Jako dziecko zimą wstawał nad ranem, by dojechać rowerem na godzinę 6 na trening w hali. Wojciech Fibak ocenia, że jest tytanem pracy. – Nie jestem łatwą osobowością – mówi o sobie deblowy mistrz Wimbledonu Łukasz Kubot, który 8 stycznia został tenisistą numerem 1. na świecie w grze podwójnej.

Wrocław to ważny punkt na tenisowej mapie kariery Łukasza Kubota. Ale po kolei… Urodził się 16 maja 1982 roku w Bolesławcu, lecz wychował się w Lubinie. Syn piłkarza (ojciec Janusz grał w Zagłębiu Lubin) i koszykarki (mama Dorota) był bardzo energicznym dzieckiem.
– Moja przygoda z tenisem zaczęła się, gdy mój sąsiad zaprowadził mnie na korty w wieku 7 lat. Nabór do szkółki piłkarskiej odbywał się w Lubinie od 10. roku życia, a ja wcześniej chciałem kopać futbolówkę – wspomina Łukasz Kubot.

Tam, pod okiem Ryszarda Korzeniowskiego, zaczął swoją tytaniczną pracę. Nawet zimą wstawał nad ranem, by w jedynej wówczas hali w Lubinie zaczynać treningi o godzinie 6. Dojeżdżał na rowerze, a o 8 musiał być w szkole. – Te wstawanie wcześnie rano na treningi bardzo pomogło mi we wpojeniu dyscypliny – dodaje Łukasz.
Jego ojciec wspomina, że młody Łukasz swoim zapałem i energią zwrócił uwagę, pracujących wówczas w Lubinie, Andrzeja Szarmacha (medalista MŚ w piłce nożnej w 1974 i 1982 roku) oraz trenera Andrzeja Strejlaua.
Nie miał nacisku ze strony ojca, by zostać – jak on – piłkarzem. – Do 14-15. roku życia łączyłem dwie dyscypliny. Nie myślałem nigdy, że mógłbym zostać profesjonalnym sportowcem. Dopiero w wieku 16 lat postanowiłem zrobić wszystko, aby postawić na tenis – mówi Łukasz Kubot.

Andrzej Szarmach pożyczył pieniądze
Robert Piotr Radwański – tata naszej najlepszej polskiej tenisistki – musiał sprzedawać obrazy ze zbiorów swojego ojca, by zainwestować w karierę swoich córek, Agnieszki i Urszuli. Kto wie, jak potoczyłyby się losy Łukasza Kubota, gdyby nie pomoc wspominanego Andrzeja Szarmacha.
Gdy jako 16-latek lubinianin wygrał mistrzostwo Polski, otrzymał propozycję stypendium w Akademii Tenisowej Johna Newcombe’a w Teksasie. – Powiedziałem o tym Szarmachowi i dodałem, że raczej nie będzie nas stać na wysłanie syna do USA. Andrzej pożyczył mi wtedy pieniądze – wspomina Janusz Kubot.

– W Stanach nauczyłem się m.in. dyscypliny i języka – mówi były tenisista Krzyckiego Klubu Tenisowego we Wrocławiu. Gdy reprezentował ten klub, organizatorzy challengera ATP KGHM Polish Indoors, rozgrywanego we wrocławskiej Hali Ludowej, przyznali mu tzw. dziką kartę, dzięki której po raz pierwszy w życiu mógł wystąpić w turnieju tej rangi.

20-letni Łukasz osiągnął wówczas 2. rundę w singlu i odpadł w 1. rundzie debla (w parze z Michałem Gawłowskim). We Wrocławiu zarobił wówczas łącznie 2600 dolarów. To był dla niego duży zastrzyk gotówki. Od tego czasu minęło 17 lat, a lubinianin przez ten czas ugrał na światowych kortach blisko 6,5 miliona dolarów.

Z Fibakiem w Hali Ludowej i na Wimbledonie
We wrocławskim challengerze, rozgrywanym w latach 2000-2009 i 2015-2017 w Hali Ludowej i w hali Orbita, Łukasz wystąpił łącznie 11 razy. Najlepsze wyniki odniósł w roku 2006 pod wodzą… Wojtka Fibaka, który tak to wspomina:

– Pamiętam, jak udałem się z nim do Wrocławia jako taki prawdziwy coach, na cały tydzień turnieju. Wtedy osiągnął półfinał singla oraz debla. To był okres, kiedy nasza współpraca była bardzo intensywna. Trwa to już od 15 lat. Kontaktujemy się, spotykamy, piszemy do siebie. Łukasz mówi o mnie bezosobowo, guru – opowiada Wojciech Fibak, którego Łukasz przeskoczył już pod względem deblowych osiągnięć na korcie. Jednak jego wrodzona skromność rzadko pozwala mu powiedzieć do Fibaka „Wojtek”.

