„Dwa teatry” Jerzy Szaniawski napisał zaraz po wojnie (w 1945 roku) i ścierały się tam dwie postawy wobec sztuki. We Wrocławiu w trakcie wojny polsko-polskiej (2016 r.) ludzki dramat wykreował wicemarszałek Tadeusz Samborski i powstały dwa teatry: Teatr Polski przy Zapolskiej i Teatr Polski w podziemiu.

Ubiegłorocznej premierze Teatru Polskiego w podziemiu towarzyszyły okrzyki publiczności pod adresem tego pierwszego: „Teatr Polski – tak, Teatr Morawski – nie!”. Dyrektorem wyłonionym w konkursie tego pierwszego jest właśnie Cezary Morawski, którego nie akceptują aktorzy tego drugiego i większość środowiska teatralnego. Drugi nie ma ani własnej siedziby, ani dyrektora: co dalej robić, decyduje wspólnie, ale powoli się wykrusza.

Dwa związki, dwa zespoły

Część aktorów tego w podziemiu pisała petycje, wspierana przez środowisko, tłumacząc urzędnikom, dlaczego nominacja kontrowersyjnego zwycięzcy konkursu na dyrektora może mieć katastrofalne skutki dla zjawiska artystycznego, jakim był wiele lat Teatr Polski. Tę grupę wspierał działający przy ul. Zapolskiej związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza. Na te protesty druga i liczniejsza w teatrze organizacja związkowa Solidarność odpowiedziała sondą obejmującą wszystkie zatrudnione osoby i wtedy okazało się, że zdecydowana większość (ponad sto osób) akceptuje kandydata na nowego dyrektora. Nie doszło do głosowania, bo nie chcieli tego wszyscy zbuntowani aktorzy (ponad sześćdziesiąt osób).

Tak jest od prehistorii na świecie i w Polsce, że o obsadzie dyrektorów teatrów decydują ci, którzy łożą pieniądze na koszty utrzymania budynków, remonty, całe wyposażenie oraz pensje pracowników. W naszym kraju zdecydowaną większość stanowią teatry państwowe i samorządowe utrzymywane z pieniędzy podatników, czyli z portfeli nas wszystkich. Decyzje związane z działalnością scen podejmują nasi reprezentanci, to znaczy urzędnicy różnych szczebli. Ze względu na ograniczone kompetencje większości tych decydentów często rodzą się błędy. Tyle oczywistości.

Trudno jest jednym zdaniem odpowiedzieć na pytanie: co spowodowało tak dramatyczny podział w zespole teatru? W ponad 70-letniej historii największej wrocławskiej sceny tak ostrego konfliktu jeszcze nie było.
– To nie jest prawda, że podział w Teatrze Polskim nastąpił teraz i sprowokowała go tylko dyrekcja pana Morawskiego. Ten podział trwa od wielu lat. Może dla kogoś, kto tylko ogląda przedstawienia, nie był tak widoczny i nigdy też nie był nagłośniany na taką skalę – przekonuje Monika Bolly, aktorka od września 1993 roku należąca do zespołu Teatru. Obecny szef jest jej piątym dyrektorem tej sceny.

– We wrześniu 2016 roku postanowiłam, że powiem wszystko, co tłumiłam w sobie przez 10 lat poprzedniej dyrekcji. Nie ze strachu, ale zgodnie z zasadami, które moim zdaniem obowiązują w tym środowisku. W teatrze zawsze był dyrektor, który był moim zwierzchnikiem. I dlatego uważałam, że nie mam prawa biegać po redakcjach i ogłaszać listów otwartych, bo jeśli mi się ktoś nie podoba i nie akceptuję jego sposobu patrzenia na teatr, to zawsze mogę odejść. Za czasów dyrekcji pana Mieszkowskiego byłam wiceprzewodniczącą Solidarności i wielokrotnie rozmawialiśmy wtedy o ważnych czy wręcz kluczowych sprawach dla tego teatru. Takie spotkania kończyły się jego długim monologiem i wszystko zostawało jak było. Próby interwencji w wyższej instancji, czyli urzędzie marszałkowskim, też nie dawały żadnego rezultatu – mówi Monika Bolly.

