O tym, czym denerwował mieszkańców na Pilczycach. Gdzie można spotkać go na herbacie, a gdzie na obiedzie. W jakich dyscyplinach poza żużlem rywalizował. I dlaczego wyprowadził się poza Wrocław. Z Maciejem Janowskim, wrocławianinem, żużlowcem Betardu Sparty, rozmawia Paweł Pluta.

Dlaczego pochodzący z Wrocławia kapitan żużlowej reprezentacji Polski i zawodnik Betardu Sparty – Maciej Janowski – na co dzień zaszył się na wsi, w Wilkszynie?
Po trosze wyniknęło to z sytuacji rodzinnej, że przenieśliśmy się właśnie do Wilkszyna. Wiem jednak, że prędzej czy później też szukałbym do życia takiego bardziej spokojnego miejsca niż duże miasto. We Wrocławiu bywam jednak niemal codziennie. A przy tym zamieszaniu związanym z nieustannymi podróżami, które towarzyszy życiu żużlowca, to czasami lepiej znaleźć takie spokojne, ciche, przyjazne i urokliwe miejsce, jakim jest właśnie Wilkszyn.
Z drugiej strony, w takim miejscu trudno zachować anonimowość, bo nie wtopisz się w tłum…
Wilkszyn bardzo się rozbudował. Nie odczuwam czegoś takiego, jak brak anonimowości. Poza tym mieszka tam wielu moich znajomych. Dodatkowym i dużym plusem tego miejsca zamieszkania jest też piękny las, w którym mogę codziennie biegać i trenować.

Wychowałeś się jednak we Wrocławiu, na Stabłowicach. Jakie masz wspomnienia z tego miejsca?
Obracałem się przede wszystkim w rejonie Stabłowic, Maślic, Praczy Odrzańskich, bo tam mieszkała cała nasza rodzina. Stamtąd miałem kolegów, znajomych i tam spędziłem dzieciństwo. Miło wspominam to, że po szkole mogłem wyjść z kolegami na Glinianki czy jakiś inny staw. Komunikacja nie była mocną stroną tych miejsc i długo zajmowało dostanie się w inny rejon miasta, więc niezbyt często ruszałem się poza Pilczyce. Głównym środkiem lokomocji był dla mnie rower, jeździłem też na deskorolce.

A gdy już dotarłeś do centrum, to gdzie lubiłeś spędzać czas?
Uwielbiałem i nadal uwielbiam nasz Rynek i jego okolice. Okolice Hali Targowej, w której mój przyjaciel prowadzi herbaciarnię Targowa, czy bulwar nad Odrą. W tej urokliwej herbaciarni, gdzie jest mnóstwo zdjęć starego Wrocławia, jestem częstym gościem, bo do wyboru jest mnóstwo pysznych herbat czy kaw. Także z tamtych okolic też mam spore grono znajomych. Do dziś spędzam tam wiele czasu, a gdy potrzebuję spokoju, to wracam do Wilkszyna.

Wspomniałeś o herbaciarni, a gdy trzeba wrzucić coś konkretnego na ruszt, to gdzie się stołujesz?
Moim zdaniem jedną z najlepszych restauracji jest Kredens w Wilkszynie, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Jedzenie przygotowują tam ze świetnych produktów, a restauracja jest bardzo dobrze zarządzana. Gdy jestem we Wrocławiu, to sushi jadam przy ul. Szajnochy 11. Ale jest dużo fajnych miejsc we Wrocławiu, gdzie można dobrze zjeść.

Czyli dla zawodników Betardu Sparty spoza Wrocławia możesz być przewodnikiem?
Myślę, ze tak. Gdy mamy treningi w piątek, to potem czasami wyskoczymy gdzieś razem, aby usiąść np. w jakimś ogródku i złapać trochę słońca. A chodzimy tam czy tu, w zależności od tego, na co mamy apetyt. Gdy jesteśmy na mieście, to zdarzy się, że któryś zapyta mnie o taki czy inny zabytek, jakieś miejsce. Wówczas staram się odpowiedzieć, a jak nie wiem, to zawsze mam przy sobie naładowany telefon i wtedy wujek Google wszystko mi podpowie.