– Guru odgrywa niesamowitą rolę w mojej karierze. Jestem mu wdzięczny za wszystkie rady, które procentują z każdym meczem. Wiem, że on także czuje się ojcem tego sukcesu, jest częścią tego, że mogliśmy podnieść na koniec puchar Wimbledonu – mówił Łukasz Kubot po ubiegłorocznym deblowym triumfie w najsłynniejszym turnieju tenisowym na świecie. – Poprosiłem wówczas trenera (Jan Stoces – przyp. red.), aby wykręcił numer do pana Wojciecha, który obiecał, że przyleci na finał – wspominał.
I faktycznie, Fibak zasiadł w loży Kubota, m.in. obok Ryszarda Krauzego, który także wspomagał niegdyś polski tenis i również został zaproszony na finał Wimbledonu. Łukasz zaprosił tam także Andrzej Szarmacha, ale ten akurat miał uroczystość rodzinną i nie mógł przylecieć do Londynu.

Praga i pomidorowa w Lubinie
Droga do tego największego triumfu w karierze była, jak to w przypadku Kubota, usłana ciężką pracą. Po powrocie ze Stanów, gdzie trenował nawet cztery razy dziennie, dzięki piłkarskim kontaktom ojca trafił do Austrii. Tam nauczył się języka niemieckiego i poznał swojego partnera deblowego, z którym odnosił pierwsze sukcesy – Oliviera Maracha.
W 2005 roku trafił do Pragi i nauczył się czeskiego. Tam ma wspaniałą bazę treningową i znakomitych sparingpartnerów, bo Czesi w tenisie są potęgą. Nic dziwnego, że gdy nie gra na światowych kortach (sezon trwa blisko 11 miesięcy w roku), to mieszka w Pradze.

– W domu w Lubinie spędzam zazwyczaj kilka godzin, ale doładowuję sobie wtedy akumulatory. Spotkania z rodziną są dla mnie bezcenne. Mama robi wtedy moją ulubioną pomidorową – zwierza się Łukasz, który jeśli tylko może, spotyka się ze swoją dziewczyną, polską tenisistką, Katarzyną Piter z Poznania.
Ma też inną miłość oprócz Kasi i tenisa. Jest nią koszykówka. W domu ma piłkę ekipy z NBA Charlotte Hornets, a najbardziej fascynowali go: Tony Kukoc, Scottie Pippen, Michael Jordan i Larry Bird.

Ambasador podziwiany przez Federera i Nadala
Największe sukcesy Łukasz Kubot święci w grze podwójnej. Wśród 21 tytułów na światowych kortach dwa są bezcenne: wygrana w wielkoszlemowym Australian Open w 2014 roku (w parze ze Szwedem Robertem Lindstedtem) oraz ubiegłoroczne zwycięstwo na Wimbledonie, gdzie jego partnerem był Brazylijczyk Marcelo Melo. Dodajmy też półfinał Roland Garros w 2016 roku.
W minionym sezonie polsko-brazylijski duet wygrał w sumie 6 turniejów. Dzięki temu na koniec 2017 roku zajęli pierwsze miejsce w rankingu par deblowych, a ITF (Międzynarodowa Federacja Tenisowa) przyznała im tytuł mistrzów świata.
Na początku 2018 roku zwyciężyli w Sydney i 8 stycznia na pierwszym miejscu światowego rankingu deblistów pojawił się Łukasz Kubot (ex aequo z Melo).

– Łukasz zasłużył na to, bo jest nie tylko wielkim tenisistą. Jest też wyjątkowym człowiekiem. Jest wzorem profesjonalizmu dla innych sportowców, młodych tenisistów. Jest tytanem pracy, człowiekiem niezmiernie zdyscyplinowanym. Wszystko podporządkował karierze. To nasz wspaniały ambasador, podziwiany i szanowany przez innych tenisistów. Nawet tych największych grających na co dzień w singla, jak Roger Federer czy Rafael Nadal. Jest lubiany za skromność, osobowość i charakter – mówi Wojtek Fibak.