Racje i fakty

Trudno Monice Bolly nie przyznać racji, bo też nigdy żaden teatr nie miał struktury demokratycznej, a pozorami jej zachowania były takie gremia, jak rady artystyczne. Gdy dyrektor był wybitną indywidualnością i takimż artystą, w jakimś sensie było to zrozumiałe i oczywiste. Dyrektorzy mniej utalentowani skwapliwie korzystali i nadal korzystają z tej środowiskowej tolerancji.
Języczkiem u wagi jest tu indywidualna świadomość, że dyrektor nie dba o cały zespół w jednakowy sposób, by każdy z teatralnego kolektywu był zadowolony ze swojej pracy, a tak było przez dekadę za dyrektora Krzysztofa Mieszkowskiego. Wówczas zespół zaczyna się dzielić i do tej sytuacji odwołuje się aktorka, która m.in. zagrała we wszystkich częściach „Dziadów” Mickiewicza w reżyserii Michała Zadary – za dyrekcji Mieszkowskiego. Teraz gra w „Kordianie” Adama Sroki, „Chorym z urojenia” Janusza Wiśniewskiego oraz monodramie „10 przykazań dla Kaliny” w reż. Stanisława Melskiego.

– To jest trochę przerażające, że żyjemy w czasach i w społeczeństwie, w którym zanikają wszelkie hierarchie. Ten podział mocno się uzewnętrzniał, gdy spór był coraz gorętszy, a moi zbuntowani koledzy, chcąc wywrzeć większy nacisk na władzę i łamiąc prawo, odwoływali spektakle nie tylko dzień wcześniej, ale też w dniu, w którym mieli wyjść na scenę. Nie pamiętam takich sytuacji, odkąd związałam się z tym teatrem. Ale nikt też nie chciał o tym i innych różnicach zdań rozmawiać, kończyło się na jakichś pozorach i deklaracjach – dodaje Monika Bolly.

– Protest części zespołu aktorskiego zaczął się, gdy dotarła do wszystkich nieoficjalną drogą informacja, że raczej na pewno dyrektorem teatru będzie Cezary Morawski – mówi Tomasz Lulek, aktor Teatru Polskiego od 1985 roku.. Grał on m.in. w „Sprawie Dantona” w reżyserii Jana Klaty i „Dziadach – część III” w reż. Zadary, za dyrekcji Mieszkowskiego. Teraz pod wodzą nowego dyrektora dalej występuje w nieśmiertelnych farsach „Mayday” (premiera w 1992 r.) i „Okno na parlament” (1994 r.), w których był asystentem reżysera Wojciecha Pokory.
– Uważaliśmy, że dorobek wówczas jeszcze kandydata na dyrektora jest za skromny, by mieć choć cień nadziei, żeby już jako dyrektor mógł kontynuować artystyczny rozwój zespołu aktorskiego i utrzymać rangę samego teatru wynikającą z jego historii. Chcieliśmy nasze argumenty przedstawić w urzędzie marszałkowskim, ale wtedy nikt nie chciał z nami rozmawiać – dodaje Tomasz Lulek.

Czy na pewno tak?

– Moim zdaniem, by dotknąć początku sporu, musimy wrócić do przebiegu konkursu, do którego zgłosiło się początkowo czterech kandydatów – opowiada Remigiusz Lenczyk, były wicedyrektor Teatru Polskiego (2008-2013) za kadencji Krzysztofa Mieszkowskiego, a w kwietniu ubiegłego roku nominowany na p.o. dyrektor teatru, po odwołaniu przez marszałka Cezarego Przybylskiego dyrektora Morawskiego.

– W kuluarowych spekulacjach w tej decydującej rozgrywce liczyły się dwie kandydatury: Igora Wójcika (obecny dyrektor Ośrodka Kultury i Sztuki – przyp. KK), wspieranego przeze mnie, oraz Cezarego Morawskiego. Nigdy nie kryłem, że zleciłem ekspertyzę prawną, z której wynikało, że drugi kandydat, pan Morawski, wysuwany przez urząd marszałkowski z rekomendacji Tadeusza Samborskiego, nie spełnia warunków formalnych, gdyż nie miał doświadczenia w pracy na stanowiskach kierowniczych w instytucjach artystycznych. Teoretycznie na placu boju pozostał Wójcik, ale przed decydującą rozgrywką wycofał się – mówi Remigiusz Lenczyk.

