FreshMail.pl

Lot, który daje wolność

Podziel się:

Raptem kilka kilometrów od Wrocławia znajduje się lotnisko Szymanów. Razem z Johnem Kozłowskim wybraliśmy się tam na lot motoparalotnią.

lot

Lot paralotnią

Wbrew pozorom latanie nie jest sportem zupełnie niedostępnym. Używaną paralotnię można kupić już za 3 tysiące złotych. Większym wydatkiem jest silnik. Może kosztować nawet 9 tysięcy. To oczywiście ceny sprzętu dla początkujących. Górnej granicy cen sprzętu profesjonalnego nie ma. Ale koszt silnika i skrzydła na początku to właściwie wszystko. Potem dochodzi tylko cena paliwa. Na godzinę lotu motoparalotnia zużywa około 5 litrów.

Kiedy docieramy na lotnisko spotykamy kilka osób, które też będą latać. Atmosfera jest przyjacielska. Widać, że wszyscy dobrze się znają. Okazuje się, że większość osób ma już wylatanych po kilkaset godzin. Mimo to nikt nie zadziera nosa. Atmosfera jest życzliwa. Motoparalotniarze z chęcią opowiadają o swoim hobby.

Żeby latać na motoparalotni trzeba najpierw przejść stosowny kurs. Zaczyna się od teorii. Uczestnicy muszą przyswoić sporo wiedzy z zakresu meteorologi, ruchu prądów powietrza, nagrzewania się ziemi. Potem zaczynają się loty. Każdy kursant musi odbyć około 20 przelotów pod okiem instruktora. Po nich odbywa się egzamin.

– W Polsce lata około 2 tysięcy osób. Tych z papierami. Ile lata bez uprawnień ciężko powiedzieć, ale sądzę, że też sporo – mówi John Kozłowski.

Sam zaraził się pasją do lotu służąc w ONZ-cie podczas misji na Bliskim Wschodzie. Przyznaje, że jest nieco uzależniony od adrenaliny i wolności jaką daje lot. Po powrocie do kraju „czegoś” mu brakowało. Tym czymś okazała się możliwość wzniesienia się w powietrze.

Wolność i spokój to słowa, które ciągle powtarzają się podczas rozmów z lotnikami. Wszyscy chwalą sobie ten stan nieograniczenia i błogości. Jeden z motoparalotniarzy przyznał, że kiedyś omal nie zasnął w powietrzu. Wszyscy jednak uczulają, żeby nie popadać w rutynę kiedy jest się w górze. Każdy przelot jest inny i tak naprawdę trzeba uważać na wszystko.

Rozmowy paralotniarzy ucinają się dość szybko. Widać, ze każdy jak najszybciej chce znaleźć się w powietrzu. To pasja, która wciąga. Sam też nie mogę doczekać się lotu. John, z którym tu przyjechałem wyciąga z hangaru tandem, czyli specjalny wózek, na którym będziemy lecieć i udajemy się na miejsce startowe.

Rozłożenie paralotni trwa od kilku do kilkunastu minut. W mniej niż pół godziny można startować. Nie jest to jednak sport dla wszystkich. Lotnik zakłada osprzęt ważący nawet 50 kilogramów. Z silnikiem na plecach musi rozbiec się wystarczająco szybko, żeby wystartować.

My jesteśmy gotowi do lotu po niecałym kwadransie. Startujemy na tandemie, o którym wcześniej pisałem. Konstrukcja, która unosi dwie osoby waży raptem 70 kilogramów. Po odpaleniu silnika ruszamy. W pewnym momencie odrywamy się od ziemi. Tak po prostu. Wrażenie jest niesamowite. W ciągu kilku chwil wznosimy się na wysokość 50 metrów a to dopiero początek. Najpierw lecimy nad łąkami i polami w pobliżu lotniska. Potem dolatujemy do pierwszej miejscowości. Ciężko opisać jak czuje się ktoś, kto znalazł się ponad 70 metrów nad domami. Sprawiają wrażenie klocków w Monoply. Ludzie wydają się niewiele więksi od mrówek. To zmienia perspektywę spojrzenia na świat.

