Na naszych oczach dzieje się historia. Może to i truizm, ale 23 czerwca byliśmy świadkami jednego z najważniejszych wydarzeń na początku XXI wieku. Brytyjski suweren przemówił: „nie chcemy być dłużej częścią Unii Europejskiej”. Obywatele Wielkiej Brytanii przy znakomitej frekwencji (powyżej 72%) dali swojej władzy wytyczne, jak wyobrażają sobie przyszłość. Teraz nadszedł czas na analizę tego wydarzenia.

London

Wiele mądrych telewizyjnych głów zestawia ze sobą rozmaite dane w taki sposób, aby pokazać, że decyzja ludu była błędna i podjęta przez ludzi, którzy nie mieli pojęcia o tym, co robią, bo byli starsi i gorzej wykształceni i dopiero na drugi dzień po głosowaniu zaczęli panicznie szukać informacji o sprawie, w której właśnie się wypowiedzieli (choć nie zauważyłem, żeby ktokolwiek zająknął się na temat tego, że proszenie wujka Google o pomoc raczej nie jest domeną osób starszych… wręcz przeciwnie, a młodzi przecież zagłosowali zgodnie z oczekiwaniami…). Tego typu dywagacje odsunąłbym jednak na bok, gdyż przy okazji brytyjskiego referendum mogliśmy zaobserwować jeszcze jeden niezwykle ciekawy element życia politycznego, którego wiele państw europejskich może Wielkiej Brytanii pozazdrościć – a mianowicie, kultury politycznej.

Obywatele Zjednoczonego Królestwa podjęli decyzję, która nie jest w smak znakomitej większości rządzących elit. To nie ulega wątpliwości. Tymczasem, nikt z establishmentu nie obraża się na swojego suwerena. Dzieję się wręcz przeciwnie, najważniejsze osoby władzy tę decyzję szanują… Premier zapowiada dymisję, odrzuca pomysł rozpisania kolejnego referendum. Komisarz desygnowany przez Wielką Brytanię również rezygnuje ze swej funkcji. Choć samo referendum nie ma wiążącej mocy, nikt nie wyobraża sobie, żeby parlament brytyjski nie uszanował wyniku i formalnie nie potwierdził decyzji obywateli. Tak właśnie powinna działać prawdziwa wspólnota polityczna, której poszczególne instytucje biorą odpowiedzialność za to, w jaki sposób państwo powinno funkcjonować.

Opuszczenie Unii Europejskiej to duża rzecz, zarówno dla Zjednoczonego Królestwa, jak i dla świata. Tym bardziej warto obserwować funkcjonowanie tamtejszych instytucji. Instytucje publiczne w sprawnie działającej demokracji powinny być efektywne na każdym szczeblu. Bardzo dobrze, gdy realizują swoją misję w skali makro, ale dla obywateli ważniejsze niekiedy jest, czy sprawdzają się w tych codziennych, ludzkich mikro sprawach. Efektywność instytucji jest silnie związana z poczuciem wspólnoty i odpowiedzialności za nią na każdym poziomie. Najmniejsza wspólnota zaczyna się wokół nas, w naszej codzienności.
Zestawiając to wszystko ze sobą i – choć to trudne – porównując ze sobą instytucje brytyjskie i polskie, jest mi strasznie przykro. W kulturze politycznej brytyjskiego establishmentu widać przede wszystkim poszanowanie decyzji obywateli i zaakceptowanie wyniku ich demokratycznego wyboru, jakkolwiek trudny by on nie był. Wszystkie instytucje wydają się sprawdzać w tej problematycznej sytuacji bez zarzutu.


Zajrzyjmy zatem na własne, lokalne podwórko. Zobaczmy, jak u nas, w naszym mieście, sprawdzają się demokratyczne instytucje, które nie muszą mierzyć się z takimi wyzwaniami. Czy w mniejszych sprawach możemy we Wrocławiu liczyć na dojrzałość lokalnej demokracji? Przykład z ostatnich kilkunastu dni. Rada Miejska Wrocławia podjęła decyzję o zmianie uchwały dotyczącej opłat parkingowych w centrum miasta pobieranych w sobotę. Cała Rada opowiedziała się za ich zniesieniem. Z punktu widzenia obywatela można pewnie i przyklasnąć – w końcu Rada Miejska zdecydowała się nieco ułatwić życie mieszkańcom. Czy zatem ta instytucja sprawdziła się? Czy w tej sprawie działała w interesie obywateli i z szacunkiem dla nich? Czy gmina jako wspólnota mogłaby w tej sprawie zadziałać lepiej? Jak to z tą decyzją było?
Warto przytoczyć parę cytatów:
Cytat nr 1: *Wątpliwość, czy pobieranie opłat w ten dzień jest w ogóle zgodne z prawem, pojawiła się również w Augustowie. Naczelny Sąd Administracyjny w kwietniu tego roku orzekł, że uchwała tamtejszej gminy, która przewiduje odpłatny postój w soboty, jest bezprawna. Sąd powołał się na ustawę o drogach publicznych. Na jej podstawie gmina może wprawdzie swobodnie decydować o tym, czy i w które dni będzie pobierać opłaty, swoboda ta jednak jest ograniczona. Zgodnie z art. 13b ust. 1 opłatę pobiera się bowiem tylko ,,w określone dni robocze”. A soboty, zdaniem prokuratury rejonowej w Augustowie, nie można traktować jako ,,dnia roboczego*”.” [http://wroclife.pl/wroclaw-oplata-za-parkowanie-w-soboty-zniesiona/]

Jaka była pierwsza reakcja Przewodniczącego Rady Miejskiej Wrocławia, cytat nr 2: *Pod względem prawnym jesteśmy czyści – twierdzi przewodniczący rady miejskiej Jacek Ossowski z klubu Rafała Dutkiewicza z Platformą. Przewodniczący przekonuje, że wyrok dotyczy Augustowa, więc Wrocław do niego stosować się nie musi*.[http://www.gazetawroclawska.pl/motofakty/a/sad-oplaty-parkingowe-w-soboty-sa-nielegalne,9926451/]. Poszanowanie sądu niczym u Kargula i Pawlaka.

Ostatecznie jednak wszyscy radni zagłosowali za zniesieniem opłat. Skoro są niezgodne z prawem, trudno byłoby się (chyba) spodziewać innego wyniku. Jesteśmy już na dobrej drodze, za chwilę złe prawo przestanie obowiązywać… Jeśli jednak decyzja Rady podyktowana była koniecznością korekty złej uchwały (bo raczej nie interesem obywateli), to czy sprawnie działająca gmina nie powinna zawiesić pobierania opłat już teraz, nie czekając na to, aż cała procedura formalna się wypełni? Czy nie byłby to symboliczny (to w końcu 3-4 soboty), ale ważny gest okazany wspólnocie i obywatelom? Skoro naprawiamy wadliwe prawo, to nie będziemy ciułać do ostatniego możliwego dnia tych paru złotych za parkowanie w centrum miasta. Czy taka decyzja nie wzbudziłaby szacunku? Czy obywatele nie poczuliby wtedy, że gmina działa dla nich, w ich interesie? To taka mała rzecz, ale właśnie na takich małych gestach buduje się zaufanie i odpowiedzialność…

Michał Tekliński