– W trakcie tego zamieszania zaproponowałem rozmowę panu Morawskiego i spotkaliśmy się w kawiarni Hotelu Europejskiego. Spytałem, czy może do nas dołączyć jego były kontrkandydat – Igor Wójcik. Tak się stało i zaoferowaliśmy mu naszą konkursową aplikację, proponując rozważenie takiej możliwości, by on objął funkcję dyrektora artystycznego, a Wójcik został dyrektorem naczelnym. Tego samego dnia późnym wieczorem pan Morawski wysłał mi SMS-a, że ta propozycja go nie interesuje – kontynuuje Remigiusz Lenczyk. – Kiedy Cezary Morawski przedstawiał swoją aplikację komisji artystycznej, znalazły się w niej najistotniejsze elementy naszej aplikacji, którą przygotowaliśmy wspólnie Igorem Wójcikiem, to znaczy nazwiska reżyserów, z którymi chciałby współpracować jako dyrektor. To były osoby wymienione w naszej aplikacji i u wszystkich uzyskaliśmy potwierdzenie chęci współpracy. Jednym z członków owej konkursowej komisji był ówczesny kierownik literacki Teatru Polskiego Piotr Rudzki. Oczywiście znał doskonale tych przyszłych realizatorów przedstawień – po prostu zadzwonił do nich i spytał, czy deklarują współpracę z przyszłym dyrektorem. Byli to artyści w większości związani wcześniej z wrocławską sceną. Zgodnie oświadczyli, że nie znają pana Morawskiego i nigdy z nim na temat współpracy nie rozmawiali. Jednym z filarów tego artystycznego programu pod wodzą nowego dyrektora miała być nadzieja na „Proces” Kafki, w reżyserii Krystiana Lupy*), ale ten natychmiast to zdementował i odmówił współpracy, choć miał podpisaną umowę z teatrem – mówi Remigiusz Lenczyk.

Zmiana frontu

– Aktorzy, którzy w większości współpracowali z reżyserami wymienionymi przez pana Morawskiego, poczuli się oszukani i nie chcieli pracować z oszustem. Natychmiast próbowali bezskutecznie protestować przeciwko perspektywie takiej dyrekcji. Poparło ich prawie całe środowisko, wytaczano najróżniejsze dodatkowe argumenty, ale władza się upierała – ciągnie swoją opowieść Remigiusz Lenczyk. – Należy przypomnieć, że ani Krystian Lupa, ani Piotr Rudzki nie podpisali się pod decyzją komisji wybierającej dyrektora. Poza tym duetem resztę stanowili urzędnicy różnych szczebli, co jest paranoją systemu konkursów. Aktorzy na znak protestu, że nikt nie chce z nimi rozmawiać, zalepiali sobie usta – kontynuuje Remigiusz Lenczyk.
– Zdjęcia z aktorami z zalepionymi ustami pojawiły się prawie we wszystkich mediach. Tę demonstrację, przeciwstawienie się decyzji władzy popierało wiele zespołów teatralnych, nie tylko w Polsce – podkreśla Tomasz Lulek.

– Po pół roku marszałek Cezary Przybylski zorientował się, że teatr artystycznie spadł parę pięter niżej, narobił nowych długów oraz stracił swoją twarz… po czym przestał słuchać doradcy – wraca do faktów Remigiusz Lenczyk. – Ale decyzję o odwołaniu pana Morawskiego oprotestował wojewoda Paweł Hreniak i jako rodowity wrocławianin, tu wykształcony, postąpił haniebnie przeciwko teatromanom. Teatru nie buduje się w pięć minut, co inteligentny człowiek, nawet teatralny abnegat, powinien wiedzieć, jeśli partia nie zasłania mu oczu. To brzmi jak zdanie z lat pięćdziesiątych w PRL-u, ale taką mamy właśnie rzeczywistość – kończy Remigiusz Lenczyk.
– Poza niefortunnym i chwiejnym zachowaniem przedstawicieli władzy, za to pęknięcie w zespole w dużym stopniu odpowiedzialność ponosi poprzedni dyrektor Krzysztof Mieszkowski, bo wmawiał przyszłym buntownikom, że są najwspanialszym zespołem teatralnym w Polsce – uważa Monika Bolly. – Po drugiej stronie tych „najwspanialszych” była reszta zespołu aktorskiego oraz pozostali pracownicy teatru, których nie szanował. Trudno się dziwić, że chcieliśmy zmiany, kiedy jeszcze nie było za późno, ale nikt nas nie słuchał. Nowa dyrekcja dawała nadzieję na powrót do normalności – dodaje Monika Bolly.

Pointa smutnej relacji o historii jednego podzielonego na dwie części zespołu teatralnego należy do Tomasza Lulka. – Ten protest i spór zaczął się na poziomie artystycznym, bo konfliktem była wizja teatru u różnych podmiotów tej tragedii, ale niespodziewanie przeniosła się na poziom polityki i to oni, politycy, będą decydować o dalszych losach tej największej dolnośląskiej sceny. Podzielony zespół nie będzie miał już na to żadnego wpływu – kończy ze smutkiem Tomasz Lulek.

 

Krzysztof Kucharski