Lotnicy żartują, że widzą więcej niż inni. Wędkarzy, spacerowiczów, rodziny z dziećmi. Ale nie tylko. Kiedy lecimy nad parkiem widać samochody zaparkowane w oddali i ludzi, którzy wyskoczyli na jedno piwo. Z góry można naprawdę zobaczyć więcej. Ludzie na ziemi odbierają nas pozytywnie. Praktycznie nie ma osoby, która by nie zamachała. Denerwują się tylko, kiedy przelatuje się nad ich domami.

Może to zastanawiające, ale w górze nie czuje się strachu. Nawet na wysokości stu metrów nie odczuwa się lęku. Trzeba mieć świadomość, że każda pomyłka kończy się tragicznie, ale to bardziej myślenie rozumowe. Emocjonalnie czuje się tylko radość z lotu. Bałem się jedynie o to, że wypadnie mi aparat i nie będę się miał jak wytłumaczyć naczelnemu z braku zdjęć. To, że mi też może się coś stać nawet nie przyszło mi do głowy.

Wkrótce dolatujemy do Autostradowej Obwodnicy Wrocławia i Mostu Rędzińskiego. Konstrukcja, która z dołu robi oszałamiające wrażenie z góry wydaje się po prostu… mała. Oblatujemy most z kilku stron. John nie ma nic przeciw szukaniu odpowiednich ujęć do zdjęć. Śmieje się tylko, żebym nie robił ich pod słońce.

Jesteśmy już na wysokości 100 metrów i latamy po obrzeżach Wrocławia. Nad samo miasto nie możemy wlecieć. To teren należący do wrocławskiego lotniska. Gdybyśmy przypadkiem trafili na lądujący samolot i zakłócili jego lot koszty mogłyby być niebagatelne.

Po jakimś czasie musimy wracać. Samo lądowanie jest równie spektakularne jak start. Ziemia zbliża się z dużą prędkością. Może się wydawać, że za szybko. Nie ma jednak właściwie żadnego zagrożenia. Tandem swobodnie opada na płytę lotniska. Czuć tylko lekki wstrząs porównywalny z lądowaniem samolotu pasażerskiego. Może to dziwne, ale nie poczułem ulgi w stylu „rreszcie na ziemi”. Raczej rozczarowanie, że lot już się skończył.

Galeria pochodzi ze zbiorów Jana Kozłowskiego

 

O drobne wypadki nie jest jednak trudno. Kiedy byliśmy na lotnisku właśnie startował kursant. Pomieszał lekko trasy, zabrakło mu paliwa i musiał lądować koło Obwodnicy Wrocławia. Trzeba było po niego pojechać.

– Czasem jest dużo gorzej – mówi John Kozłowski. – Praktycznie co roku ktoś z nas kasuje numer z komórki. W tym roku spośród lotników zginęły już dwie osoby. To jednak sport ekstremalny.

To co na mnie zrobiło ogromne wrażenie doświadczeni motoparalotnierze określają jako spacer w powietrzu. Lecieliśmy maksymalnie na wysokości 100 metrów i nie przekroczyliśmy 75 kilometrów na godzinę. Sportowe paralotnie potrafią lecieć z prędkością 140 kilometrów. Górna granica wznoszenia i długości lotu to zapas paliwa i wytrzymałość organizmu. Niedawno jeden z motoparalotniarzy przeleciał ponad 550 kilometrów. Leciał z Wybrzeża po tak zwanym trójkącie.

Lotnictwo to sport, który zbliża. Ci, którzy latają często zbierają się na wyjazdy, żeby polatać w nowych miejscach. Mówią, że długie latanie w jednym miejscu powoli się nudzi. Często biorą udział w festynach i innych imprezach. Czasem zabierają tandemy, żeby, jak to mówią, przelecieć kogoś. Lotnicy chętnie dzielą się tym, czego doświadczają w górze.

– Kilka razy zabierałem w powietrze niepełnosprawnych z niedowładem nóg – opowiada John. – Dla nich to niesamowite przeżycie. Coś, czego nie mogą doświadczyć w swoim życiu na co dzień.

Podziel się:
Udostępnienia

Zapisz się na cotygodniowy newsletter

Raz w tygodniu dostaniesz na swoją skrzynkę najlepsze artykuły z serwisu

FreshMail.pl