Ahoj przygodo!
Przywitały mnie Andy, oczarowały i pocieszyły po pożegnaniu z chilcowskimi dzieciakami.
Ale i twardo powitały, bo soroche (czyli choroba wysokościowa) dała mi się nieźle we znaki. Od mniej więcej 4200 m npm brak tlenu odczuwałam naprawdę mocno. Śmieszne uczucie.* Nogi nie bolą, nie masz zadyszki – ale każdy krok wymaga niesamowitego wysiłku, mięśnie nie chcą pracować, mniej więcej jak, za przeproszeniem, przy porządnej grypie żołądkowej.

Stąd szczególnie ważne jest, aby zaplanować sobie rozsądnie aklimatyzację – tak, by organizm przyzwyczajał się do nowych warunków stopniowo, względnie przyjemnie i spokojnie. Nie polecam tu słuchać ślepo propozycji biur podróży (jak my to, nie chwaląc się, zrobiłyśmy) – często gęsto kierują się oni własną wygodą, a nie dobrem klienta.

Jak więc zaaklimatyzować się najlepiej przed dłuższą wyprawą w pasmo Cordiliera Blanca? Oto moja propozycja 3 dni przygotowań do andyjskich wędrówek.

Dzień pierwszy – Churup

Na początek polecam samodzielną (bez agencji podróży), całodniową wycieczkę nad jezioro Churup. Wszystko za tym przemawia.aklimatyzacja6 Po pierwsze, trasa jest bardzo przyjemna i łatwa, przypomina nieco nasze Tatry i takiż też jest stopień trudności (taki, powiedzmy, Kasprowy). Po drugie, maksymalna wysokość, jaką osiągasz, to 4450 m n.p.m., a więc stosunkowo nisko. Chorobę wysokościową odczuwać prawdopodobnie będziesz dopiero od 2/3 trasy i organizm nie przeżyje szoku, znajdując się już pierwszego dnia na 5 tysiącach metrów. Poza tym, wycieczka jest tania! Można tu bez problemu dojechać bez agencji turystycznej, a więc koszt przejazdy w 2 strony zamknie się w 20 S. Brak towarzystwa agencji turystycznej oznacza też, że możesz wspinać się powoli, swoim tempem, bez poganiania i tłumu innych turystów, co pierwszego dnia aklimatyzacji jest szczególnie ważne.**
I wreszcie, przede wszystkim, to, co zauroczyło mnie najbardziej: kolory. Trasa nie jest tak turystyczna jak inne, proponowane przez agencje podróży, i jeśli się zdyscyplinujesz i wstaniesz na pierwszy poranny autobus***, zobaczysz lokalny folklor w całej swej krasie. Będziesz jechać do wioski Pitec tylko z pasterkami, udającymi się tam codziennie wczesnym rankiem, by oporządzać zwierzęta. Mały busik doszczętnie zapchany będzie kolorowymi chustami, spódnicami i wysokimi kapeluszami, wśród których twój plecak i kurtka wydawać się będzie naprawdę nuuuudny. Zresztą – popatrzcie sami!

Po wyjściu z combi panie załadowały swoje tobołki na plecy i ruszyły na pola

Po wyjściu z combi panie załadowały swoje tobołki na plecy i ruszyły na pola

Ważne, aby po przyjeździe do Pitec zapytać kierowcy, o której mniej więcej wraca (prawdopodobnie około 16-16:30… jak się wszyscy zbiorą…). Jeśli spóźnimy się na ten autobus, nie ma dramatu, jednak czeka nas godzina więcej marszu, aż do niżej położonej, większej wioski Llupa, skąd jeżdżą busy do Huaraz.

Pierwszy odcinek trasy pokonujemy wspólnie z góralkami, jednak w naszym przypadku nie miałyśmy szans: tak młodsze, jak i starsze panie ze swoimi tobołami na plecach wyprzedzały nas bezkonkurencyjnie i mogłyśmy jedynie, dysząc i pocąc się, podziwiać tyły ich wielobarwnych spódnic i chustek. Po około godzinnym spacerku docieramy do punktu kontroli, gdzie można zakupić bilety****

Tradycja i nowoczesność przeplatają się tu cały czas

Tradycja i nowoczesność przeplatają się tu cały czas

Dalej idziemy nieco pod górę, podejście jest długie lecz nie bardzo trudne. Trasa wiedzie rozległymi połoninami, wśród wielgachnych, rozległych przestrzeni, pod koniec raczy Cię krótkim odcinkiem skałek z łańcuchami, aby w końcu pozwolić odpocząć nad ślicznym górskim jeziorem Churup. Ach, jak się tu dobrze leżało na słońcu. Najpiękniejszy aklimatyzacyjny dzień w Andach!