Teraz czas już na sport. Od dziecka ciągnęło Cię do niego. Próbowałeś wielu dyscyplin…
Chyba jak każde dziecko chciałem zostać piłkarzem. Moim idolem był wówczas napastnik Juventusu Turyn i reprezentacji Włoch Alessandro Del Piero (mistrz świata z 2006 roku – przyp. red.). A gdy broniłem w bramce, to bramkarz Juventusu Gianluigi Buffon (także złoty medalista MŚ’2006 – przyp. red.). Miałem swoje epizody w Śląsku i w Parasolu Wrocław, a grałem różnie: w polu, a pod koniec „kariery” w bramce. Teraz na mecze nie chodzę z braku czasu. Śledzę wyniki, a przed telewizorem oglądam oczywiście najważniejsze rozgrywki: Ligę Mistrzów, mistrzostwa świata czy Europy. Cieszę się, że Polacy awansowali na mistrzostwa świata w Rosji, bardzo wierzę w naszą reprezentację i nawet teraz mam na sobie reprezentacyjną koszulkę. Myślę, że stać ją na wszystko. Poza tym grałem także w koszykówkę w Śląsku i chodziłem na judo, bo zawsze lubiłem rywalizację.

A nie irytuje Cię, że w takim mieście jak Wrocław trzeba z budżetu miasta wspierać piłkarski klub – Śląsk Wrocław, który od kilku lat walczy tylko o utrzymanie się w ekstraklasie?
Nikomu nie będę zaglądał do kieszeni i rozliczał z tego, jak są wydawane publiczne pieniądze. Nie moja w tym głowa. Natomiast chciałbym, aby ta drużyna mogła powalczyć w europejskich pucharach. Teraz jest, jak jest. Miejmy nadzieję, że pewnego dnia Śląsk będzie mocną drużyną.

Piłka nożna, koszykówka, judo, ale w końcu zdecydowałeś się na żużel. Co o tym przesądziło?
Szybkość, ryk motocykla – to przesądziło najbardziej. Chęć poskromienia takiej maszyny. Tata podstawił pierwszą, bo sam kiedyś dużo jeździł na motocyklach, ale nie sportowo, tylko rekreacyjnie. Zawsze mieliśmy pod nosem jakąś maszynę. Najpierw motorynkę, którą jeździłem na boisku na Stabłowicach. Po raz pierwszy wsiadłem na nią, mając jakieś 8 lat. Potem był Simson, na który jeździłem już na jednym kole i z odkręconym tłumikiem, co mocno denerwowało mieszkańców. Tak więc motocykle były zawsze ważne w moim życiu, ale nigdy nie spodziewałem się, że będę mógł sprawdzić się jako żużlowiec. Na motocyklu żużlowym usiadłem w wieku 12 lat, ale trudno było mi jeszcze wówczas opanować maszynę.

W sierpniu skończysz 27 lat. Siedzisz już sporo czasu w zawodowym speedwayu. Najbardziej pamiętna chwila w dotychczasowej karierze to…
Na pewno pierwszy mecz w lidze w 2007 roku, w barwach Sparty przeciw Stali Rzeszów. Kilka dni wcześniej zdałem żużlową licencję, więc przed meczem nie spałem całą noc. Zdobyłem jeden punkt, wygrywając 3. miejsce ze Szwedem Andreasem Messingiem. Równie mocno w pamięci zapadła mi wygrana podczas Grand Prix w Cardiff w 2017 roku czy mistrzostwo świata juniorów w 2011 roku oraz pierwszy złoty medal Drużynowego Pucharu Świata w 2013 roku w Pradze.

Jak czujesz się na nowym Stadionie Olimpijskim i na nowym torze?
Mamy piękny stadion, wygodny chyba dla wszystkich. Robi wrażenie, a zwłaszcza atmosfera, bo kibice przychodzą praktycznie co mecz w komplecie i bawią się tam wspaniale. Cieszę się, że stworzyła się moda na żużel we Wrocławiu, bo tego nam na pewno brakowało. Natomiast jeśli chodzi o tor, to nowa nawierzchnia pozwala na lepsze ściganie, co jest także atrakcyjniejsze dla kibiców. Sam też zdecydowanie bardziej wolę takie tory, które pozwalają się ścigać i dać kibicom jeszcze więcej emocji.

Twoje największe marzenie sportowe i pozasportowe to…
Chyba jak każdy zawodnik marzę, aby zostać indywidualnym mistrzem świata. Natomiast pozasportowe, to chciałbym posiadać takie fajne miejsce w górach z domkiem, gdzie mógłbym odpoczywać.

Maciej Janowski

Urodzony 6 sierpnia 1991 roku we Wrocławiu.
Zawodnik Betardu Sparty Wrocław.

Najważniejsze sukcesy:

Indywidualny mistrz świata juniorów 2011

Indywidualny mistrz Polski 2015

4. miejsce w Speedway Grand Prix 2017

Drużynowy Puchar Świata z reprezentacją Polski w 2013 i 2017 roku

Drużynowy mistrz Polski (w barwach Unii Tarnów – 2012), Szwecji (2011, 2013) oraz Wielkiej Brytanii (2013, 2014, 2015).