoźnik przypomina, że od 2009 roku w każdym wrocławskim pojeździe komunikacji miejskiej można kupić bilet. A od 4 lat MPK systematycznie – za pośrednictwem mediów – informuje też pasażerów o kontroli biletowej.

– Robimy to jako jedyni w Polsce. Odważyliśmy się na ten krok, bo chcieliśmy, aby kontrola biletowa wpisała się w świadomość pasażerów na stałe i była jej nieodłącznym elementem. Statystki pokazują, że było warto. Wiedza, że codziennie gdzieś kontrolerzy pracują działa prewencyjnie i edukacyjnie – dodaje Korzeniowska.

Jak podkreśla rzecznik MPK, ważna jest też skuteczna windykacja.

– My nie odpuszczamy, bo pieniądze z biletów i wezwań za jazdę bez biletu to wpływy do budżetu miasta, z którego finansowana jest komunikacja miejska – zaznacza Agnieszka Korzeniowska.

Jeśli dostaniemy mandat, mamy siedem dni na jego uregulowanie, aby ponieść najmniejszy jego możliwy koszt, czyli 120 złotych. Jeśli uregulujemy należność po upływie tygodnia, zapłacimy już 150 złotych. Jeśli jednak wrzucimy wezwanie do zapłaty do szuflady, licząc na zapomnienie, MPK po 3 miejscach skieruje sprawę do sądu. Ten w ciągu 24 godzin wyda nakaz zapłaty.

– Mając taki wyrok, będziemy dochodzić należności przez 10 lat. Nasi dłużnicy muszą też liczyć się z możliwością trafienia na czarną listę np. Krajowego Rejestru Długów – aktualnie mamy około 8 tys. osób wpisanych do KRD – podkreśla przewoźnik.

Ile długów mają wrocławscy gapowicze?

Obecne zadłużenie gapowiczów w stosunku do budżetu miasta wynosi 11,5 mln zł i spada. W zadłużeniu tym ujęte są zobowiązania z wystawionych wezwań od 2009 roku. Czyli od czasu, gdy MPK w imieniu gminy Wrocław prowadzi kontrole biletów i windykację.

Jak tłumaczą przedstawiciele spółki, najczęściej jednak jest tak, że osoby, którym zdarzyła się jazda na gapę, płacą karę od razu. Tak zwani dłużnicy to raczej recydywiści – osoby, które mają na koncie więcej, niż jedno wezwanie do zapłaty. W gronie tym są rekordziści.

– W rejestrze dłużników mamy panią, która ma na koncie 65 wezwań za jazdę bez biletu. Aktualna łączna kwota jej zadłużenia to ponad 18 tysięcy (w MPK), łącznie z kosztami egzekucji zadłużenie przekracza 35 tysięcy złotych – zaznacza Agnieszka Korzeniowska.

Dodaje, że pod koniec ubiegłego roku pojawił się w MPK inny rekordzista, który miał 50 wezwań do zapłaty.

– Ku naszemu zaskoczeniu, jednorazowo zapłacił w kasie MPK ponad 14 tysięcy zł. Do uregulowania pozostają mu jeszcze koszty egzekucyjne, ale z listy dłużników MPK zniknął – opowiada Korzeniowska.

W ubiegłym roku MPK wyegzekwowało od dłużników kwotę prawie 6 mln złotych. Za takie pieniądze, jak wylicza przewoźnik, można kupić np. 4 nowe autobusy typu solo.

Kim jest statystyczny gapowicz?

Tymczasem, jak wynika z danych Krajowego Rejestru Długów, gapowicze w Polsce mają łącznie 354,5 mln zł długów za niezapłacone mandaty. Wbrew obiegowej opinii, statystyczny gapowicz to nie uczeń lub student, który nie kasuje biletu, żeby zaoszczędzić na kieszonkowym. Osoby do 25 roku życia to bowiem zaledwie 16% wszystkich dłużników zgłaszanych przez przewoźników.

Ponad połowa z tych, którzy są notowani w KRD, ma między 26 a 45 lat. Na grupę wiekową od 26 do 35 lat przypada ponad 34% osób jeżdżących bez biletu, a ci między 36 a 45 rokiem życia to ponad 22% gapowiczów.

– Obie te grupy to prawie 161 tysięcy osób, które są winne przewoźnikom ponad 201 mln zł. Długi 55 tysięcy osób w wieku szkolnym czy studenckim, to zaledwie jedna czwarta tej kwoty. Ale nie to jest najbardziej niepokojące w danych, które przeanalizowaliśmy. Okazuje się, że jazda bez biletu, to nie tylko specyficzne hobby, które ma dostarczyć adrenaliny. To objaw albo poważnych kłopotów finansowych, albo wyjątkowej nieuczciwości. 64% gapowiczów ma jeszcze długi u wierzycieli z innych branż i to na dziesięciokrotnie większą kwotę, bo aż 3,4 mld złotych – komentuje Adam Łącki, prezes zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

W którym województwie najczęściej jeżdżą na gapę?

Jak podaje KRD, ponad 70% gapowiczów, którzy nie zapłacili za przejazd komunikacją miejską lub pociągiem, mieszka w czterech województwach: śląskim (20,53%), łódzkim (17,95%), wielkopolskim (17,16%) i mazowieckim (15,81%). Są winni przewoźnikom prawie 292 mln zł, czyli ponad 84% łącznego zadłużenia wszystkich gapowiczów.

Najrzadziej z kolei nie płacą mandatów mieszkańcy województw: podlaskiego (0,44%), opolskiego (0,63%), podkarpackiego (0,78%) i lubuskiego (0,90%). Dolny Śląsk z prawie 9,2 tys. gapowiczów zadłużonych na łączną kwotę 6,9 mln złotych, plasuje się w środku stawki.

Średni dług za jazdę bez biletu to 412 złotych, ale w województwie śląskim sięga on aż 1607 zł. Dla porównania – w województwie pomorskim jest to zaledwie 181 zł. Wśród gapowiczów zdecydowanie dominują mężczyźni – stanowią 65,7% dłużników.

fot. KRD