Słynny kankan na korcie
Podziwiamy Kubota za osiągnięcia deblowe, ale pamiętajmy, że do niedawna był on również rewelacyjnym singlistą. Zrezygnował dopiero w wieku 32 lat, gdy doskwierały mu kontuzje i operacje. Przypomnijmy, że lubinianin osiągnął ćwierćfinał Wimbledonu w singlu (przegrał z Jerzy Janowiczem w 2013 roku). Był blisko ćwierćfinału Wimbledonu już w 2011 roku, kiedy przegrał po niewykorzystanych piłkach meczowych z Feliciano Lopezem. Osiągnął 1/8 finału Australian Open. Na Roland Garros i w US Open dobrnął do 3. rundy. Dwukrotnie grał w singlu w finałach turniejów ATP (w jednym z nich przegrał z Novakiem Djokovicem).

– Najbardziej wyróżniającą cechą Łukasza jest według mnie jego atletyzm. To chodzący wulkan energii i siły. Trzeba go podziwiać i na nim się wzorować – dodaje Wojtek Fibak.

W 2011 roku podczas Australian Open Kubot w pięciu setach pokonał 18. wówczas tenisistę rankingu ATP Sama Querreya i zaraz po meczu po raz pierwszy zatańczył kankana na korcie. Od tego czasu w ten sposób okazuje radość po spektakularnych zwycięstwach. Dodajmy, że wymachiwanie nogami było jednym z ćwiczeń, które zalecił Polakowi czeski trener Ivan Machytka.

Najtrudniejszy rywal Łukasza Kubota
O minionym, najlepszym w karierze sezonie Łukasz powiedział w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” (zajął 4. miejsce w plebiscycie na Najlepszego Sportowca 2018 roku):

– Tenis to sport przegranych. Za nami najlepszy sezon, ale także wiele porażek, i to praktycznie co tydzień. Po przegranej niemal od razu trzeba wsiąść w samolot, zmienić kraj, czasami kontynent, wyciągnąć wnioski oraz znowu stanąć na korcie. Trzeba działać natychmiast i szybko podejmować decyzje. Nauczyłem się tego i to wzmocniło mnie jako człowieka.

– Życzę sobie, abyśmy ten rok także zakończyli razem z Marcelo. Będzie to trudny sezon, bo będziemy wychodzili na kort w roli faworytów, ale po to żyjemy, po to trenujemy, aby zakończyć 2018 rok tak jak miniony sezon, tzn. turniejem Masters (ATP Finals – przyp. red.) w Londynie. Wiadomo, że tenis to biznes. Wierzę, że będzie ta powtarzalność – kończy nasz tenisista i dodaje, że dla niego najtrudniejszym przeciwnikiem, którego stara się pokonać każdego dnia, jestem on sam.

Łukasz Kubot nie myśli na razie o zakończeniu kariery. Ba! Liczy, że jeśli zdrowie pozwoli, to w wieku 40 lat będzie reprezentował Polskę na igrzyskach olimpijskich w Tokio. Marzy o medalu w deblu lub mikście. To byłoby piękne zwieńczenie długiej kariery. A co po niej? Nasz tenisista myśli, by zostać menedżerem sportowym. Nie wyklucza też otwarcia akademii tenisowej i dodaje żartem, że będzie to na Helu, bo tam nawiewa bogatych turystów.

 

 

 

Turniej Wrocław Open odwołany!
Od 24 lutego do 4 marca w hali Orbita miał zostać rozegrany turniej tenisowy Wrocław Open. Jednak 14. edycji wrocławskiego challengera – w którym swoje kariery zaczynali m.in. Łukasz Kubot, Jerzy Janowicz czy Michał Przysiężny – nie będzie. Oto oświadczenie organizatorów:
„Stowarzyszenie Promocji Tenisa Advantage 2100 z przykrością informuje, że tegoroczna edycja CHALLENGERA ATP WROCŁAW OPEN nie odbędzie się. Nie udało się zgromadzić środków niezbędnych do profesjonalnej organizacji turnieju. Ze złożonych deklaracji finansowych mogliśmy liczyć, jak w poprzednich latach, na wsparcie prezydenta Wrocławia, marszałka województwa dolnośląskiego, prezesa KGHM Polska Miedź i prezesa firmy RAFIN.
Niestety, wycofało się kilkoro innych sponsorów. W tej sytuacji Stowarzyszenie nie może podjąć ryzyka finansowego i zakończyć turniej z długami, narażając w ten sposób na szwank opinię o środowisku tenisowym.
Prosimy o wyrozumiałość wspaniałych miłośników tenisa, których w ubiegłym roku przybyło do wrocławskiej hali Orbita 20 tysięcy. Uczynimy wszystko, aby w przyszłym, 2019 roku, zawodowy turniej tenisowy znowu powrócił do Wrocławia”.