Dzień drugi – Laguna 69
Tu już wchodzimy na znacznie wyższą wysokość, około 4600 m n.p.m. Ze względu na bardzo drogi transport (nie jeżdżą tu zwykłe combi czy autobusy) najlepiej skorzystać tu z propozycji biura podróży. Cenę można śmiało wynegocjować do 35-40S (biura podróży proponują na początku 50S). Podejście jest nieco nużące, a powyżej 4300 m n.p.m. każdy krok jest już odczuwalny. Jednak rozmowy ze spotkanymi turystami z grupy i śliczne widoki pozwalają zapomnieć o zmęczeniu. Po tym podejściu organizm powinien już być gotowy na dalsze wyzwania!

Dzień trzeci – odpoczynek przed wyprawą
Ostatni dzień aklimatyzacji warto po prostu odpocząć. Mi bardzo podobał się spacer po wzgórzach otaczających Huaraz – za darmo, a widoki naprawdę urzekające. Podeszłyśmy na samą górę, na skraj zabudowań, skąd pięknie widać było całe miasteczko i otaczające je góry. Tam, na schodkach, pożarłyśmy najlepsze na świecie banany, gadając o życiu i chłonąć krajobrazy przez słoneczne okulary.

Alternatywą jest wycieczka z biurem podróży na lodowiec Pastoruri. To podróż z serii „dla emerytów” – całą drogę pokonuje się autobusem, pieszo idzie się tylko pół godziny pod górę do samego jęzora lodowca. Osobiście nie przepadam za tego typu wycieczkami, ale ta ma kilka plusów: można po drodze podziwiać niezwykłą, olbrzymią górską roślinę, rosnącą tylko w 3 krajach Ameryki Łacińskiej (zdjęcie), przekracza się też wysokość 5000 m n.p.m. (kolejny etap aklimatyzacji). Po drodze można zaś dowiedzieć się mnóstwa ciekawych faktów od przewodnika, umilającego czas przejazdu przyjemną pogawędką (przyznać trzeba, z humorem i klasą).

Po takim lekkim trzecim dniu jesteśmy gotowi do prawdziwej wędrówki po Andach – z namiotem, kuchenką i gotowością na przygody. Które zdarzać się tu będą na pewno – gwarantowane!

*z tym, że każdy organizm reaguje inaczej. U wielu osób głównym objawem jet paskudny ból głowy, który mnie, dzięki Bogu, ominął. Trzeba się też zmierzyć z dolegliwościami układu pokarmowego, który odmawia funkcjonowania – stąd zaleca się przed wyprawą na wysokości nie jeść mięsa i pokarmów ciężkostrawnych. I nie pić alkoholu – wybaczcie.
** nie wolno, ale to naprawdę nie wolno na początku aklimatyzacji na wysokości zmuszać się do wysiłku ponad siły. Serce będzie Ci mówiło dokładnie, na ile może się w danym momencie pospieszyć, a kiedy należy mu się odpoczynek i dotlenienie „na spokojnie”. Poznany w Huaraz przewodnik opowiadał mi historię pulchnego turysty z USA, który próbował iść w tempie całej grupy aż w końcu nie mógł już zrobić ani kroku. Zszedł więc nieco niżej, położył się, aby odpocząć – i tam już pozostał.
*** jeśli zapytasz,o której odjeżdża, nie odpowiem… Odjeżdża między 6:00 a 7:30 Jak się wszyscy zbiorą. My byłyśmy na miejscu o 6:15 i godzinę później mały busik, zapakowany po brzegi paniami w kolorowych strojach i wysokich kapeluszach, odjechał.
**** koszt 65S za 21 dni, z możliwością nocowania pod namiotami na terenie parku. Wejście na 1 dzień kosztuje 10S, bez możliwości noclegu.